|
|
Blog > Komentarze do wpisu
wina moleskina
Wszystko, co wypisuję, żre ostatnio moleskin. Michał Witkowski w "Drwalu" też ma moleskina, więc jestem jakoś przez to znobilitowana literacko, nawet gdybym tam smarowała takie bzdury, że moleskinowi kartki puchną i ze wstydu pokrywają się purpurą. Ale nie żebym go jakoś specjalnie sprowadzała dla lansu, nie - po prostu Smoła mi dał bo dostał, a używa nieliniowanych. Dał mi też "Upiorny Notes Monster High" czy może "Upiornie fany odjazdowy notes Monster High" na prezent przebłagalny, gdy się wściekłam i krzyczałam. W sumie nie na niego się wściekłam, tylko tak ogólnie. I teraz kran w kuchni przecieka, a ja się zastanawiam, czy to dlatego, że rzuciłam weń miseczką z przecierem jarzynowym. I syn mnie spytał, czy on też mógłby z wściekłości rzucać czasem klamotami. Pakując świąteczne prezenty myślałam sobie, że w prezencie najważniejszy jest nie prezent, tylko obdarowywany i taki moleskin, elegancki przecież i ekskluzywny, wcale by każdego nie ucieszył. Mojego ojca nie ucieszyłby pewnie wcale, ale w dyskretnej złośliwości mógłby mi pojechać, że brzydko zapakowałam. Ale mój ojciec nie żyje. Przez jakiś czas czułam się chujowo z wrażeniem, że może za mało przeżywam tę stratę. I wtedy dotarliśmy na Wigilię mojej matki, w tym uszczuplonym gronie jeszcze bardziej chujową niż wszystkie Wigilie, których i tak zawsze nienawidziłam. Jeśli bowiem Twoja rodzina ma jakieś dysfunkcje, jeśli jakaś nienazwana myśl rysą jest na szkle, w szafie trup albo chociaż mały syf pod dywan pozamiatany, tego dnia wszystko wyjdzie na jaw, ludzkim głosem przemówi, fałszywą nutę przemyci w chór osiołków ze stajenki a nowo narodzone dzieciątko będzie miało świński ogon - na szczęście zanim ktokolwiek to zauważy zeżrą je mrówki. Dojechaliśmy, taszcząc wszystkie dzieci, nieuleczalnie smutną matkę Smoły, brzydko spakowane prezenty i dwie własne socjopatie i naszych dzieci socjopatie, a tam już pięciuset gości ubranych w stylu wołomiński szyk, catering na stole i moja własna matka, która udaje, że wcale nie jest jej źle, tylko tak właśnie sobie barszczyk doprawia. Mamo - chcę powiedzieć - pierdol to wszystko. Za hajs, co poszedł na te makowce, te z kerfura plastikowe prezenty, te złe węglowodany, byś sobie na tydzień pojechała w góry, połazić, zamiast odstawiać wesołe wdówkę. Mamo - chcę powiedzieć, ale od lat mówimy do siebie jakoś tak bezosobowo, chciałabym ją przytulić, ale taką mamy relację, że się nie przytulamy, z resztą mój syn się zaraz opluwa barszczykiem i jestem gdzie indziej potrzebna, z moim synem przytulam się dużo i córką, trochę na zasadzie kompulsywnego odreagowania. Problemy z dziećmi, nawet socjopatycznymi, zaplutymi barszczem, rozwiązuje się stosunkowo prosto i przyjemnie. Problemy z rodzicami mogą już chyba tylko przytłaczać, z upływem lat coraz bardziej. Czasem się czuję złapana w potrzask między pokoleniowym młotem a kowadłem, między moją, przedwcześnie postarzałą matkę a matkę Smoły, z wiekiem coraz bardziej infantylną, między poczucie, że powinnam im jakoś w rozwiązywaniu ich problemów pomagać a wkurwem, skoro same sobie nie chcą dać pomóc. Nasze matki dogadują się znakomicie od samego początku - nicią porozumienia łączy je to, że samych siebie nie lubią a za mną nie przepadają. Więc dobrze chociaż - myślałam w kiblu - że na paszczy jestem taka śliczna to jak się wkurwię, zawsze mogę w lusterko popatrzeć, żeby odreagować. piątek, 30 grudnia 2011, fourchet
|