RSS
środa, 08 kwietnia 2015
nasze prace

W życiu należy robić to, co się lubi. Przynajmniej tak piszą na puszkach od Coli. Dlatego znowu nie pracuję, a w chwilach wolnych od frilansu próbuję wszystkiego, czego od zawsze chciałam spróbować. Na przykład korzystać z pożyczonych od córki kredek i synowskiej książeczki Jak rysować zwierzęta. 

Prawdopodobnie Wasze dzieci potrafiłyby zrobić z nich lepszy pożytek. Ale ja nie czułam dawno takiej dumy z efektów swojej pracy, więc postanowiłam się nimi pochwalić. 
koteezyrafka1

13:17, fourchet
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 marca 2015
strzeż się tych miejsc

Miasteczko Wilanów. Lemingrad. Nowa Sarmacja. Równe szeregi trzypiętrowych bloków, pozłacane szprosy, karna siatka prostopadłych ulic. Monotonia, monoteizm, monokultura. Nie ma w Warszawie miejsca, w którym czułabym się gorzej.

Tygodniki opinii donoszą, że już cała Warszawka ma z Wilanowem zatarg z zawiści, że tym stamtąd dali większą krechę i trochę też o te złote szprosy, ale w końcu wszyscy tu mamy jakieś krechy do spłacania, więc mimo animozji w porannym 522, kierunek Branickiego, ciśnie się tłum zaspanych pielgrzymów. Żeby przetrwać, trzeba żreć, leminarnia zasysa więc co rano speszone niańki, bawieniem cudzych bachorów zarabiające na zaoczne studia, kierunek markieting, zmęczone życiem Ruskie - to dzięki ich brudnym rękom i zdartym kolanom wszystkie panele podłogowe lśnią tu tak jasno, zblazowane korpludy, których fabryka matka poczuła na dupie cuchnący oddech kryzysu i w ramach cięć budżetowych zmigrowała na peryferie cywilizacji i uśmiechnięte profesjonalnie ekspedientki, masażystki, kosmetyczki o specjalizacji woskowanie bobra, wyciskanie pryszcza z czoła wilanowskich żon, w wyłożonych białym kaflem Studiach Paznokcia, Gabinetach Włosa, Ambasadach Urody. Żreć trzeba nawet wtedy, gdy życie na krechę przechodzi płynnie w życie pod kreską. Przynajmniej by się chciało, jak ta pani z botoksem, która co rano kuśtyka na szpilach przez Żabkę na rogu, z szyneczką w plastrach w koszyczku i wystudiowanym uśmiechem na wybielanych zębach. -Proszę mi to jeszcze zapisać na zeszyt - pani nakazuje pucułowatej sprzedawczyni w zielonym polarze - jutro na pewno będę coś miała na karcie. Ekspedientka kiwa ze zrozumieniem przetłuszczoną fryzurą i udostępnia zębatej działkę odtłuszczonych kilokalorii. Z nich dwóch to ona wie lepiej, że vanitas vanitatum. 
 
Na placu budowy wokół świątyni, zwanej reaktorem lub wyciskarką do soku, kręcą się pojedynczy, ospali robotnicy. Taksówkarz, który mnie tędy wiózł ostatnio, ostrzegał, że obiekt pewnego dnia może wznieść się do góry i zniknąć w kosmosie. Błoto, które oblepia gumofilce gości w zielonych uniformach, zwiastuje niechybne nadejście wiosny. W Starbuniu (logo ma prawie tak zielone, jak te uniformy) naprzeciwko można rozsiąść się na zewnątrz i sącząc przez słomkę waniliowe ajskofi, kontemplować mrówczy wysiłek roboli. To jedyne miejsce w Warszawie, w którym pod koniec marca nie ćwierkają ptaki. Bo nie ma, kurwa, ani jednego drzewa, na którym dałoby się uwić gniazdo. 
 
Drzewa nie ma. Ławki nie ma. Bo by bydło siadało. Parku nie ma. Placu zabaw. Biblioteki. Przedszkola. Kina. Warzywniaka nie ma. Prawie jak w snach Kononowicza, czasem tylko knajpka mignie, najlepiej w stylu takim fjużyn-śródziemnomorskim, dużo na biało, w menu rukola i proskjuto. Ogłoszenie dewelopera, luksusowy apartament - 40 metrów z widokiem na Medicover. Dalej nic.  Przejścia też nie ma, trzeba naokoło iść, bo tęty to tylko dla lokatorów, to jest droga prywatna - informuje profesjonalnie ochroniarz w wieku emerytalnym. O 9 rano będzie już robił trzeci obchód wokół bloku. Należy zachować czujność i obchodzić regularnie, inaczej barbarzyńcy wdarliby się na dwudziestometrowy wewnętrzny dziedziniec, zaglądali bogu ducha winnym lokatorom w zakupione na kredyt okna, wydrapali na murku swoje inicjały, wywąchali cały zapach kwiatom z tego tu klombu, kto wie, co jeszcze. To są sytuacje niedopuszczalne, którym należy zapobiegać, działać prewencyjnie, uprzedzając ruchy przeciwnika, dlatego jak raz pana na stróżówce częstowałyśmy z koleżanką ciastem, odparł, że nie wolno mu przyjmować korzyści majątkowych. 
 
Nie ma gdzie iść na Wilanowie, więc tutejsze żony, wierne bluszcze oplatające strudzonych kredytobiorców, pchają swoje wózeczki donikąd, naokoło bloku, niech się dziecko napatrzy, u siebie jest w końcu, patrz syneczku, tu jest nasz balkon, a te drzwi to od naszej klatki, okupione krwawicą Twojego ojca, co mu oczy popękały od jarzeniówek w biurze, obejrzyj go na zdjęciu w moim ajfonie, jak wyglądał na Korfu, w Szarmie na wakacjach, no tutaj na ajfoniku sobie popatrz, bo dzisiaj tatuś znów będzie późno, rucha nadgodziny, a może nawet i biurową koleżankę, ale to nie szkodzi, bo co kredyt złączył, tego śmierć już nie rozdzieli, to dla ciebie dziecino, te panele, te plafony, te szafy wnękowe, ta wanna z hydromasażem. Idzie, szczebiocze, w jedym ręku ajfon, w drugiej lody na patyku, wózek pcha brzuchem, środkiem ścieżki rowerowej i tylko refleks i hydrauliczne hamulce ratują mnie przed wjechaniem jej w chudą dupę. 
 
Na usta ciśnie mi się przekleństwo, ale niepotrzebnie. To miejsce już dawno zostało przeklęte przez znacznie potężniejszą siłę. 
 
PS: Sorry, wilanowiacy, nie chciałam zranić Waszych uczuć. Ja tam się nie obrażam, jak mi mówią, że cała Praga cuchnie szczyną. 
 
wtorek, 10 marca 2015
nakurwie
Piździernik. Potwornik. Przynajmniej już nie jest ciemno o tej porze. Zbiorkom wyrzyguje mnie na Grochowie. Buty mi nie pasują do płaszcza, płaszcz mi nie pasuję do spodni, stukam tym butem, co nie pasuje w krzywy chodnik i przez chwilę żałuję, że nie ma Boga, zawiesili pobór do piekła i można sobie tylko zostać dorosłym. Dorosłość to taki stan, że nawet jak chcesz się zniszczyć, możesz sobie co najwyżej westchnąć głęboko, zrobić blachę drożdżowego i opierdolić ze smutku na ciepło. 
 
Wszystkie kobiety w Polsce noszą o tej porze roku czarne puchówki, to jest jak dogmat. Czarna, ściągnięta w talii paskiem puchówka, muszkieterki na streczowych dżinsach, torebka na ramię, wypchana preparowanymi marzeniami z Party za 0,99 peelen, czasem cienki papieros albo reklamówka z Biedry - smutne minimum miejskiego szyku zmienia dziewczyny w dryfujące między wysokimi blokami wrony. 
 
Ujebane błotem buty nie robią na mnie żadnego wrażenia, więc cisnę skrótem. Błoto mlaska pod stopami. Między brzydkimi, żółtymi wieżowcami zapada zmierzch o konsystencji brudnej, szarej waty. Jeśli tli się tu jeszcze jakieś życie, to tylko w apatycznym ogonku po awizo na poczcie, tylko pod jaskrawym szyldem Żabki, w której znowu padł terminal. Wierzę, że łączność siada, bo oto zstąpiłam do Morii, zapuściłam się na pustkowia, zabrnęłam na manowce. Na moje obawy odpowiada tylko echo obcasów, niosące się między blokami. Tyle że epickie przeprawy przez nicość są raczej dla bohaterów z jajami, tych, którzy się do niej zapuszczają, żeby dokonać rzeczy ważnych i przejść wewnętrzną przemianę. Ja się tylko miętoszę w stołecznych pięćsetkach, otumaniona zapachem obcej pachy, tylko się jeszcze łudzę, że stoję tam wśród ludzi, żeby się czegoś więcej o nich dowiedzieć, a wszystko, co mi wolno to brzydko się zestarzeć i z dnia na dzień coraz bardziej upodabniać do dawno niewidzianej kuzynki Aldony. A tej to, kurwa, nienawidzę.
23:11, fourchet
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 grudnia 2014
singing in the rain

- Co to za pani? - pyta córka, zezując mi zza ramienia na Spotify. 

- To Masza Scream, kochanie. Ona śpiewa w tej piosence. 

- I ma piękną suknię. I koronę!

- Wiesz, widziałam ją, jak występowała na koncercie. Stała na scenie i krzyczała: dawajcie, bracia!

- A czemu nie tańczyła z parasolem, jak ja? - pyta córka, tańcząc z parasolem. 

12:41, fourchet
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014
opiekuńcze odruchy
Ciemno i mróz. Szesnasta, dzień o cztery godziny krótszy od najkrótszego dnia w roku. Szesnasta czterdzieści osiem, tak samo ciemno i zimno jak o piątej dwadzieścia cztery, kiedy wychodziłam pobiegać i jak o szóstej trzydzieści jeden, kiedy z biegania wracałam. Ale mi to nie przeszkadza, jestem w metrze, znaczy w autobusie, paczam w Kindel a tam kolejna sieka ze świata "Metra 2033". Więc ciemność jest uzasadniona, bo jak niby inaczej miałoby być pod powierzchnią miasta, lata po zagładzie atomowej?

Ciemno i zimno. Idę w czapce i myślę o pierdołach. Idę skrótem, przez podwórka, gdzie ciemność jest jeszcze ciemniejsza, o odcieniu jak w dupie. W sam raz do ataku mutantów, ale mutantów nie ma, tylko dzieciak jakiś, parę lat jeszcze minie, zanim zda do starszaków, pałęta się między zaparkowanymi byle jak autami. Rozglądam się za dorosłymi, nikogo nie ma, zdejmuję z grzdyla miarę - wprawne oko podpowiada, że mniejszy od mojej córesi. Ciepło toto ubrane w czapeczkę i puchówkę, nie jak ten dwulatek, co wczoraj w wiadomościach spierdolił do lasu w piżamce. Znaczy że starzy muszą być gdzieś niedaleko i pewnie już go szukają. W ułamku sekundy podejmuję decyzję - zatrzymać, zbombardować miłością, zlokalizować opiekunów i zjeżdżać do domu bo piździ. 

Postanawiam i realizuję. Przyspieszam kroku, zachodzę brzdąca od tyłu i przyjaźnie otaczając ramieniem. 
- Gdzie Twoja mamusia? - ćwierkam radośnie, kiedy udaje mi się w końcu nawiązać kontakt wzrokowy. 

Pod zwałami puchówki nie ma buźki w podkówkę ani zasmarkanego noska. Wściekła karlca posyła mi spojrzenie, w którym ukryty jest jeden, za to bardzo wyraźny rozkaz.

Wypełniam go z pokorą i zrozumieniem.
22:52, fourchet
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 listopada 2014
Kawałki dzieci

Kto mi tak dzieci pokroił, te moje? Kto mi je rozbił na kawałeczki? Kto mi je tak rozczłonkował, że teraz każdy członek, od reszty oderwany woła matki spazmatycznie, błagając o co innego? Skupiam się, żeby zobaczyć własny pomiot, a na nich ktoś namalował przerywaną linią umowne granice podziału, jak na krowach z tych stylizowanych plansz od rzeźnika, które wieszają nad mięsnym w Almie. Zaczynamy od sprawdzenia nosa, czy zapchany? I gardło, bo może czerwone. Ręce, które trzeba spakować w rękawiczki. Talia, za wąska do nowych spodni. Palce, prowadzące koślawo długopis po zeszycie. Język, plaskający o podniebienie, kiedy tworzymy przez inwersję zdania w Simple Present. Oczy, których kolor wpisujemy do paszportu. O 19:30 interesują nas zęby, szczególnie czwórka lewa dolna, pod którą chyba wyrzyna się coś stałego. Potem żołądek, więc jedziemy na kolację. Obcinamy paznokcie. Włosy do umycia. Pamiętaj, żeby kupić dłuższą kurtkę, która zakryje nereczki. Skóra twarzy - smarujemy kremem. Aż po wieczór, kiedy zaspana córka wślizguje się do mojego łóżka, mrucząc 
- Potrzymasz mnie za stopeczki?
Czasem się boję, że to, co mam w głowie od prawdziwych dzieci różni się tak bardzo, jak sterta poszatkowanych części w mięsnym od spacerującej po łące krowy. 

22:17, fourchet
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2014
głupi ludzie wierzą w głupie bzdury, mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury

Największa bzdura, jaką próbują Ci wmawiać jest taka, że wszystko ma niby jakiś sens, który tylko czeka, aż go odkryjesz. 

Druga bzdura, w którą natychmiast przestań wierzyć jest taka, że musisz być kimś i coś osiągnąć. Nic nie musisz. 

Trzecią, najbardziej toksyczną z bzdur jest to niuejdżowo - koeliowskie przeświadczenie, że jeśli tylko odpowiednio mocno chcesz, wszystko staje się możliwe.  

A gówno. 

Rzeczy się czasem nie udają, nie ważne, jak się starasz. Życie nie ma ukrytego sensu, chyba jakiś tam sobie nadasz. Albo jest trening do zrobienia. Obowiązek bycia kimś to bajka, którą starzy ludzie opowiadają dzieciom, żeby szybciej odrobiły lekcje. Serio, sama tak straszę, choć przecież wiem, że statystycznie najszczęśliwsi są w życiu przeciętniacy, którzy nigdy nie chcieli osiągnąć nic szczególnego. 

Nie, nie naczytałam się Sartre'a. Tak zawsze było i było OK, dopóki ludziom się we łbach nie poprzewracało od wszystkich tych propagand sukcesu. Wcześniej kopali sobie dziury w ziemi, szyli buty, układali bruk, jedli kapustę i brukiew, a na Kolumba do końca życia patrzyli jak na pomylonego. Dopiero w naszych upierdliwych czasach każdy stał się wizjonerem na własnym wallu. 

No dobra, tak naprawdę czytałam tego Sartre'a sporo. Czy to dlatego sypiam po 5 godzin i czuję się zagubiona, kiedy nie mogę w Trello sprawdzić, co jeszcze mam dziś do zrobienia?

Jak nie zapiszę to i nie zapamiętam, więc tak sobie tylko chciałam zapisać, żeby zacząć wszystko bardziej olewać, z premedytacją i bez wyrzutów sumienia. W końcu od jak dawna nie siedziałam bezczynnie albo poszłam na długi spacer donikąd?

 

23:09, fourchet
Link Komentarze (1) »
środa, 12 listopada 2014
z pamiętnika cyklistki

Jazda komunikacją miejską jest jak seks analny. To całkiem w porządku, kiedy robisz to raz na jakiś czas, z ochoty na ekstremalną przygodę. Ale codzienne praktykowanie może powodować uszczerbek na zdrowiu. 

Plan na listopad: znaleźć ośrodek egzaminacyjny, w którym zawieruszyły się moje papierzyska do prawa jazdy. Szukając, rozkminić, jak wrzucać w koszty taksówkę. 

Spostrzeżenia: w dni świąteczne w autobusie 520 spożycie cebularzy spada nawet o 75%. 

00:09, fourchet
Link Komentarze (3) »
sobota, 01 listopada 2014
na wnuczka

Babcia jest z Pragi, wykiwać się nie da. Hartowany w dziejowej zawierusze rocznik trzydziesty siódmy. Mnie imponowała zawsze idiolektem, obfitującym w słowa takie jak "ksiuty" czy "szwaja" i karierą na stanowisku ślusarza i jeszcze tym, że pracuje wciąż na pół etatu, choć już nie jako ślusarz. Dziś zaimponowała mi czymś jeszcze. 

- Siedzę w domu z koleżanką, dzwoni telefon. Że moja wnuczka miała wypadek na Mokotowie, zabiła kobietę z dzieckiem na pasach. Lidzia? - się pytam. A oni, że jeśli nie zapłacę, to pójdziesz paki na trzy miesiące. Ale myślę - przecież ty jeździć samochodem nie umiesz, niby jak kierowałaś? Strasznie ten człowiek na mnie krzyczał, że mam im zaraz dać pieniądze, wyjść w wąską uliczkę i dawać. No i się zdenerwowałam. I mówię mu tak: niech sobie wnuczka te trzy miesiące odpocznie. Należy jej się. Ona wiecznie taka zapracowana. 

21:51, fourchet
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 października 2014
Słowo na niedzielę

Możesz przez całe życie podejmować racjonalne decyzje. Możesz zachowywać się jak rozsądna dziewczynka, która za nic w świecie nie da numeru żadnemu z tych uroczych, złamanych życiem borderajnowców w fazie manii ani nie pójdzie do toalety całować się z poznaną na czwartym tego wieczora densflorze chudą studentką pierwszego roku w rozmazanym makijażu. Możesz kompulsywnie rzucać pracę i zabierać do łóżka całą blaszkę domowego placka drożdżowego. Możesz, kto Ci zabroni. Jesteś dorosłą, świadomych praw Europejką i wszystko Ci wolno, ale za żadne skarby nie patrz na metkę z ceną sukienki, którą właśnie przymierzasz. Ani butów. Metkę.

Przymierzaj. Wyjdź z przymierzalni i patrz, jak laski dookoła Cię nienawidzą. Jest bosko? No jest. To leć do kasy. Uśmiechnij się lekko i pomyśl, jaka jesteś piękna, teraz kiedy wyzwalasz się z mieszczańskich przesądów i twojej pięknej twarzy nie mąci żaden nerwowy grymas, jak ten co mącił rozczarowaną blondynkę, która spojrzała na metkę i odmaszerowała do wyjścia, holując za sobą równie smutną w wieku przedszkolnym córeczkę. To w końcu tylko parę stówek, których i tak nie zobaczysz na oczy, bo zapłacisz kartą. Pamiętaj, jeśli pod koniec miesiąca ma nie starczyć na jedzenie - nie szkodzi. I tak chcesz kapkę schudnąć. Wbijaj ten pin, bezwzrokowo go wbijaj drania, bezrefleksyjnie. Poczekaj na autoryzacje i kwicz, kwicz tak mentalnie, bo na zewnątrz jesteś oazą piękna, dystynkcji i spokoju. Oazy nie kwiczą. Teraz już jesteście razem - ty i twoja idealna kiecka i nikt was nie może rozłączyć, więc na wypadek moralniaka zaraz za kasą wyrzuć paragon. Ulżyło, co?

Mam trzydzieści lat z okładem, głupia jestem tak, jak byłam, ale nauczyłam się od życia, że jedna doskonała kiecka jest warta więcej niż piętnaście takich sobie. I tylko buty do biegania mogą być warte więcej. 

 

 

 

21:48, fourchet
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12