RSS
czwartek, 03 kwietnia 2014
Jeszcze o życiu: kapusta.

Kapusta, wiadomo, kapuście nierówna. Jest czerwona, czyli fioletowa, biała czyli zielona, kapusty wędrowniczki: włoska, pekińska i chińska, zwana pak choyem tudzież jakieśtam jarmuże i inne brukselki. Z każdą kapustą można zabawiać się inaczej, o każdej mieć inne fantazje, nie waham się zatem podczas zakupów zamawiać kilku. A Tesco onlajn nigdy nie przepuszcza okazji, by zrobić mi kapuścianego psikusa. Toteż.

Odbieram dziś świeżą dostawę, żeby zapchać w lodówce przeciąg, góra żarcia, 170 produktów na liście, kto by tam sprawdzał, w dodatku na głodno, z głodnym, całym w ospowych strupach pacholęciem przy nodze. Dzień dobry, mówi pan, wszystko się zgadza, a czego nie było, dwie rzeczy, tośmy je zmienili na zamienniki, podpisze pani. Podpisuję, płacę i zaczynam znosić siaty do lodówki. Rozkładam stuff na półkach, w szafkach i koszykach, bez zdziwienia wsypując do pojemnika na warzywa sporą, fioletową kapustę. Kiedy już znika pod stertą ogórków, pomidorów i kalarep, natrafiam na dwie kolejne, mniejsze, lecz równie fioletowe. Musi zamiennik za tę białą, co nie na sztuki była, tylko kilogramy. Upycham je na półce do wina i rozpakowuję dalej, kolejną filoletową kapustę odkrywając w torbie z nowalijkami. To miała być włoska, ale rozumiem, że w życiu nie można mieć wszystkiego, że ze 170 produktów zamienili tylko dwa i cóż, cóż to całkiem logiczne, że kapustę kapustą zastąpili. 

Wyrozumiale spoglądam na ostatnią z kapust i uznaję, że będzie mi źródłem błonnika teraz i zaraz, rozpoławiam nożem, zalewam wrzątkiem i zostawiam w misce, żeby sobie troszkę zmiękła. Wracam do rozpakowywania. Tymczasem pierworodny, który w międzyczasie zbłądził do kuchni, przywabiony aromatem świeżej karmy, staje jak wryty. Młody gapi się w rozpłatany głąb jak w święty obrazek, by wyrzucić z siebie w końcu drżącym ze wzruszenia głosem

- Mamo, mamo patrz jakie piękne wzory!

niedziela, 23 marca 2014
warzywniacy - garść pretensjonalnych tez o rzucaniu mięsa

Mój osobisty ukochany, znany sybaryta i koneser steków, został weganinem. Wszystkich zatkało. 

Mnie chyba najbardziej, bo wiadomo - roztaczałam przed nim wyidealizowane wizje sielskiego życia bez padliny, mamiłam domowymi wytworami z warzyw, czasem nawet z obłudnie smutną miną raczyłam opowieściami o zatrważającym losie tych kurczątek, co to w klatkach, tych wielkookich cieląt hodowlanych, odciąganych siłą od matczynego cycka, ale nigdy nie przypuszczałam, że zabierając mnie na kolację, mógłby zamówić cokolwiek innego niż połeć średnio wysmażonej wołowiny. Aż tu kilka tygodni temu Ukochany wyszperał sobie „Skinny Bitch”, przeczytał i bez rzucania mięsem rzucił mięso, potwierdzając tym samym pierwszą z moich tez, że życie w roślinożerstwie musi być raczej owocem świadomej decyzji niż wiercenia w brzuchu i zewnętrznej presji. 

Ta świadoma decyzja położyła kres kulinarnej schizmie w naszej kuchni. Wcześniej ja jadłam na ogół wegańsko, Syn był wegetarianinem, Ukochany z Córką tworzyli obóz wszystkożerny. Teraz po prostu wywaliliśmy z kuchni mięso, jajka i nabiał, bo mimo szacunku do kulinarnych preferencji najmłodszej, kupowanie całych porcji kury na jej pięćdziesięciogramowe kotleciki jest zwyczajnym marnotrawstwem. No, ale może sobie zjeść w przedszkolu. Bardzo ortodoksyjni nie jesteśmy. Czasem, przeważnie w weekendy, zdarza nam się łyknąć na mieście sałatkę z kawałkiem sera lub wpaść do mamy na pierogi ze szpinakiem, w których było jajo. Na ogół jednak żywimy się produktami domowego przetwórstwa owoców, zbóż i warzyw. Podekscytowana tymi przemianami, gotuję ze zdwojonym zapałem, odkrywam nowe przyprawy, nowe techniki i nowe smaki. Ukochany, z gorliwością neofity, studiuje etykiety na słoiczkach, znosi do domu wegańskie pesto, organiczne czerwone wina i inne wyszperane na sklepowych półkach atrakcje. Stąd moja druga teza, że staranne odżywianie sprawia, że jadłospis staje się ciekawszy i bardziej urozmaicony, niż dieta statystycznego Kowalskiego, bazująca często na kilku sprawdzonych gotowcach. Jeśli chcesz z nią polemizować, podaj z pamięci listę potraw, które umiesz zrobić ze selera.

Mój facet stał się piękniejszy. I to nie tylko dlatego, że wegetarianie, cykliści, programiści i wszelkiej maści wywrotowcy, którzy robią rzeczy po swojemu są bardziej cool dla panienek. Wyładniał zwyczajnie - ma mniejszy brzuch i świetną cerę. Pozbył się kilku drobnych problemów z układem trawienia, które wcześniej interpretowaliśmy jako pamiątki po operacji wycięcia woreczka żółciowego. Ma więcej energii. W końcu - to już niewytłumaczalne dla mnie apogeum zajebistości - przestał chrapać. Na moje to nie gorszy od naukowych opracowań dowód na poparcie mojej trzeciej tezy - bezmięsni są zdrowsi (i ładniejsi!). Niestety, mnie zmiana diety nie zmieniła dotąd w topmodelkę, ale sadło - jeśli już musi się odkładać - nie odkłada się na brzuchu, tylko jakośtak estetyczniej. 

Rozentuzjazmowani, zwierzamy się bliższym i dalszym znajomym i czasem nieopatrznie wdajemy w niepotrzebne dyskusje. Dyskusje często brzmią podobnie do tych, które prowadziłam w późnej podstawówce, kiedy po raz pierwszy rzuciłam kotlety, czyli dobre 15 lat temu, choć na szczęście bardzo często brzmią już zupełnie inaczej. W każdej z nich musi jednak pojawić się trudny do odparcia argument że „ja to bym nie mógł/mogła” najeść się warzywami. Wydawało mi się, że to twierdzenie z gatunku tych, z którymi nie da się polemizować, bo jak niby obiektywnie ocenić, czy ktoś może. Na wszelki wypadek zakładałam, że mój neofita może osiągnąć punkt, w którym uzna, że on też nie może. Nic takiego się jednak nie stało. Stąd moja czwarta teza: kto twierdzi, że nie umiałby żyć bez mięsa, nigdy nie próbował. Na jej poparcie chciałam dodać, że kiedyś też nie wierzyłam, że można żyć bez mlecznej czekolady. 

No właśnie, to co wy właściwie jecie? - pytano mnie kilka razy. Warzywa i owoce, odpowiadałam beztrosko, mijając się nieco z prawdą, bo sporo miejsca w naszej diecie mają również rozmaite nasionka, zboża i grzyby. Konkretnie? W ciągu ostatniego tygodnia robiłam zupy, pasztety, curry, zapiekanki, paprykarze, leczo, makarony, naleśniki, owocowe musy, ciasta, hummusy, sosy i sałatki. Majstruję przy typowo polskich przepisach - jak ten na zasmażaną kapustę, racuchy czy ziemniaczaną babę równie często, co przy daniach kuchni śródziemnomorskiej, meksykańskiej i orientalnej. To, co gotuję, to nie są bezmięsne odpowiedniki mięsnych dań, tylko smaczne i apetyczne potrawy, które da się zmajstrować z produktów pochodzenia roślinnego. Nieustannie zaskakuje mnie jednak pytanie: to co jecie, zamiast kotleta? Czym zastępujesz jogurt? Moja piąta teza jest taka: kuchnia wegańska to nie jest kuchnia, w której czegoś brak. To jest po prostu inny sposób myślenia o gotowaniu. 

I nie, nie jemy w kółko soi. Z jej przetworów stale używam tylko mleka. Czasem zdarza nam się zaszaleć z czymś egzotycznym, nakupić tofu, azjatyckich przypraw albo smoczych owoców, generalnie jednak zaopatrujemy się jak prawdziwe Polaki, głównie w Lidlu i Tesco. Z zaskoczeniem odnotowałam, że zrezygnowawszy z produktów odzwierzęcych, wydajemy mniej na żarcie. Średnia wysokość naszych wydatków na spożywkę spadła z około 700 do mniej więcej 500 peelena tygodniowo. Jesteśmy bogatsi nie tylko o to, co do tej pory wydawaliśmy na wołowinę i owoce morza - bo głównie takie mięsa jadał Ukochany, ale też wysoko przetworzone przekąski, słodycze i duperelki. No i codzienne gotowanie sprawia, że mądrzej gospodarujemy paszą i rzadziej wyrzucamy jedzenie. Teza szósta jest zatem taka, że nie trzeba specjalistycznych sklepów ani dużej kasy, żeby być weganinem. 

Nigdy nie czułam, że mnie i mojego chłopaka dzieli ponad dekada. Mięsne kontrowersje wśród naszych znajomych dowodzą jednak, że jest między nimi pokoleniowa przepaść. Dla ludzi poniżej trzydziestki wegetarianizm, weganizm, jedzenie bez glutenu i inne żywieniowe ekwilibrystyki są na porządku dziennym. Argumenty za ich stosowaniem - rozmaite - od urody i samopoczucia, przez względy moralne po troskę o koleje reinkarnacji. Ci starsi - jeśli nie liczyć mojej, zahartowanej w znoszeniu ze stoickim spokojem wszelkich fanaberii matki, ujawniają na ogół atawizmy z czasów kolejek i niepokoju. Wyrazy współczucia, ubolewanie z powodu konieczności ponoszenia rzekomych wielkich wyrzeczeń, sugestie, że to takie niemęskie i w końcu najbardziej żałosne i prymitywne zaproszenia na steka. Hellou? Naprawdę steki miałyby być jedynym światłem naszego życia? 

Wymyślam przemądrzałe tezy, ale wciąż nie dowierzam empirycznym dowodom na to, jak bardzo jesteśmy tym, co jemy. Zachęcam do eksperymentów szukania pretekstów do zmiany diety. W końcu nawet jeśli los smutnych krówek masz w gruncie rzeczy w dupie, dzięki byciu weganinem możesz skutecznie się lansować, wyrywać laski lub histerycznie tkwić w centrum zainteresowania wszystkich zgromadzonych przy wspólnym stole. Powodzenia. 

sobota, 08 marca 2014
przebieranki

Egipskie akwarium, muzułmański weekend, pokaz delfinów. Polityczne zawieruchy wystraszyły turystów, na trybunach przeważają zatem miejscowi. Matki ucierają zasmarkane nosy, ojcowie przywołują sprzedawcę fistaszków i licytują się na długość obiektywów. Zahipnotyzowana dzieciarnia oklaskuje skaczące delfiny. Z córką na ręku przeciskam się przez tłum, w którym otulone czarnymi nikabami Egipcjanki mieszają się z półnagimi turystkami. Uwagę młodej przykuwa jedna z muzułmanek. 

- A co to jest? - pyta zaniepokojona. 

- To taka pani. 

- A za co się przebrała? 

Tłumaczenie świata trzylatce to czasem prawdziwa ekwilibrystyka. 

20:12, fourchet
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 lutego 2014
reality show

Pourlopowy inboks pełen nieistotnych informacji. Newsletter o mediach z zestawieniem najchętniej oglądanych programów. Wysokie słupki dla transmisji na żywo z domu Natalii Siwiec. Natalia Siwiec to ponętna pani bez spektakularnych talentów, chętnie opisywana przez plotkarskie portale i fotografowana przez periodyki dla panów. Znany mi tylko ze słyszenia program powiela starą, sprawdzoną formułę bigbradera - ktoś łazi w gaciach po domu, obserwuje go kamera, potem ktoś inny łazi w gaciach po domu i na to w telewizor patrzy. 

Zastanawiałam się dziś, jak by to wyglądało, gdybym gwiazdą takiego programu została ja, ja we własnej osobie i uznałam, że fabuła byłaby epicka. Oto kroję, kroję warzywa na wegańską zupę. Miksuję ziarenka na hummus. Podżeram kolendrę prosto z doniczki. Potem pracuję. Patrzę na maka, a mak odwzajemnia moje spojrzenie. Bębnię w klawiaturę. Zastygam w bezruchu z niezbyt inteligentną miną. Czasem ukradkiem zerknę na fejsa. Idę pobiegać, ale to się wytnie. Biegając, poci się człowiek nieestetycznie, w dodatku doskonale monotonny rytm mojego szoł zostałby zaburzony przez jakieś gwałtowne ruchy. Równowaga zostaje odzyskana, gdy przyprowadzam do domu dzieci. Jemy zupę. Układamy razem puzzle. Potem, gdy już zasną, czytam książkę bez obrazków lub robię szydełkiem prosty wzór z szarej wełny. W tle słychać tykanie zegara. Za plecami widok na ogród. W ogrodzie pośniegowe błoto. 

Jestem przekonana, że wielu widzów chciałoby poznać moją historię. Nasz przestronny salon jest wprost stworzony do tego, by lokować w nim artykuły gospodarstwa domowego i elementy wyposażenia wnętrza. Sprawdziłabym się doskonale jako promotorka dowolnej marki organicznych warzyw, szarej wełny lub słownika poprawnej polszczyzny. Czekam na propozycje. Czuję, że to będzie ważny krok w mojej zjawiskowej karierze. 

wtorek, 04 lutego 2014
przyszłość

- Panda, a kim będziesz, jak dorośniesz? - pyta Igor. 

- Eee... Założę taką czapkę... I będę doktorem... I będę leczyć mojego konia! - po chwili namysłu postanawia Jagoda. 

- Ja zdecydowałem, że będę raczej latał w kosmos - rzuca Igor od niechcenia. 

- Latał? Ja będę samolotem leciała. 

- No tak, ale ty będziesz leciała do Egiptu, a ja polecę w kosmos - tłumaczy młody tonem bardzo starszego brata, znużonego ignorancją siostry. 

- Ufem?

środa, 29 stycznia 2014
Kubuś Trynkiewicz. Ludzie to idioci.

Druga dekada XXI wieku, środek Europy. Grupa zrozpaczonych rodziców podnosi internetowe larum ponieważ soczek Kubuś Play nie zamarza w temperaturze ośmiu stopni poniżej zera. Za tym z pewnością kryje się spisek, bo wiadomo, demoniczne koncerny czyhając na zdrowie biednych dzieci polskich, serwują im trującą mieszankę chemikaliów, składem surowcowym nie różniącą się wcale od płynu do chłodnic. Jak już nas wszystkich wytrują, przejmą za bezcen naszą ziemię, zgwałcą kobiety i ogólnie Smoleńsk, kurwa, Smoleńsk. 

O oświeceni rodzice! O świadomi swoich praw konsumenci! O waleczni Internauci, niestrudzeni w podnoszeniu jałowych tumultów. Jak już pogodzicie się z faktem, że wysoko przetworzona żywność rzadko kiedy bywa zdrowa dla waszych rozkosznych, mięsożernych spaślaczków, a zdrowia nic nie doda tak, jak świeża woda, pożyczcie od nich podręczniki do przyrody, żeby ogarnąć, o co biega z całym tym zamarzaniem. Dociekliwi mogą spróbować zamrozić sobie mleko prosto od krowy albo domowe wino i ze spokojnym sumieniem przejść do ogarniania naprawdę poważnych tematów. 

Jak Polska długa i solidarna, jesteśmy wszyscy zgodni, że trzeba wyzwolić Ukrainę i udupić Trynkiewicza. Ukraińcy to bowiem bracia Słowianie i nie będą im żadne ruskie chuje zabraniać zgromadzeń ani innych swobód obywatelskich ograniczać. A Trynkiewicz jest jak Kubuś Play - siedzi i podstępnie zagraża. I cały kraj teraz, a mamy, przypominam XXI wiek, nie jakieś zapyziałe średniowiecze, rzucił się go zwalczać. I uchwalono w tym celu specustawę, której nie powstydziłby się sam Janukowycz. 

Na mocy naszego nowego prawa można każdego więźnia bezterminowo przetrzymywać w izolacji od świata. Potrzeba do tego odpowiedniego skierowania i autografu kilku biegłych. TVN24 codziennie relacjonuje ogarnianie tej papierologii w przyspieszonym trybie. Wydawać by się mogło, że takie rzeczy to tylko w Chinach Ludowych, Korei Północnej czy innym Zetesererze. A tutaj środek europy taki środkowoeuropejski, a totalitarne prawo przyjmuje się przez aklamację, w imię obrzydzenia do wąsatego pana, którego kręcą mali chłopcy. Ludzie kochani, czy wyście nie czytali „Lotu nad kukułczym gniazdem” albo „Mistrza i Małgorzaty”? 

No dobra, mogliście nie czytać. Chodzi o to, że zakłady dla chorych psychicznie bywały w przeszłości miejscami odosobnienia dla więźniów politycznych, ludzi głoszących niewygodne dla władzy poglądy i tych, którzy indoktrynacji poddawali się z trudem. Nie trzeba było być wywrotowym antypaństwowcem. Wystarczyło, jak w przypadku Igora Letova, zakochać się w punkrocku. 

Taki scenariusz wydaje się wam nieprawdopodobny? Pewnie już zapomnieliście, jak wybrany w 2006 roku (to też XXI wiek) rząd zajmował się głównie lustracją, a głównym zmartwieniem ministra edukacji było cenzurowanie listy lektur. Goście pokroju Agenta Tomka udupiali ludzi, doprowadzając ich do popełnienia przestępstw zgodnie z zaprojektowaną tezą, Barbara Blida popełniła samobójstwo a Doktor G wdepnął na kilka lat w procesowe g., ponieważ podpadł jednemu z miłościwie panujących bubków. Doprowadzenie do aresztowania kogokolwiek było tak samo proste, jak osadzenie go w psychiatryku na mocy nowej ustawy. Patrząc na sondażowe słupki i wiedząc, że moi rodacy chodzą na wybory jak do toalety - żeby ukradkiem oddać się wstydliwej czynności, po czym umywać ręce, nie mogę wykluczać, że te czasy jeszcze wrócą. 

W szkole może i było o tym, że prawo nie działa wstecz, ale tę lekcje już dawno zapomnieliśmy, tak samo jak temat z chemii o zamarzaniu. Trynkiewicz musi zatem wziąć na klatę wszystkie legislacyjne uchybienia i od nowa odpokutować karę, którą już raz odpokutował. Nie, nie uważam, żeby był miłym gościem, może by się nawet skurwysynowi należało, ale czy wtedy wszyscy będziemy wciąż równi wobec prawa? 

Chluśnijce sobie lekko zmrożonego Kubusia dla ochłody i razem ze mną trzymajcie kciuki za Trybunał Konstytucyjny, Strasburg czy kto tam jeszcze może uchylić to chore prawo. A potem idźcie porozmawiać z dziećmi, bo Trynkiewicz czy nie, warto żeby wiedziały, jak rozpoznać pedofila i jak się przed nim bronić. 

wtorek, 28 stycznia 2014
wprawki z Zoli

Marcinek był z mojego rocznika, z mojego miasta, z mojej okolicy i nawet do zerówki chodziliśmy razem. Tam nikt Marcinek za bardzo nie lubił - nie miał chińskich kredek, drugiego śniadania i dziwnie pachniał. To było jeszcze przed czasami politycznej poprawności, więc dzieci się Marcinka zwyczajnie bały, a czasem trochę brzydziły. Niektórzy rodzice za to próbowali się nim opiekować, zwłaszcza mama Magdy, co jako jedyna miała włosy dłuższe od moich, bo prawie do kolan, a ja tylko do pasa, ale potem, jak już się robiło ciepło, Magda zachorowała na białaczkę i po chemii te długie włosy szlag trafił. Marcinek też miał matkę, ale nie miał ojca, a matkę miał pijaczkę, znaczy alkoholiczkę, prominentną lumpiarę z Kwiatowej. Kwiatowa to były w naszym mieście takie slumsy, wrzód na dupie willowej sypialni, sklecone byle jak, łatane blachą i kartonem lepianki, pod lasem, z dzikimi psami, ze stadami kur, awanturami w domach opalanych węglem i kradzionym z lasu drewnem i sławojkami na podwórzach. Mały Marcinek błąkał się samopas wokół matki i jej absztyfikantów jak maskotka, którą można od czasu do czasu podkarmić dla zabawy albo z nudów się z nią podroczyć. 

Dorastaliśmy robiąc nic bo w naszym miasteczku niewiele było do roboty. W wieku, w którym nie chcesz już siedzieć w domu i być nazywany dzieckiem, zaczynaliśmy się szwędać po ulicach i czekać, aż coś się wydarzy. Marcinek już tam był, wprawiony w szwędaniu i wyczekiwaniu, więc od czasu do czasu na siebie wpadaliśmy. Schowani przed karcącym wzrokiem starych na tyłach miejskiej biblioteki, kopciliśmy Caro z miękkiej paczki, snując papierosowy small talk i wtedy Marcinek mówił, coś w stylu „bo moja matka nie ma nogi” albo „i może wtedy nam prąd podłączą” i był wtedy trzy razy starszy ode mnie, choć jak zwykle byliśmy rówieśnikami. 

Cześć cześć - rzucaliśmy sobie w przelocie. On na to cześć cześć cześć był ze wszystkimi po swojej stronie torów, bo na drugą się nie zapuszczał, nie żeby było jakoś daleko, pilnował chyba po prostu swojego rewiru. Cześć cześć - sprzedawcy z okolicznych sklepików odwzajemniali rozbrajający uśmiech i nawet zbytnio nie oponowali, kiedy od czasu do czasu prosił o fajki na krechę. Fajki, nie flaszkę, bo mówił, że nie piję. Cześć cześć, po które wstępował do nich prawie codziennie, bez okazji, pogawędzić: z kioskarzem, z lumpami, z paniami z biblioteki, cześć, cześć Marcinek. 

„Marcinek się powiesił” - oznajmiła moja matka, wypakowując przytargane z miasta zakupy. Akurat był sezon na nastoletnich samobójców - najpierw dziewczyna z ogólniaka, co łyknęła proszki ze strachu przed wywiadówką, potem jeszcze jakaś ciężarna małolata machnęła żyletką po żyłach, przynajmniej w niektórych relacjach, bo taka historia musiała zacząć żyć własnym życiem w kilkunastu, przekazywanych  z ust do ust wariantach. Więc i Marcinek raz miewał problemy z narkotykami, raz sam nimi handlował, raz umierał z nieodwzajemnionej miłości do dziewczyny, innym znowu pomagał mu w tym ojciec laski, która kochała równie żarliwie, co on. Widać, lepiej by było gdyby jednak, jak zwykle, nikt nigdy Marcinka nie kochał. 

20:42, fourchet
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014
Koń Arbuz

Moja córka ma konia. Prawdziwego. Koń Jagody nazywa się Arbuz. Zamieszkał z nami kilka dni temu. Młoda przemawia do niego cierpliwie i łagodnie, kiedy koń płoszy się przy czesaniu, karmi marchwią i zachęca do stukania kopytkiem w ekran iPada. Czekam cierpliwie na moment, gdy poznam konia mojej córki, ale Arbuz jest nieśmiały wciąż kryje się przede mną pod łóżkiem w sypialni. 

Tagi: konie
18:17, fourchet
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Brzemiona

Śnieg śniegiem a biegać trzeba. Hycałam po mroziku żwawo i radośnie, ale perspektywa nurzania się w śliskiej i chłodnej brei na mojej zwyczajnej, odludnej trasie za ekranami dźwiękowymi nie była ekscytująca. Po honorowej rundce najbliższymi odśnieżonymi arteriami zboczyłam więc na dróżki naszego przydomowego parku, naruchać brakujących kilometrów metodą chomiczą - w kółeczku. 

Akurat było przed jedenastą, godzina w sam raz wózkowa, po trzech raptem na krzyż alejkach snuło się zatem kilkanaście młodych matek, odbębniających dzienną pańszczyznę za sterami. Grube kurtki puchowe, grube, zmęczone ciążami pupy, folie rozpostarte nad niemowlakami, bo ćmił śnieg leciutki. Zmęczone, smutne spojrzenia wbite w kostkę bauma pod stopami. Unikanie kontaktu wzrokowego z własnymi dziećmi, przypadkowymi przechodniami i pchającymi. Nerwowe bujanie, żeby powstrzymać bachory przed wybudzeniem.  Kręciłam kółko za kółkiem po sześciusetmetrowej pętli, z niedorzecznym może trochę uśmiechem na twarzy, w nieprzemakalnym trykocie i buciorach, którymi nie pogardziłyby Spice Girls i z każdym kółkiem czułam, że wzrok wózkowych coraz częściej odrywa się od podłoża i niechętnie nakłuwając moje uciekające plecy.

Dola wózkowych nie jest łatwa, wiadomo - kupy, kolki, ograniczona ilość stymulacji, zdeformowane ciało i brak snu. Mam ambiwalentne wspomnienia z czasu, kiedy moje dzieci przechodziły transformacje z nowonarodzonych krewetek w istoty ludzkie. Nie umiem sobie tylko przypomnieć, czy ja też wtedy zapomniałam, jak się uśmiechać. 

21:23, fourchet
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 stycznia 2014
Teen Mom - prequel

Porządkując papierzyska, znalazłam notatkę nabazgraną na zatłuszczonym świstku. Nie ma na niej daty, ale musiała powstać kilka miesięcy po moich 22 urodzinach. Poczułam się, jakbym czytała wiadomość wysłaną z tonącego statku. 

Wczoraj skończyły się pieniądze i papieroski. Dokonawszy pobieżnego przeglądu zasobów naszego królestwa stwierdzam, że do końca tygodnia mam co jeść. Młody też. Gorzej z pieluchami, więc wisi nad nami widmo tetrowej kaźni, zaszczanych majtek, pościeli i wszystkiego, co da się zaszczeć. Biedne nasze matki i babki, w ramionach których spędzaliśmy nasze zaszczane niemowlęctwa epoki przedpampersowej. Głodu nikotynowego na szczęście brak. 

Nie będę raczej śledzić losów uczestniczek nowej produkcji MTV, ale z całego serca trzymam za nie kciuki. 

(Byłam bystrą dziewczynką, z pewnością zdawałam sobie sprawę z tego, że gdybym nie kupiła fajek, starczyłoby na jakieś tanie pieluchy. Najwyraźniej jednak miałam jakieś inne priorytety. Nie, nie paliłam przy dziecku.)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10