różne rzeczy, które chciałam napisać

Wpisy

  • środa, 01 listopada 2017
    • O tym, jak najpierw rok nie byłam w Polsce a potem nieco w niej pobyłam

      Pociąg relacji Berlin Hauptbahnhof - Gdynia Główna dosrulał się do Świebodzina. 
      - Synu, na świecie zobaczysz wiele brzydkich rzeczy, ale niewiele będzie tak brzydkich jak ta Godzilla - przestrzegam, wskazując na Chrystusa Króla, błogosławiącego szare blokowisko na tle szarych chmur. 
      - Ale że o co z tym chodzi? Że miał być jak ten w Rio? 
      - Chyba tak… 
      - A można z niego skakać? 
      - Raczej nie. 
      - To słabo. 
       
      ***
      Dworzec Główny. Czekam na taksówkę. Młodzi ludzie, ubrani jak do kościoła, zbierają się w grupki przed imprezą. Między sobą mówią po ukraińsku. 
       
      ***
      Idę na spotkanie. Zgubiłam się. Krążę z Gugielmapą między nowymi blokami z płyty pilśniowej i kartonu, po kolana w błocie. Z klatki wylatuje baba w kufajce niedbale narzuconej na strój piżamopodobny, ewidentnie do mnie, ewidentnie z mordą. 
      - Pani tu nie chodzi, tu teren prywatny jest - oświadcza twardo. 
      - Ciesze się, że panią widzę, może mi pani w takim razie podpowie, jak mam znaleźć taką to a taką ulicę. 
      - Nie wiem, proszę pani, tam są różne ulice - wskazuje w lewo - tam też - pokazuje na prawo - ale tutaj jest teren prywatny. Niech pani tu nie chodzi.
      - Dziękuję, bardzo mi pani pomogła.
       
      *** 
      Galeria handlowa. Spożywamy zdrowe danie w zdrowym barze szybkiej obsługi. Obok nas dwie piękne dziewczyny z pięknym manikjurem sączą pełne mikroelementów koktajle.
      - Rzym zobaczyliśmy w jeden dzień - oświadcza blondynka w golfiku i upija przez słomkę łyczek ożywczego ekstraktu z wody kokosowej, liczi i czija. - Koloseum i resztę. Moim zdaniem to miasto jest przereklamowane.
       
      ***
      - Ale właściwie co tam tak zapisujesz? - dopytuje syn.
      - Takie różne rzeczy, które przychodzą mi do głowy - odpowiadam, dłubiąc w kucki w reporterskim notesie. 
      Najlepiej mi się pisze jak jestem lekko wkurwiona. Odkąd przyjechaliśmy, nie mogę przestać notować. 
       
      ***
      Chce mi się siku. Biegam po dużej galerii handlowej. Jej twórcy prawdopodobnie do ostatniej chwili spierali się, czy całkowicie zrezygnować z tabliczek informacyjnych i oznaczeń, czy też dla żartu zastąpić je oznaczeniami mylącymi, które wyprowadzają odwiedzających w pole. Jest gorąco. Z głośnika napierdala łajtkrismas, w październiku, jak pojebane. Mijani ludzie unikają kontaktu wzrokowego  i nie schodzą z kursu kolizyjnego. Krążę. Jest gorąco. Chce siku. Trzeci raz przechodzę obok starannie umalowanej hostessy i ona daje mi trzecią ulotkę o złotej loterii. 
      - Nie, nie! - odpowiadam histerycznie i wcale nie uprzejmie a potem uciekam. 
      A jeszcze kilka godzin temu martwiłam się, że wszyscy są dla siebie tacy niemili. 
      W sklepach rozpoczynają się świąteczne promocje. 
       
      ***
      Guzik do świateł na guzik nie działa. Idę dziurawym chodnikiem. Jedna strona ciała jest zawsze wyżej niż druga. Kierowcy nie zatrzymują się przed pasami i nie zwalniają przed kałużami. Przechodzimy chyłkiem. 
      - To wystaw fakturę na szwagra - przekonuje przez komórkę pan na przystanku. Dalej nie udało mi się nawiązać kontaktu wzrokowego z żadnym przechodniem za to nieomal nie rozjechał mnie pan na rowerze. 
      - Idziemy na striptiz? - dopytuje kolegów młody człowiek w ubraniu sportowym. Pachnie od niego drugim dniem hucznego, wiejskiego wesela. 
      Zachodzę do Żabki po wino. 
       
      ***
      - Tym Arabkom w Niemczech to przecież chłopy nie pozwalają pracować - orzeka tonem eksperta bykowaty współpasażer eskaemki. - Siedzą na socjalu i dzieci chowają. 
      - Kurwa - odpowiada mu zdumiony kolega. 
       
      ***
      Gdańsk Wrzeszcz wrzeszczy o świątecznych promocjach. Galeria handlowa, rozpanoszyła się wprost na dworcu, nie sposób jej pominąć. Tak oto dworzec stał się celem, nie przystankiem w podróży. Do osiedli mieszkaniowych dotrzeć zazwyczaj o wiele trudniej. Zniechęca to ludzi do kultywowania zgubnego zwyczaju składania sobie wizyt. W środku błota stoją bloki, bez ławek, bez trawniczków, bez placu zabaw. Sąsiadom, których nie mamy okazji poznać, można bez wyrzutów sumienia nie patrzeć wo czy. Żeby wiedzieć, co u nich słychać, wystarczy nasłuchiwać przez cienki sufit.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O tym, jak najpierw rok nie byłam w Polsce a potem nieco w niej pobyłam”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      środa, 01 listopada 2017 22:49
  • środa, 11 października 2017
    • O sprawczej mocy słów

      Zamieszkałam w Berlinie rok temu, nie potrafiąc powiedzieć ani słowa po niemiecku. Był to mój wkład w podtrzymywanie stereotypów o pełnym nieprzewidywalnych zwrotów akcji życiu dzikich imigrantów ze wschodu. Po niemiecku byłam niema, stimmlos, ale nie kłopotałam się tym zbytnio, bo po pierwsze nie pierwszy to i nie ostatni język, jaki zamierzałam opanować, po drugie tysiące ekspatów spędzało tu całe dekady, potrafiąc tylko "danke" i nikomu to nie przeszkadzało, więc niby czemu teraz miałoby zacząć. Wysiadłam z pociągu na Hauptbahnhofie, w jednej ręce ściskając lepką łapkę córki, w drugiej klatkę z kotem. Po drodze do mieszkania widziałam wielką demonstrację. Żeby załapać, o co chodzi protestującym, zajrzałam na anglojęzyczną wersję DW.
       
      W ciągu kolejnych kilku dni wypełniłam miliony formularzy po niemiecku, meldując się, zapisując dzieci do szkoły i rejestrując firmę. Moim orężem był słownik w telefonie, moim językiem migowy, bo szybko okazało się, że znajomość angielskiego wcale nie jest taka powszechna, jak mi się wydawało, zwłaszcza w naszej cichej, nostalgicznej okolicy, daleko za linią Ringbahnu. -- Englisz? - Do you speak English? - pytałam kasjera z supermarketu, kierowcę autobusu, kelnera w knajpie, nauczycielki w szkole, panią z papierniczego, człowieka na poczcie.
      - Tutaj są Niemcy i mówimy po niemiecku - poinformowała mnie rezolutna pani w urzędzie. Miała zapewne sporo racji, ale wszystkie te długie słowa zupełnie się mnie nie trzymały, krótkie z resztą też nie, ja po niemiecku słyszałam wcześniej może Rammsteina i Ninę Hagen, na pewno nie jakieś wielosylabowe rzeczowniki, na pewno nie.
       
      Smoła wsiadł w samolot i gdzieś poleciał, ja zostałam w swoim wymarzonym mieście, ja i sprawy do ogarnięcia. Wklepywałam sylaba po sylabie długie zdania w okienko tłumacza, żeby odcyfrować, że w przyszłym tygodniu w szkole wycieczka a na książkę do matmy potrzebna żółta okładka.
      - Ma pani kogoś do pomocy? - pytała wychowawczyni.
      - Tak, nazywa się Google Translate - odpowiadałam nie tracąc werwy.
      Co rano wyprawiałam dzieciaki do szkoły i puszczałam sobie tego Rammsteina, starając się oswoić i zapamiętać chociaż pojedyncze słowa. Wyprawa do fryzjera, sekretariatu po stempel, zadanie pytania sprzedawcy w Ikei - wszystko to trzeba było przemyśleć, zaplanować i przygotować, przełamać wstyd, nie tracąc werwy wejść w rolę niemego imigranta ze wschodniej Europy. Pozbawiona słów, przestałam mieć moc sprawczą. Nie mogłam powiedzieć: kupuję, odmawiam, wpadnę, zapraszam, nie zgadzam się*. Nie wiedziałam, czego chce ode mnie głos w metrze.
       
      Najbardziej pouczającym doświadczeniem pierwszych miesięcy poza krajem było dla mnie oswojenie się z tym, że brzmię komicznie, nieporadnie i groteskowo. Że barokowe, rozbudowane przemyślenia i obserwację muszę zostawić dla siebie albo zredukować do prostych zdań w czasie teraźniejszym. Że mniej znaczy więcej. Że mówiąc dwa niegramatyczne zdania osiągnę więcej, niż nie mówiąc nic.
       
      tag
       
      Słowa, na szczęście, wyjątkowo się do mnie kleją, być może nawet jest to jakiś talent. Po roku jestem w stanie w miarę swobodnie dyskutować z nauczycielkami na zebraniu, zamówić naprawę zmywarki, czytać Bilda i przygodowe książki dla nastolatków. Wypowiadam się radośnie, choć niezbyt elokwentnie na różne tematy, piszę maile, chodzę do kina i gawędzę z przyjaciółkami Jagody. Moja nauczycielka nazywa to poziomem B2. Dla mnie to coś w rodzaju wolności. Zabawne, że w Polsce dysponowałam taką ogromną mocą sprawczą, zupełnie sobie z tego nie zdając sprawy.
       
      Podobno w każdym języku myśli się trochę inaczej**. Mnie zawsze fascynowało pożeranie zaklętych w leksyce kodów kulturo
      wych, odkodowywanie sposobu myślenia zaklętego w gramatyce. Niemiecki, a zwłaszcza jego przestawna składnia, wymusza pewną dyscyplinę formułowania wypowiedzi. Nie mogę, jak po polsku, mówić początku zdania, nie mając w planach nawet pomysłu na zakończenie. Z drugiej strony, mam do zabawy aż cztery przypadki,
      trzy rodzaje, partykuły modalne i całkiem ekspresywne słowotwórstwo. Zwariowaną różnorodność dialektów. Z angielskim ani francuskim nie byłam chyba nigdy aż tak blisko (ale to się zmieni, kiedyś będę mieszkać we Francji). Nie sądziłam też, że niemiecki ze swoim chrzęszczącym "sz", dopełnieniem bliższym i dalszym, dziesiątkami słów, z których wspólnie korzystamy, jest tak podobny do polskiego.
       
      Zupełnie niedawno znalazłam w skrzynce na listy karteczkę. Napisali ją sąsiedzi - para staruszków z drugiego piętra, którzy wstydzili się zagadać w swojej drobnej sprawie, bo nie znają angielskiego.
      - Znalazłam państwa list w skrzynce. Czy możemy o nim krótko pomówić? - wypaliłam na progu ich mieszkania.
      - Och, to pani mówi po niemiecku! - uśmiechnęli się a w ich oczach zobaczyłam ulgę.
      Bo jak widać, nie tylko ja bywam czasem nieporadna ze swoją niemotą.
       
      * Spytaj Gugla o performatywy w teorii aktów mowy Austina.
      ** Spytaj Gugla o językowy obraz świata.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      środa, 11 października 2017 14:20
  • wtorek, 06 czerwca 2017
    • O radości z niechodzenia do polskiej szkoły

      Wyjechaliśmy z Polski, bo marzyliśmy o nowym życiu pełnym przygód. Ale nadciągająca reforma edukacji pomogła nam w podjęciu tej decyzji. Niezależnie od tego, gdzie byśmy się znaleźli, dzieciaki miał w końcu czekać spory wstrząs.
       
      Nie trafiliśmy do raju. Berlińskie szkoły są biedne. Nie ma tablic interaktywnych i kolorowych dywanów. Materiał z czwartej klasy polskiej podstawówki omawa się w szóstej. No ale w ramach fakultetów można zapisać się na naukę gotowania, stolarstwo albo hodować pszczoły w pasiece. Program nauczania zmienia się rzadko - starsze roczniki przekazują młodszym starmoszone książki. Zaskakuje nas ofiarność nauczycieli i zaangażowanie rodziców.
       
      Wiele rzeczy jest nowych. Najbardziej to, że przestałam się bać o dzieci i ich przyszłość - w szkole i po szkole.
       
      Strach to właśnie to, co mając dziecko w Polsce czułam najczęściej. Najpierw przyziemny strach przed rzeźnickim porodem, potem stałą obawę o to "jak będzie". Bywało chujowo, bo zostałam mamą po raz pierwszy, mając 22 lata. Zaraz potem zostałam też samotną matką.
       
      Kiedy Igor kończył przedszkole, trwała szarpanina o to, czy dzieci w jego wieku powinny trafiać do pierwszych klas czy zerówek. Przedszkolanki z naszej grupy były zdania, że "nie wolno dzieciom odbierać dzieciństwa". Na wieść, że chcemy wcześniej zacząć szkołę, wręczyły mi diagnozę, szczegółowo opisującą deficyty mojego dziecka. Wynikało z niej, m. in., że jego kompetencje językowe są niższe niż kompetencje chodzących do tej samej grupy dzieci z Wietnamu, dla których polski był drugim językiem. Długo płakałam, ale posłuchałam syna, który jasno wyartykułował, że zerówka go nie interesuje. Mimo moich obaw, bez większych problemów poradził sobie jako uczeń.
       
      Ale strach towarzyszył nam aż do 5 klasy. Bo Igor faktycznie ma swoje małe słabostki - bazgrze jak kura pazurem, bałagani i jest nieśmiały. Przez kilka lat wydaliśmy kupę pieniędzy na terapię SI, pracowaliśmy w domu nad usprawnianiem rączki, lepiliśmy pierogi i z plasteliny a on dalej robił najbrzydsze szlaczki w klasie. Nie przejmowałabym się tym tak bardzo gdyby nie to, że jakość szlaczków miewała wpływ np. na ocenę z angielskiego. Oceniane było także zachowanie - żeby zasłużyć na pozytywne noty trzeba było aktywnie uczestniczyć w licznych konkursach plastycznych. Zaciskaliśmy zęby i pomagaliśmy młodemu odrabiać prace domowe z techniki. Prace domowe z matematyki, polskiego i innych przedmiotów odrabiał sam, czasem do późnych godzin wieczornych. Na jednym z zebrań odezwałam się nieśmiało, że może to nieco zbyt dużo.
      - To już jest czwarta klasa! - upomniał mnie ktoś z rodziców. - Tu już nie ma czasu, żeby po lekcjach grać w piłkę!
       
      Pracowaliśmy więc dalej, w pocie czoła. Do zajęć pozalekcyjnych, które w 5 klasie były już codziennie doszła nam rehabilitacja na krzywiący się od siedzenia przy biurku kręgosłup.
       
      Tak, rozważaliśmy przenosiny do szkoły prywatnej. Póki dyrektorka jednej z nich nie wyznała nam szczerze, że kluczowa jest dla nich pozycja w rankingach, więc przyjmują tylko dzieci, które nie sprawiają problemów.
       
      W 2016 atmosfera w kameralnej, grochowskiej podstawówce, do której chodził Młody zaczęła się robić gówniana. To wtedy pierwszy raz usłyszałam, jak jeden chłopiec wyzywa drugiego od uchodźców. Był to jeden z wzorowych uczniów, którzy chętnie uczestniczyli w konkursach plastycznych.
       
      2 września zameldowaliśmy się w Niemczech. Kilka godzin później staliśmy na progu naszej szkoły rejonowej - kilka kolorowych, ceglanych budyneczków, boisko, placyk zabaw, pasieka i ogród. Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że dzieci zostaną przyjęte, a raczej pokierowane gdzieś dalej.
      - Dzieci nie mówią po niemiecku - ostrzegliśmy.
      - Nie szkodzi, to się czasem zdarza - odparła dyrektorka.
      Okazało się, że w całej szkole byli jedynymi cudzoziemcami (jeśli nie liczyć dzieci z mieszanych małżeństw) i jako jedyni nie znali języka.
       
      Po dawnemu się bałam. Że będą ich przezywać, że nie poradzą sobie z materiałem, że są inni, więc będą łatwym celem do zaczepek. Ale koledzy i koleżanki z klas - i ich rodzice, okazali się dla nas sporym wsparciem. Nauka okazała się być ważna, ale nie najważniejsza. Bo zadaniem szkoły jest też pokazywanie dzieciom jak zgodnie współpracować i rozwiązywać konflikty.
       
      Naturalnie, zaliczyliśmy kilka lepszych i gorszych momentów. Igor, którego niemiecki nie był dość dobry, żeby po szóstej klasie swobodnie poradzić sobie w szkole średniej, trafił do gimnazjalnej "Wilkommensklasse", gdzie w kameralnej grupie ćwiczy niemiecki. Nauczyciele zauważyli, że bazgrze jak kura pazurem i wysłali nas do lekarza od dzieci bazgrzących po zaświadczenie, które w przyszłości pozwoli mu np. zaliczać egzaminy ustnie, nie pisemnie.
       
      Po raz pierwszy rozmowa o deficytach dziecka przebiegała w przyjaznej atmosferze. Zatroskana nauczycielka nie miała do nas o pretensji o brzydkie szlaczki, nie żaliła się, że młody zaniża poziom i nie miała mu za złe, jeśli nie nadążał z pisaniem.
       
      Mamy za sobą także koszmar prac domowych. Te, które przynosi Jagoda są obliczone na 20 minut pracy i jeśli dziecko potrzebuje na nie więcej czasu, mamy to zgłaszać nauczycielowi. Prace Igora mają głównie charakter projektowy, wymagają wykonania jakiegoś reasearchu albo współpracy z kolegami.
       
      - Czy powinniśmy z nią jakoś dodatkowo pracować? Zapewnić jeszcze jakieś wsparcie? - pytałam wychowawczynię Jagody.
      - Musi się dużo bawić z innymi dziećmi. - odparła poważnie nauczycielka.
       
      Nasza sytuacja dalej jest niepewna. Jagoda wprawdzie radzi sobie bardzo dobrze, ale Igor pewnie nie trafi do przeznaczonego dla najlepszych uczniów Gymnasium ale nieco łatwiejszej Integrität Sekundarschule. Tam będzie musiał zawalczyć o dobre wyniki, żeby zostać dopuszczonym do Abitur, czyli matury. Powinien dać radę.
       
      A co jeśli nie zawalczy? Jeśli mu się nie powiedzie, będzie mógł wybrać jedną z tysięcy szkół zawodowych albo jakieś praktyki. Nie zrobi kariery uniwersyteckiej, ale zassie go chłonny rynek pracy i zapłaci mu tyle, żeby starczyło na skromne mieszkanie, żarcie, nowe buty i wakacje od czasu do czasu. Będzie programował, bo lubi a jeśli nie to sobie zostanie listonoszem albo będzie siedział na kasie i nie będzie to żadną tragedią, ponieważ siedzenie na niemieckiej kasie to nie są jakieś losy gorsze od śmierci.
       
      To nie są parszywe losy polskich kasjerek i ochroniarzy, których się boimy i przed którymi chcemy chronić dzieci. Ze strachu przed nimi wysyłałam syna na te wszystkie dodatkowe angielskie. Ze strachu wycinałam po nocach kwiatki na plastykę, bo ocena z plastyki jest ważna, bo podnosi średnią. A średnia jest ważna, z nią dobre gimnazjum, dobre liceum. Klasa profilowana z dodatkowym hiszpańskim i jeszcze więcej lekcji do odrobienia.
       
      Cieszę się, że doniesienia o reformie oświaty są dla mnie już tylko jako ponure ciekawostki. Jestem smutna i pewna, że wielka reforma niczego nie zreformuje. Póki do reformatorów nie dotrze, że nie każdy musi zostać wielkim kimś. Za to każdy powinien mieć szanse na spokojne, uczciwe życie przeciętniaka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 czerwca 2017 13:53
  • piątek, 05 maja 2017
    • Na basenie

      Młody zapisał się na kurs pływacki. Na Dahlem (wymawiaj "koniec świata"). Odwożę go i waruję godzinę w ciasnym holu, razem z dwudziestką innych, troskliwych rodziców. Pogubione klapki, zapach chloru, niewygodna ławeczka i wielka szyba, przed którą stłoczyli się najbardziej oddani kibice małych sportowców. Wpadam na tatę Amara. Gawędzimy sobie w trudnej do cytowania mieszance niemieckiego, angielskiego i pantomimy.
       
      Amar wybrał pływanie, jego brat Mahmoud koszykówkę. Ale z siostrą są problemy - w nocy płacze jak dziecko, choć ma już 15 lat. Ciągle jej się śni, jak mafiozi na serbskiej granicy przystawiali jej pistolet do głowy. - Give me your money! - krzyczeli, ale przecież oni nie mieli już żadnych pieniędzy. Żona zebrała, co miała na sobie - kolczyki, łańcuszek, oddali, poszli dalej. Za serbską granicą było już dobrze, bezpiecznie. Policjanci w Niemczech są bardzo mili.
       
      Policjanci z Aleppo mniej. Przyszli do domu, skuli go w kajdanki, zabrali. Bo mówił, że prezydent nie jest demokratą. Bili, zawiązywali oczy. Za szybą nasze chłopaki nurkują pod okiem jowialnego, siwego instruktora. Tata Amara pokazuje ślady na nadgarstkach. Policjanci z Aleppo podwieszali go za ręce do sufitu. Wypuścili po 4 miesiącach. Teść zapłacił za to równowartość dobrego samochodu.
       
      Gorąco w tej hali, wychodzimy na zewnątrz. Czy nie narzekają na chłodny klimat? Zdążyli się przyzwyczaić. Żonie się tu podoba, pracuje przy kosmetykach. On robi praktykę w fabryce samochodów, pogodził się z tym, że nie będzie, jak dawniej, pracował w banku. Chciałby nazbierać pieniędzy i otworzyć kawiarnię. Albo piekarnię. Może na Marzahn? I kupić samochód, na początek używany.
       
      Bo chodzenia ma dość, odkąd dwa lata temu doszli od siebie do Monachium. Na piechotę. Dwa samochody, którymi jeździli w Syrii sprzedali, żeby zebrać pieniądze, dla przemytników. Maszerowali z czwórką dzieci. Siedem krajów, dwa miesiące, nie było aż tak strasznie. W ajfonie ma obfitą dokumentację tej wycieczki. Słońce nad Morzem Śródziemnym. Martwe dzieci na tureckiej plaży.
       
      Oni w ogóle lubi wycieczki. Oszczędzali trochę z żoną i pojechali jesienią do Paryża. Tylko we dwoje. Chętnie wybraliby się gdzieś jeszcze. Czy w Polsce są ładne miejsca do zwiedzania? - Z pewnością spodobałby się wam Kraków - doradzam życzliwie. Jesteśmy w centrum bezpiecznej Europy. Czekamy aż nasze dzieci zmienią klapki na adidasy.
       
      Myślę o moim kraju, w którym bohaterami nazywa się husarzy, skinów i wojennych bandytów z lasu. I że bardziej heroiczne od toczenia wojny może być zabranie czwórki dzieci na bardzo długi spacer. Chłopaki wychodzą z przebieralni z mokrymi włosami. Pilnuję, żeby założyli czapki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      piątek, 05 maja 2017 20:38
  • wtorek, 21 marca 2017
    • 4 fantazje seksualne dla osób, którym nie wiedzie się w życiu

      Fantazja 1
      Jesteś faraonem. Depilujesz sobie nogi, jądra, czasem nawet brwi. Jesteś żywym bóstwem i masz sporo obowiązków, takich jak błogosławienie i sprawianie, by ponownie wzeszło słońce. Nosisz sandały, ale nie musisz ich sam wiązać. Prawdopodobnie umrzesz przed 30.
       
      Płyniesz po Nilu. Twoja Łódź sunie po rzece z mozołem. U wioseł siedzą młodzi niewolnicy. Ich atletyczne ciała ociekają potem - od wysiłku i od upału. Dajesz ręką znak zarządcy, by płynąć szybciej. Ten smaga młodzieńców biczem po plecach. Łódź przyspiesza, powstaje lekka bryza. Siadasz w rozkroku i delektujesz się ruchem powietrza pod twoją białą, bawełnianą spódnicą.
       
      Faraon
       
      Gdy w końcu zawijasz do brzegu, czekają na ciebie z ucztą. Stoły uginają się pod ciężarem owoców i piwa. Między nimi pląsają, przygrywając na piszczałkach i bębnach, nagie tancerki. Ich oliwkowa skóra i czarne włosy, kontrastują z nieskazitelną bielą zębów. Spoglądają zalotnie, wierząc że jeden szybki numerek z tobą to dla całej prowincji rok pomyślności i urodzaju.
      - Mam zgagę - mówisz po koptyjsku, trochę jakby w przestrzeń, trochę do siebie. - Chyba pójdę się położyć.
      Muzyka cichnie, dziewczyny stają zawstydzone. Tegoroczne plony nie będą obfite.
       
      Fantazja 2
      Masz na imię Danuta i pracujesz w ZUS-ie. Nosisz cieliste rajstopy. Kilka razy dziennie sprawdzasz przed lustrem w toalecie, czy nie poszło w nich oczko. Mieszkasz z mężem Bogdanem i szorstkowłosym jamnikiem o imieniu Fuks.
       
      Jest 10:30. Odchodzisz od biurka, żeby zaparzyć drugą kawę. W ciasnym pokoju socjalnym wpadasz na stażystę z Departamentu Ubezpieczeń i Składek. To dzieciak, studiuje jeszcze zaocznie. Nalewasz do pełna wody do czajnika elektrycznego. Czekając, aż się zagotuje, przysuwasz się do studenciaka. On nerwowo wbija wzrok w czubki swoich butów.
      - Kawusię panu zalać? - pytasz nienaturalnie wysokim głosem.
      - Poprsz... - mamrocze. Drży mu grdyka.
       
      Wracasz za biurko i w skupieniu studiujesz wzór druku ZCNA. Wyciszasz się, studiując rzędy równych kratek. Równych, jak kolejka petentów przed Twoim okienkiem. Gestem przywołujesz pierwszego. Kiedy przed tobą siada, trzęsą mu się ręce.
      - Chciałem... - przestajesz słuchać, widząc kątem oka cholerne oczko na swojej łydce.
      - To źle wypełnione jest - przerywasz facetowi szorstko. - Jeszcze raz pan wypełni. W trzech egzemplarzach.
      Bogdanowi na obiad zrobisz pomidorową z wczorajszego rosołu.
       
      Fantazja 3
      Nazywasz się Nosferatu i leżysz w trumnie. Ubrania przechodzą od tego zapachem stęchłej ziemi, ale cisza sprzyja kontemplacji. Masz 648 lat. Na Twoich oczach upadały królestwa, powstawały wynalazki, zmieniały się mody. Nie interesujesz się tym przesadnie, bo i tak nie widzisz się w lustrze.
       
      Słyszysz chrobotanie. To twoje diabelskie kochanice skrobią w wieko trumny. Przesyca je żądza krwi i pożądanie. Wijąc się w podnieceniu, rwą na sobie odzież i oczekują na twoje rozkazy. Lubieżnymi ruchami pocierają sobie krocza i sutki. Ty też pocierasz skórę za uchem. Albo uczulenie albo jakaś grzybica od tej cholernej, piwnicznej wilgoci.
      - Zbrukaj nas mistrzu! - mruczy jedna z mar po drugiej stronie wieka. - Skalaj nas, zbezcześć!
       
      Wspominasz z nostalgią czasy, kiedy po jedzenie chodziło się zwyczajnie, do kuchni. Próbujesz sobie przypomnieć, jak smakuje pomidorowa. Coś łaskocze za uchem. Robak. Prychasz zrezygnowany i uchylasz wieko trumny. Po chwili na czele piekielnej hordy fruniesz w kierunku ludzkich osad. Wieśniak, którego krwią pożywicie się tej nocy, położył przy łóżku kolorowy tygodnik. "W wieku 76 lat na emeryturę" - woła nagłówek. Za uchem znowu swędzi.
       
      Fantazja 4
      Jesteś królową pszczół, jak twoja matka. Jesteś gruba i kochasz swoje krągłości. Rzadko wychodzisz z domu. Kiedy już ci się zdarzy, rozkręcasz się tak, kopulujesz z kilkunastoma trutniami. Żaden z nich nie dożywa następnego dnia. Trudno. W sumie i tak słabo ich znałaś.
       
      Na pocieszenie zostają ci dzieci. Chłopców zjadasz, dziewczynki wykorzystujesz do prostych prac domowych. Tuzinami krzątają się wokół twojego ciała, coś przynoszą, wynoszą. Łapki im się lepią od miodu. Leżysz i pachniesz. Zapach Twoich feromonów pobudza dzieci do wytężonej pracy. Odbija ci się słodkim.
       
      W sumie to może gdzieś byś się przeszła, poznała kogoś nowego. Nie musi od razu wiedzieć, że w pipce masz żądło. Ale nie, to jednak nie ma sensu - uznajesz. Przecież i tak bylibyście spokrewnieni. Dajesz robotnicom znać, żeby przyniosły jeszcze coś do jedzenia. Nie po to jesteś królową, żeby nie móc sobie pozwolić na trzeci deser.
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „4 fantazje seksualne dla osób, którym nie wiedzie się w życiu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 14:59
  • piątek, 04 listopada 2016
    • pamiętniki z wakacji

      Upał nie odpuszcza. Dręczy nas subsacharyjskie powietrze, mamy cieplej niż w Port Saidzie. Zabraliśmy dzieci na kajaczki na Kempę Potocką. Sterowaliśmy nieudolnie, ale radości było przy tym co niemiara. Kajaczki ekscytują mnie prawie tak samo jak rower, mój rower, mój rączy i podobnie jak na rowerze, można sobie płynąc, opalić uda. Kaczki lustrowały nas z szuwarów leniwym wzrokiem spasionych kotów. Igor wyławiał wiosłem ich pióra, dryfujące po mętnej wodzie kanału. A potem zaczął mżyć deszcz i krople rozbijały się o taflę, robiąc na powierzchni małe bąbelki. Pomyślałam, że to jeden z takich momentów, które warto by pamiętać, ale się o tym szybko zapomina. 
       
      Kiedy potem odpoczywaliśmy, wygrzewając się na trawie, podglądałam parę studentów, na kocu układali puzzle. Musiało im być bardzo przyjemnie. Czemu ja w ich wieku nie miałam takich pomysłów, nie miałam żadnych pomysłów na spędzanie wolnego czasu, poza czytaniem książek, rekreacyjnym seksem i blantami? - zganiłam sama siebie. Być może Warszawa sprzed 10 lat nie stwarzała jeszcze tak wielu możliwości. Parki były brudne i zasikane a prezydent Kaczyński zamykał modne kluby, żeby się ludzie mogli bardziej skupiać na lustracji. Całkiem możliwe, że nie miałam gdzie tego podpatrzeć, bo w moim domu preferowano po prostu bardziej ludyczne sposoby spędzania wolnego czasu, z grlllem w ogródku, wódą i ogórkiem, nie jakieś tam kajaczki i wycieczki, muzeumy, w dupach się poprzewracało. Jak ktoś ma wolny czas, znaczy że za mało sprząta. 
       
      Na początku maja spacerowaliśmy po Berlinie, wszyscy świętowali z okazji 1 maja. Kolorowy tłum kotłował się na Kreuzbergu. Było piwo, streeetfoody i flagi z Che Guevarą. W miejskich parkach ludzie wylegiwali się na kocach, jeździli na rolkach i rowerach albo grali w kosza. Obok nich, ale oddzieleni niewidzialną granicą, muzułmanie rozpalali grille, ogniska, rozbijali dające odrobinę cienia namioty i zastawiali stoły jedzeniem. Prawdziwe, wielopokoleniowe uczty z kilkoma zmianami zastawy, na które ciągnęły, ponaglane zapachem pieczonej baraniny, wielopokoleniowe familie. 
      - To nie majątek i nie wykształcenie sprawiły, że kultura mieszczańska oddzieliła się od rycerskiej i agrarnej. - Tłumaczyłam Smole. - To sposób świętowania i spędzania wolnego czasu, czasu, który przestał być kołem, stał się linią prostą. 
      I tak do dziś, co robisz w wolnym czasie mówi o tobie więcej niż model ajfona czy buty od Armaniego. Choć możliwe jest także, że buty od Armaniego mówią o tobie już wszystko. 

      Chciałam się zważyć a nie było wagi. To smutne, bo wyglądam dziś na osobę szczupłą. Wagę zabrał Smoła, żeby do niej coś przez WiFi podłączać, to taka nowoczesna waga z WiFi. I dzwonił do mnie, choć normalnie nie jesteśmy w tej fazie związku, żeby do siebie często dzwonić, właściwie to w dowolnej fazie nie przepadam za dzwonieniem, gdyż mnie ono wkurwia, dzwonił, że nie żyje Paradowska. Zmartwiłam się w dwójnasób, bo nie tylko nie żyje Paradowska, ale też siłą rzeczy zniknie z anteny jej program, który oglądałam do ćwiczeń, ćwiczeń, od których ta szczupłość. 

      Pisałam durny tekst dla durnej agencji reklamowej, był to absolutny koniec dedlajnu, dwa redbulle, adrenalina, godzina do mety, kiedy mi kot do pokoju wtaszczył żywego ptaka. Chyba skowronka. Ptak potrzepotał pod sufitem, ale był chyba nieźle przez kota przetrącony, bo spadł w końcu na podłogę, między szybę a oparty o nią rower i zakleszczył się tam jak w klatce. Tłukł się, zrozpaczony, nasrał ze strachu i pomoczył krwią podłogę. Kot patrzył na wszystko rozbawiony, póki go razem z ptakiem wygnałam go do ogrodu. Chyba nie zrozumiał, co chciałam przez to powiedzieć, bo niedługo później, przyniósł mi na przeprosiny motyla, też żywego. Dedlajnu dotrzymałam, ale mam nadzieję, że im się nie spodobało i nie będą więcej dzwonić. 

      Przeczytałam gdzieś, żeby dzieci traktować, jak dorosłych. Wydało mi się to genialną poradą wychowawczą, dopóki jej nie wypróbowałam. Wygląda na to, że nie mogę dzieci traktować, jak traktuję dorosłych, bo musiałabym całkiem przestać zwracać na nie uwagę. 

      Berlin wydał w kilkunastu językach oficjalny przewodnik dla osób, które chcą się tam osiedlić. Przypomina przewodnik po zaświatach, który bohaterowie „Soku z Żuka” dostali, żeby oswoić się z myślą, że są martwi. Osoby, które chcą się osiedlić w Niemczech otrzymują kompleksowe, merytoryczne wsparcie. Osoby, które chcą się osiedlić w Polsce, mogą otrzymać najwyżej wpierdol. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „pamiętniki z wakacji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 20:22
    • metody alternatywne

      Moją córkę oburza postępowanie Balladyny

      - One nie powinny tego tak załatwiać! - oświadcza z wypiekami na twarzy. -Nie powinny chodzić po te maliny!

      - A co mogły zrobić?

      - Mogły sobie o tego księcia zagrać w Memory!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 09:20
  • piątek, 23 września 2016
    • Pierwsze kroki w Berlinie. Jak znaleźć mieszkanie marzeń w 4 dni.

      Na temat wynajmowania mieszkań w Berlinie słyszałam legendy. Miało być karkołomnie, fajnych ofert jak na lekarstwo, castingi, prześwietlanie petenta do czwartego pokolenia wstecz, krwiożercza biurokracja. Do polowania na nowe lokum przystępowaliśmy zatem z duszą na ramieniu, zwłaszcza że o przeprowadzce zadecydowaliśmy pod koniec czerwca a jedynym, racjonalnym dedlajnem, jaki mogliśmy sobie wyznaczyć był początek nowego roku szkolnego. Kiedy pierwsze nieśmiałe próby załatwienia sprawy online spełzły na niczym, postanowiliśmy spakować kilka dodatkowych par majtek i wracając z M'era Luny wdepnąć do Berlina, żeby doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca. Uwinęliśmy się w 4 dni. W związku z powracającymi pytaniami znajomych, postanowiłam zebrać nasze doświadczenia w subiektywny miniporadnik. Choć w sumie to wciąż wiem o mieście wystarczająco niewiele, by traktować go jako garść ploteczek i zapisków z podróży. 

      1. Dlaczego wszyscy mówią na to "casting"

      Zwiedzanie mieszkań na wynajem ma tutaj kompletnie inny przebieg niż w Polsce. Po pierwsze, sami właściciele rzadko kiedy w nich uczestniczą. Na spotkania zapraszają raczej agencje nieruchomości, przynajmniej w wypadku dużych mieszkań na długoterminowy wynajem, na których skupialiśmy się podczas naszego polowania. W przeciwieństwie do polskich, tutejsze agencje mają zazwyczaj oferty na wyłączność i nie powielają ogłoszeń w nieskończoność w dziesiątkach portali.

      Po drugie, sam przebieg spotkania może być dla polskiego najemcy stresujący. Godzina castingu nierzadko publikowana jest w ogłoszeniu, aby mogli się na nim pojawić wszyscy zainteresowani. Nam trafiały się i takie, na których spotykało się kilkanaście osób i wychodziło z tego coś niby wycieczka na Wawel połączona z prezentacją garnków czy innej pościeli z merynosa - jedna osoba przemawia, dookoła drepczą zwiedzający, zaglądają w zakamarki i zadają pytania. Oczywiście, bywają i spotkania indywidualne - przede wszystkim w wypadku bardziej wypasionych apartamentów dla tłustszych klientów, których warto dopieścić indywidualnym oprowadzaniem. 

      Po trzecie - jeśli po zakończeniu prezentacji wciąż chcesz wynająć mieszkanie, wypełniasz aplikację, składasz dokumenty i czekasz na telefon od właściciela. Jeśli oddzwoni - nie ciesz się przedwcześnie. Być może chce zadać kilka dodatkowych pytań lub poprosić o uzupełnienie dokumentacji. W naszym wypadku dodatkowym czynnikiem komplikującym sytuację był fakt, że na wszystkie ogłoszenia odpowiadaliśmy po angielsku, w związku z czym nie wszystkie ogłoszenia odpowiadały na nasze odpowiedzi. Ale i tak trzy z siedmiu castingów, w których braliśmy udział udało nam się wygrać, więc rzecz nie jest niewykonalna. 

      2. Spółdzielnie, komuny i inne wynalazki

      Po kilku castingach zdaliśmy sobie sprawę, że gdyby wszyscy tu mięli tak wynajmować, pół miasta spałoby pod mostem. Tymczasem stolica Niemiec prowadzi ponoć wzorową (przynajmniej w porównaniu z Warszawą) politykę lokalową. Według różnych źródeł, mieszkania własnościowe stanowią tu zaledwie 11 - 20%. Nikomu nie opłaca się kupować, bo potrzeby rynku zaspokajają w większości dobrze zorganizowane, duże spółdzielnie, które zajmują się też najmem komercyjnym. Teoretycznie zatem wystarczy sobie wejść do biura, pogadać z agentem i on już tam na pewno coś dla ciebie wyskrobie, bo ilość mieszkań zarządzanych przez największe spółdzielnie idzie w miliony. Z pozoru banalne, bez znajomości niemieckiego okazało się pewnym wyzwaniem. I choć ostatecznie zdecydowaliśmy się podpisać umowę właśnie ze spółdzielnią, braliśmy też pod uwagę kilka alternatywnych możliwości. 

      Pierwsza z nich to wynajem gotowego, umeblowanego mieszkania od jednego z pośredników, specjalizujących się w szykowaniu takich cacek na potrzeby ściągających do miasta cudzoziemców. Wychodzi drożej, ale w komplecie do ścian, sufitu i podłogi dostaje się też meble, prąd i inne pożyteczne dodatki, o braku których w dalszej części tekstu. 

      Inna możliwość to podnajęcie na kilka miesięcy mieszkania od kogoś, kto akurat z miasta wyjeżdża. W Polsce to prawie nie do pomyślenia, a jednak studenci wybywający na zagraniczny staż czy hipsterzy ruszający poszerzać swą duchowość do Indii, odstępują na kilka miesięcy swoje lokale za cenę czynszu i mediów. Opcja atrakcyjna dla kogoś, kto marzy o wakacyjnej przygodzie, nam nie do końca odpowiadała ze względu na prawdopodobne problemy z zameldowaniem i poszukiwaniem szkoły dla dzieci. 

      Ci, którzy przeprowadzają się bez dzieci, mogą jeszcze poszukać sobie współlokatorów. Podobno ekscytujący jest zarówno sam proces polowania na mieszkanie, jak i możliwość wejścia w bliższe relacje z innymi najemcami. 

      3. Jakich dokumentów potrzebujesz, żeby wynająć mieszkanie w Berlinie?

      Na podstawie sterty, którą uskładaliśmy, dostalibyśmy pewnie i kredyt hipoteczny, ale sądzę, że o naszych sukcesach przesądziło właśnie to, że od spotkania do spotkania maszerowaliśmy z kompletem kserówek. Perłą w koronie wszystkich zaświadczeń jest Schufa czyli wyciąg z biura informacji kredytowej. Schufa zbiera informacje o wszystkich Twoich zaległościach, nieopłaconych rachunkach i spóźnionych ratach, więc jeśli wisisz komuś kasę, właściciel mieszkania na pewno się o tym dowie. I odwrotnie - jeśli swoje raty spłacasz w terminie, Schufa wystawi Ci wzorowe referencje. Jeśli nie masz tego dokumentu, będziesz potrzebować mocnych pleców - na przykład poręczenia niemieckiego pracodawcy, a i tak licz się z tym, że wiele osób po prostu nie będzie chciało z Tobą rozmawiać. Zaświadczenie można sobie zamówić online za relatywnie nieduże pieniądze. Spółdzielnie i agencje nieruchomości mają jeszcze jakieś swoje sposoby na onlajnowe uwierzytelnienie tej informacji.

      Poza zaświadczeniem o braku zobowiązań, trzeba jeszcze udowodnić, że ma się regularne przychody na odpowiednim poziomie. W tym celu można wykorzystać umowę o pracę. Ponieważ żadne z nas jej nie ma, chwaliliśmy się zeznaniami podatkowymi i kilkoma ostatnimi wyciągami z konta. 

      Za każdym razem papierologię należało wzbogacić obszerną ankietą. W zależności od inwencji wynajmującego, obok standardowych pytań o papierosy i zwierzęta domowe, padały pytania o zawód, sposób rozliczania podatków, powody, dla których kiedykolwiek w przeszłości zdarzało nam się zalegać z czynszem i te, dla których chcemy zmienić mieszkanie. Nie jest niedyskrecją prośba o telefon do aktualnego wynajmującego lub przedłożenie pisemnych referencji. Byliśmy pytani o plany zawodowe na najbliższe lata i rentowność firm, z którymi współpracujemy. 

      Aplikując na stanowiska lokatorów, byliśmy proszeni o podanie danych wszystkich osób, które będą z nami mieszkać. Co ważne - spółdzielnia wyraźnie zaznaczyła, że umowę najmu muszą się znaleźć nazwiska wszystkich dorosłych wynajmujących. To oznacza, że na niedyskretne pytania odpowiadać musieliśmy oboje. 

      4. Jak czytać ogłoszenia? Ile kosztuje wynajęcie mieszkania w Berlinie? Czemu nie ma zlewu?

      Ogłoszenia wynajmu (Mieten) są skonstruowane nieco inaczej niż polskie, co na początku może dezorientować. Mieszkania (Wohnung) mają określony metraż i liczbę pokoi, która czasem podawana jest w ułamkach. 2,5 pokoju (Zimmer) to po naszemu dwa pokoje i salon z aneksem kuchennym. Taki niedopokój w sensie. Berlińskie metraże są zazwyczaj większe od warszawskich - najmniejsze mieszkanie, które oglądaliśmy miało około 80 metrów, oferty na 150 nie są niczym nadzwyczajnym. Nie wiem, czy jest to w jakiś sposób skodyfikowane, ale każdy człowiek ma mieć własny pokój. Kilkakrotnie spotkaliśmy się z odmową spotkania umotywowaną tym, że jako jako 4 osobowa rodzina nie powinniśmy mieszkać w 3 pokojach, nawet jeśli ich powierzchnia to ponad 100 metrów. 

      W ogłoszeniu podane są dwie ceny - Kaltmiete czyli czynsz "zimny", kwota, jaką płacisz właścicielowi mieszkania. Do tej ceny dochodzą Nebenkosten - koszty ogrzewania, ciepłej wody, wywozu śmieci i ubezpieczenia (czasem też innych, dodatkowych opłat, jakie w związku z utrzymaniem mieszkania ponosi właściciel). Razem z Kaltmiete daje to Warmmiete czyli czynsz "ciepły" - kwotę, którą, co miesiąc musisz zapłacić za wynajem mieszkania. Warmmiete nie zawiera kosztów energii elektrycznej i internetu. 

      Nie zawiera, ponieważ mieszkania na wynajem długoterminowy są przeważnie, zupełnie dosłownie "gołe" - nie mają żadnego wyposażenia, mebli, często także zlewu, prysznica czy armatury łazienkowej. Licznik elektryczny jest podłączony w sensie fizycznym, ale umowę na dostarczenie energii należy podpisać samemu z dowolnie wybranym operatorem.

      Kaltmiete jest podstawą wyliczenia kaucji za mieszkanie. Kaucja równa jest zazwyczaj trzykrotnemu Kaltmiete. Niekiedy istnieje możliwość rozłożenia tej kwoty na kilka (trzy) miesięczne raty, ale i tak trzeba się liczyć z tym, że przeprowadzka powoduje kumulację wydatków. 

      Czynsz, jak i wszystkie inne cykliczne rachunki, opłaca się za pomocą zlecenia przelewu, czyli autoryzując wierzyciela do pobrania środków z konta. Trzeba więc pamiętać, żeby w określonym czasie środki na koncie były.

      5. Uwaga na oszustów

      Jak zwykle, kiedy sprawa wydaje się skomplikowana, do akcji przystępują rozmaici naciągacze. Podejrzewam, że arsenał metod, jakimi się posługują może być bardzo szeroki. Nam przydarzyły się dwie takie sytuacje. W pierwszej agent nieruchomości (swoją drogą, bardzo sympatyczny i uczynny Polak) próbował obciążyć nas prowizją za wynajęcie mieszkania. Według obowiązującego od 2015 prawa prowizję agencji płaci ten, kto zamawiał jej usługę. Zatem jeśli odpowiadasz na czyjeś ogłoszenie, na pewno nie Ty. Drugi przekręt, trochę w stylu nigeryjskiego spamu, był łatwiejszy do wytropienia - autor ogłoszenia twierdził, że mieszka w Londynie i jeśli ma przylecieć na spotkanie, prosi o zwrotną zaliczkę, chętnie PayPalem. Oczywiście, nie są to powody do paniki, bardziej motywacja do tego, żeby pamiętać o swoich prawach i uważnie czytać umowy, co - po raz kolejny - znacznie ułatwia znajomość niemieckiego. 

      6. Meldunek - czyli czemu w tym wszystkim jest wbrew pozorom sporo sensu

      Kiedy już wygrasz casting lub Twoja kandydatura zostanie zaakceptowana przez spółdzielnię, możesz się zarejestrować jako berlińczyk czyli dopełnić obowiązku meldunkowego. Teoretycznie, powinna to zrobić każda osoba, która na terenie Niemiec przebywa dłużej niż 7 dni. Papier potwierdzający zameldowanie, staje się Twoją magiczną przepustką do wszelakich dóbr i usług - pozwala na przykład założyć konto w banku, kupić kartę SIM czy podpisać umowę na Internet. Jest podstawą ubiegania się o zasiłki, udział w kursie integracyjnym i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, o których nie wiem. Po okazaniu potwierdzenia zameldowania, nasze dzieci zostały automatycznie przyjęte do szkoły rejonowej - sekretariat nie sprawdzał jakichkolwiek innych dokumentów (rekrutacja w Warszawie trwała 3 miesiące i wymagała między innymi okazania kserówek ostatnich pitów czy wypisu z KRS). Magiczna moc papieru jest zatem pewną rekompensatą za męki, w jakich się go zdobywa. Z lektury forów internetowych i polonijnych grup na twarzoksiążce wnioskuję wprawdzie, że w mieście funkcjonuje spora grupa rodaków, którzy meldunkiem nie zawracają sobie głowy, ale to - jak przypuszczam - zbytnio nie ułatwia im życia. 

      20160817_10.42.32_1Samojebka w hotelowej windzie, upamiętniająca jeden ze zwycięskich castingów. 

       

      Krótka wersja dla tych, którym nie chce się czytać

      1. Szukanie mieszkania przypomina tu szukanie pracy - ubierz się ładnie, skompletuj dokumenty i postaraj zrobić na wszystkich dobre wrażenie. 

      2. Będziesz potrzebować Schuffy, umowy o pracę lub innego potwierdzenia dochodu, kopii dowodu lub paszportu oraz danych wszystkich lokatorów. Będziesz wypełniać długie formularze po niemiecku. 

      3. W ogłoszeniach spotkasz kilka różnych kwot. Ostateczny, miesięczny koszt, jaki poniesiesz, to Warmmiete + prąd i Internet. Obowiązuje trzymiesięczna kaucja. 

      4. Po podpisaniu umowy, zamelduj się. Potwierdzenie zameldowania będzie jednym z podstawowych dokumentów, jakimi będziesz się posługiwać. 

      5. My ogarniamy wszystko, mówiąc po angielsku. Ale znajomość niemieckiego naprawdę ułatwi Ci wiele spraw.  

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pierwsze kroki w Berlinie. Jak znaleźć mieszkanie marzeń w 4 dni. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      piątek, 23 września 2016 13:55
  • sobota, 13 sierpnia 2016
    • inwazja elektrycznych wiatraków

      Najebali Niemce tych wiatraków do robienia prądu, gdzie się dało - skonstatowałam gdzieś między Berlinem a Hanowerem. Wiatraki zbijają się w grupki, kręcą ze sobą i łypią z wysoka ciekawskimi okami na trzypasmowy autobahn. Po zmroku te oka im się robią czerwone i mrugają miarowo, jakby w takt marszowej muzyki. Kiedy się zbiorą nad miastem, wyglądają jak imperialne maszyny kroczące, szykujące się do zdławienia rebelii na Hoth. 

      Na szczęście Polska będzie bezpieczna, bo zieloną energię będziemy pozyskiwać, spalając Puszczę Białowieską. Zmieszaną w rozsądnych proporcjach z dobrym, bo polskim, uświęconym tradycją i krwią poległych miałem węglowym. Byłoby to nawet zabawnym bareizmem, gdyby nie plany budowy kolejnej, opalanej węglem elektrowni w Ostrołęce, dzięki której irracjonalny proceder będzie spokojnie trwać przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Na trasie, jeszcze przed Poznaniem, czytałam o tym Smole artykuł w "Polityce". Myślałam, że jakoś sprawę skomentuje, ale tylko depnął w gaz i przyspieszył w stronę zachodniej granicy. 

      11334616_454738711361928_93558906_n

      To było nasze przedostatnie pożegnanie z Polską. Za kilka tygodni wyjeżdżamy na dłużej, może już na zawsze a ja coraz częściej łapię się na myśli, że chciałabym wychować dzieci na dobrych Niemców. Na uczciwych ludzi, którzy analizują fakty i na ich podstawie podejmują racjonalne decyzje. "Polska" Kultu, której po drodze słuchaliśmy ma już 30 lat, a wszystko, co czym śpiewa Kazik mogłoby się wydarzyć choćby wczoraj. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „inwazja elektrycznych wiatraków ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      sobota, 13 sierpnia 2016 14:23
  • wtorek, 21 czerwca 2016
    • januska szkoła prowadzenia sporów

      Na kamienicę sąsiadów mówimy fawela. Są tam tylko 19 metrowe kawalerki, cienkie ściany i klaustrofobiczny klimat. Budowano ją za wczesnego Gierka z myślą o wchodzących w dorosłość wychowankach domów dziecka. Dziś, poza gromadką starych lokatorów mieszka tam kilka wesołych dziewcząt z Ukrainy, młode małżeństwo, które lubi się kłócić i godzić w asyście policji, ktoś, kogo nocą często męczy kaszel i pewien Seba z dużym psem. Po browarze Seba lubi sobie posłuchać eurodensu i słucha go głośno. Szanuję to, bo sama mam na sumieniu szaleńcze prasowanie z Laibachem i depresyjne mycie podłóg przy ekstatycznym akompaniamencie Einsturzende Neubauten. Ale Januszowi z pierwszego piętra muzyka taneczna wyraźnie działa na nerwy. 

      Kiedy tylko Seba za mocno poluzuje gałkę volume, Janusz przystępuje do kontrataku osolemijem. Solemijo Janusza najpierw gra głośno, by w końcu przerodzić się w gromką kanonadę, coś między muzycznym blitzkriegiem a ostentacyjną manifestacją wyższości własnych upodobań. Zgaduję, że Janusz chciałby kiedyś Sebę całkiem zagłuszyć, ale ma zdecydowanie za mało basów. Kapituluje więc po kilkunastu minutach i potem już lecimy na tanecznej plejliście, przetykanej z rzadka wściekłym "ciszejtam, kurrrwa". 

      Solemijo dla wegeburgera

      Tak mi się ci moi sąsiedzi przypomnieli, jak poczytałam o wczorajszej fejsbukowej aferze dnia, czyli strajku pracowniczym w Krowarzywach (Krowierzywej?). Chodzi z grubsza o to, że pracownicy popularnej knajpki próbowali prosić właściciela podwyżki i umowy, ten zaś olewał ich na tyle konsekwentnie i długo, że zbuntowana załoga przerwała pracę nagłośniła sprawę w Internecie. Szef wykazał się empatią mojego sąsiada Janusza, znaczy wszystkich (podobno) wypierdolił z pracy i jeszcze bardziej rozkręcił medialną gównoburzę, dementując, klucząc i plącząc się w zeznaniach. Internauci uformowali dwa karne obozy - zwolenników właściciela lokalu i obrońców zwolnionych pracowników po czym wylali na siebie zwyczajowe wiadra gówna. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obie strony sporu to weganie, którzy i tak nie mają w sieci za dobrej passy. W końcu (oby z sukcesem) w sprawę włączyli się działacze rozmaitych inicjatyw pracowniczych, Partia Razem i inni, wiecie, lewacy, dzięki którym udało się zawiązać coś na kształt mediacji. Sprawa, o ile dobrze rozumiem, ciągle jest rozwojowa. 

      11925583_941923339213437_420640721_n(to jest wegeburger, którego sama zrobiłam i sama sfotografowałam, ponieważ lubię czuć, że moje miejsce jest w kuchni)

      Niezależnie od tego, jakie rozwiązanie uda się wynegocjować, obie strony sporu wiele już straciły. Nadszarpnięty prestiż knajpki z dużym prawdopodobieństwem przełoży się na mniejsze obroty - a to mniej kasy zarówno dla pracodawcy jak i pracowników, którzy nawet jeśli wywalczą lepsze warunki, będą mieć mniejsze napiwki i gorsze perspektywy na przyszłe podwyżki. Dobre relacje i fajna atmosfera w miejscu pracy już dawno poszły się jebać, razem z mirem, jaki w bezmięsnym światku otaczał lokal. W wszystko z powodu Janusza, który w obliczu konfliktu interesów nie potrafi zrobić nic poza puszczeniem głośnego osolejmija. 

      Janusze nasi powszedni

      A teraz sobie pomyślcie, ilu takich Januszów niższego i wyższego szczebla znacie ze swoich własnych miejsc pracy? Nie chcę wdawać się w zawiłe kwestie praw pracowniczych, bo ani się na tym znam, ani mam w tej sprawie coś do powiedzenia. Nurtuje mnie tylko czemu na proste "mam problem" tak często słyszymy kanoniczną odpowiedź "to wypierdalaj". Krzysztof Nędzyński na łamach Obserwatora Finansowego "Polityki" przekonuje, że to stosunki pracodawców i pracowników wciąż często przypominają w Polsce relację pana i folwarcznych chłopów. Fizycznej pańszczyzny nie ma. Mentalna trwa, choć najczęściej sobie tego nie uświadamiamy. Przejawia się na dwa podstawowe sposoby, które można traktować jako dwie strony tego samego medalu. Z jednej strony, ludzi – wykonawców, dostawców, pracowników – można i wręcz należy traktować z góry. Z drugiej, jak najmniejszym wysiłkiem należy wykonać zadanie, byle jak, ale nade wszystko – nie należy się wychylać. Personel Krowarzyw swoje zadania wypełniał doskonale, więc niesprawiedliwość, która go spotkała jest jeszcze bardziej niesprawiedliwa. 

      Jeśli i Ty nie chcesz żyć w folwarku XXI wieku, nie bądź Januszem i ćwicz się w trudnej sztuce dialogu. Postaraj się zrozumieć racje drugiej strony, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Twój oponent jest zupełnym chujem. Potrafi to pani Halinka, ta co ma jamnika i mieszka na parterze pod Sebą. 

      - Sebuuuś, ścisz synku, bo mi szyby lecą - drze się piskliwie przez okno na podwórze. 

      - Jeszcze jeden numer i wyłanczam! - odkrzykuje Seba i wyłancza. Bo czemu nie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „januska szkoła prowadzenia sporów ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fourchet
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2016 13:01

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny