Blog > Komentarze do wpisu
Żaden tam kryzys, ale jak używam tego słowa, czuję się bardzo światowo

Skoro już tak wyszło, że musiałam w ubiegłym miesiącu parę kół wydać na rzeczy potrzebne i ważne, odbija mi się postną czkawką w postaci braku kieszonkowego na ciuchy, kosmetyki, lalki, pierdółki z second handu na dole, akcesoria dla lalek, niezwykle ważne kolekcjonerskie figurki, które Młody chciałby mieć, to co, przecież dziecku nie będę żałować, gazetki z pierdółkami, biżuterię w kształcie zwierzątek, elektroniczne gadżety w dziewczęcych kolorach, latte z pianką w kofihewen i takie tam inne. Więc przestałam kupować.

Przestałam kupować i nagle moje życie stało się lepsze i prostsze. Koniec z dylematami typu: co wybrać, kiedy okazja goni okazję i trzeba łowić szybko, na kup teraz. I czasu jakby więcej, odkąd za laluniami po serwisach aukcyjnych nie chodzę. I nie chodzę po sklepach, dzieciaków nie taszczę przez odmęty podśmiardłej klienteli i przesuszonego ogrzewaniem powietrza. Takie wyjścia, do spożywczaków zwłaszcza, przez które trzeba się przeczołgać, dźwigając córkę i pacyfikując syna, który na zmianę popłakuje, demoluje i próbuje zmusić mnie do wydania fortuny na cukierki były zawsze wyczerpujące, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że cośtam jeszcze trzeba dokupić, mimo pełnej lodówki. Teraz gotuję (!) z tego, co jest w domu i prawie nie wyrzucam karmy, ze zdziwieniem zauważając, że wystarczają nam jedne zakupy w tygodniu. Skoro mniej zakupów, mniej śmieci się w domu poniewiera i mniej przedmiotów w ogóle, bo zawsze przecież nie tylko jedzenie się kupuje, ale tysiące z pewnością niezbędnych pierdół przy okazji. Mniej jest rzeczy do oddania - bo trzy czwarte z tych pierdół robiło się zawsze niepotrzebne tuż po zakupie i mniej gracianej logistyki. Nie lubię, jak grat mi przestrzeń zagraca. W zagraconej przestrzeni jestem bardziej neurotyczna.

No i na odchudzanie dobrze robi, kiedy nawet drobnych szkoda na batoniki, a Młody, po dwóch tygodniach bez zbędnych prezentów był rozkosznie podekscytowany planszówką, którą dostał na Mikołajki.

Więc im się tak bardziej nad tym zastanawiam, tym bardziej do mnie dociera, że musiałam kilkaset, albo i więcej, zet miesięcznie wydawać na rzeczy całkowicie zbędne. I nie mówię tu o lalkach, których potrzebuję przecież, tylko o na mieście przesłodzonej kawie, tygodnikach opinii, które i tak czytam online, pismach o odchudzaniu, których nie czytam w ogóle i ciuchach z Internetu, których i tak potem nie noszę bo nie pasują, jedzeniu, które się psuje i tysiącach gratów, które potem i tak wyrzucam, wpadłszy w pasję odgracania. Najgorsze jest to, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej do mnie dociera, że nie trwonię tak forsy z powodu jakiejś szczególnej potrzeby, smutku, który zakupami trzeba zabić, ale z głupiego odruchu tylko, z nudów, z przyzwyczajenia. Trochę mnie to przeraża i im dłużej myślę, tym bardziej obiecuję poprawę, wyciągam na sztandary kryzys i zaczynam szukać ascetycznej równowagi.

wtorek, 06 grudnia 2011, fourchet

Komentarze
2011/12/06 12:23:42
Siostro. To nasz bagaż z czasów późnego PRL-u, żeby brać, jak jest?