|
Archiwum
Tagi
|
czwartek, 12 kwietnia 2012
jaka szkoda
Szkoda mi tych dziewczyn, które się brzydko na smutno starzeją. Lata taka cycata płaczka w teledysku, a parę lat później już jako natapirowany piczon marszczy się w jednej z sieciowych agencji. Szkoda mi tej małej, która tak bardzo nic nie miała, że skserowała całe miasto. Szkoda mi długopisu, żeby pisać do Ciebie maile. Szkoda mi czasu na melancholię, a przecież, przecież kiedyś tak bardzo to uwielbiałam. Lubię stawiać grube kreski. Lubię zamykać się w sobie. Lubię siedzieć i nic nie mówić.
poniedziałek, 06 lutego 2012
mocowanie
Nie mogę wypisywać tu takich rzeczy, ponieważ jestem kapryśna i chimeryczna a w międzyczasie patrzę na siebie w lustrze oczyma Mirosława Baki. Takimi zmęczonymi i z krwią oczyma starego gliniarza. Z filmów. Na żywo bowiem rzadko sie starym gliniarzom przyglądam, choć ostatnio byłam zeznawać i mnie jeden spytał, czy o karierze modelki nie myślałam, powiedziałam mu jednak, że nie, że na takie rzeczy jestem za stara, choć naprawdę nie o wiek chodziło, ale o krzywe zęby. Staram się jednak jakoś na bieżąco te wszystkie warsztatowe ekspresje załatwiać, tyle że łatwiej idzie w moleskin. Po części przez te ostatnie szpitale, innymi razy znowu dlatego, że znowu gram w erpegi. I teraz też muszę kończyć, kochany pamiętniczku, daj mi sera na pierogi i żebym szybko znalazła jakąś drukarkę sieciową, bo muszę puścić taką jedną umowę.
wtorek, 31 stycznia 2012
zostawanie w przyszłości
- Mamo, czy w przyszłości można być tyloma osobami, ile tylko się chce? - pyta spod kroplówki mój hospitalizowany syn, w szpitalnym slangu "skarbonka" z powodu tkwiącej w przełyku monety. - Jeśli się nauczysz kilku zawodów, będziesz mógł je sobie zmieniać. - Ja w takim razie będę policjantem. A zimą będę Świętym Mikołajem. A potem zostanę lekarzem i wynajdę lekarstwo na raka.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
iskanie
Wzrusza mnie Smoła poprawiający mi włosy, gdy wylezą spod spinki. Leżeliśmy wczoraj w łóżku z książką, ajpadem i niemowlęciem. Od czasu do czasu wyrywał mnie spomiędzy kartek delikatnym skubaniem wystających kosmyków. Smoła co roku ma postanowienie noworoczne, typu że się zakocha, pojedzie do Nowego Jorku albo kupi mieszkanie. I co roku je spełnia. Trochę mi to imponuje.
piątek, 30 grudnia 2011
wina moleskina
Wszystko, co wypisuję, żre ostatnio moleskin. Michał Witkowski w "Drwalu" też ma moleskina, więc jestem jakoś przez to znobilitowana literacko, nawet gdybym tam smarowała takie bzdury, że moleskinowi kartki puchną i ze wstydu pokrywają się purpurą. Ale nie żebym go jakoś specjalnie sprowadzała dla lansu, nie - po prostu Smoła mi dał bo dostał, a używa nieliniowanych. Dał mi też "Upiorny Notes Monster High" czy może "Upiornie fany odjazdowy notes Monster High" na prezent przebłagalny, gdy się wściekłam i krzyczałam. W sumie nie na niego się wściekłam, tylko tak ogólnie. I teraz kran w kuchni przecieka, a ja się zastanawiam, czy to dlatego, że rzuciłam weń miseczką z przecierem jarzynowym. I syn mnie spytał, czy on też mógłby z wściekłości rzucać czasem klamotami. Pakując świąteczne prezenty myślałam sobie, że w prezencie najważniejszy jest nie prezent, tylko obdarowywany i taki moleskin, elegancki przecież i ekskluzywny, wcale by każdego nie ucieszył. Mojego ojca nie ucieszyłby pewnie wcale, ale w dyskretnej złośliwości mógłby mi pojechać, że brzydko zapakowałam. Ale mój ojciec nie żyje. Przez jakiś czas czułam się chujowo z wrażeniem, że może za mało przeżywam tę stratę. I wtedy dotarliśmy na Wigilię mojej matki, w tym uszczuplonym gronie jeszcze bardziej chujową niż wszystkie Wigilie, których i tak zawsze nienawidziłam. Jeśli bowiem Twoja rodzina ma jakieś dysfunkcje, jeśli jakaś nienazwana myśl rysą jest na szkle, w szafie trup albo chociaż mały syf pod dywan pozamiatany, tego dnia wszystko wyjdzie na jaw, ludzkim głosem przemówi, fałszywą nutę przemyci w chór osiołków ze stajenki a nowo narodzone dzieciątko będzie miało świński ogon - na szczęście zanim ktokolwiek to zauważy zeżrą je mrówki. Dojechaliśmy, taszcząc wszystkie dzieci, nieuleczalnie smutną matkę Smoły, brzydko spakowane prezenty i dwie własne socjopatie i naszych dzieci socjopatie, a tam już pięciuset gości ubranych w stylu wołomiński szyk, catering na stole i moja własna matka, która udaje, że wcale nie jest jej źle, tylko tak właśnie sobie barszczyk doprawia. Mamo - chcę powiedzieć - pierdol to wszystko. Za hajs, co poszedł na te makowce, te z kerfura plastikowe prezenty, te złe węglowodany, byś sobie na tydzień pojechała w góry, połazić, zamiast odstawiać wesołe wdówkę. Mamo - chcę powiedzieć, ale od lat mówimy do siebie jakoś tak bezosobowo, chciałabym ją przytulić, ale taką mamy relację, że się nie przytulamy, z resztą mój syn się zaraz opluwa barszczykiem i jestem gdzie indziej potrzebna, z moim synem przytulam się dużo i córką, trochę na zasadzie kompulsywnego odreagowania. Problemy z dziećmi, nawet socjopatycznymi, zaplutymi barszczem, rozwiązuje się stosunkowo prosto i przyjemnie. Problemy z rodzicami mogą już chyba tylko przytłaczać, z upływem lat coraz bardziej. Czasem się czuję złapana w potrzask między pokoleniowym młotem a kowadłem, między moją, przedwcześnie postarzałą matkę a matkę Smoły, z wiekiem coraz bardziej infantylną, między poczucie, że powinnam im jakoś w rozwiązywaniu ich problemów pomagać a wkurwem, skoro same sobie nie chcą dać pomóc. Nasze matki dogadują się znakomicie od samego początku - nicią porozumienia łączy je to, że samych siebie nie lubią a za mną nie przepadają. Więc dobrze chociaż - myślałam w kiblu - że na paszczy jestem taka śliczna to jak się wkurwię, zawsze mogę w lusterko popatrzeć, żeby odreagować. era błonnika
Wiadomo, jakie czasy są teraz. Takie, że nic nie wiadomo i nawet postmodernizm już się skończył. Kręgosłupy, również te moralne, wszyscy mają krzywe i chociaż nas od dziecka tresują, żeby wielką literą mówić Moralność, że Miłosierdzie a nawet Sprawiedliwość, to dalej nie wiemy, czy lepiej, żeby chiński reżim poszedł się pierdolić, czy rósł w siłę, wypełniając ryżem i dobrobytem brzuszki zabiedzonych dzieci z prowincji Guangzong. Z tęsknoty za światem w czerni i bieli podziałów, coraz skrupulatniej układam jadłospis, tysiąc dwieście kalorii, pięć zdrowych posiłków co trzy godziny. Nie wiem, czy postępuję słusznie, kupując chińskie zabawki, odmawiając grochowskim żulom wypłaty zasiłków z tytułu ssania, pracując w korpo dopompowanym kapitałem z południowoafrykańskich diamentów, więc choć proporcje między złożonymi węglowodanami a białkiem, między płynami a roślinnym błonnikiem osiągam idealne. Wierzę, że jest to dobre i zdrowe, bo bardzo chcę wierzyć w to, że jestem dobra i robię dobro. Robię sobie dobrze, wypłacając głaska za każdy dzień bez podjadania między posiłkami. Świat zupełnie pozbawiony reguł byłby dla mnie nie do strawienia.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
skarpety
Jeszcze na przedświęciu świąteczne emocje opadły, nigdy ich z resztą nie lubiłam, teraz jest tylko logistyka i zaufanie do Smoły, że będziemy sie trzymać razem i jakoś przetrwamy również ten problem. Wyjazdy, przyjazdy, rodzice żywi i umarli, podarunki, zakupy, obchody szkolne, nianie na zastępstwo, topografia i etos wyjść, wypraw i jego delegacji na Wschód, które trzeba koniecznie, zanim prawosławni u siebie rozpętają to szaleństwo. Wszystko to pokrywa mnie jak niezeskrobywalna warstwa pajęczyny, robią mi się od tego zmarszczki, nie pomoże na nie żaden pilates, żadne wyzwania zawodowe, nawet zwolnienie z egzaminu w hołdzie za błyskotliwy esej nie pomoże, bo kiedy wszystkie ekstrawagancje, które mamy już zrytualizowane, zostaną odprawione, pod tym wszystkim już mnie nie ma, jest tylko zbiór rutynowych czynności w godzinach, które z wielotygodniowym wyprzedzeniem zapisujemy sobie w terminarzu. Mamy taki wspólny terminarz, żeby się życie bardziej samo ogarniało. Do tego już doszło, że marzę, by mi Mikołaj pod choinkę podrzucił bawełniane majty i ciepłe skarpety. Bo te, co mam, są albo brzydkie (skarpy) albo za duże (gacie), a wyjście po nie do sklepu o tej porze byłoby istnym szaleństwem.
wtorek, 13 grudnia 2011
niemieckie lalunie
Smoła mi dał od Mikołaja zestaw Monster High mrocznych czirliderek, potrójny giftpak, ToysRus eksklusif. Naturalnie, jaram się i kiedy tylko dzieci nie są chore, ustawiam moje laski w fikuśnych pozach i focę. Wyglądają jak czarna dywizja dopingująca Nirvanę w teledysku do Smels Like Teen Spirit. Sądzę, że Kurt nie byłby szczęsliwy, wiedząc, że taką dywizję można sobie kupić w trójpaku prosto od Mattela. Ten Kurt w ogóle nie był wesołym facetem - możecie sobie obejrzeć go na żywo w Paramount Theatre, w jakości Blue Ray, prześledzić dokładnie smutne niedoskonałości cery i zmechacenia na swetrze szepczące, że śmierć się niechybnie zbliża. Zostają zmechacenia i kołtuny, bo twarzy już nie widać. O ile dobrze pamiętam, w jego czasach najmodniejsze obecnie w przemyśle zabawkarskim zestawienie czerni i różu było dość śmiałe i awangardowe. Teraz czerń z różem to jest absolutny mast hew, nawet jak masz sześć lat i przynajmniej teoretycznie powinnaś myśleć tylko o elementarzu Falskiego i zębowej wróżce. Bo jednak - nie oszukujmy się - nawet jeśli rynek kolekcjonerskich lalek dla takich jak ja, starych bab, jest ogromny, to żyją te Mattele głownie z dzieci. Niemiecki Mattel nazywa się Simba. Choć koncernem jest globalnym, niemczyzna odcisnęła na nim silne piętno, głównie w sferze dizajnu i nie myślę tu o żadnych Volkswagenach ani Bauhausie, tylko takim prostackim, polskim stereotypie brzydkiej Niemry. Tak właśnie wyglądają simbowe lalki, których wyróżnikiem na zawsze dla mnie było takie dziwne zachwianie proporcji szyi, głowy i barków, za sprawą którego Steffi zawsze wygląda jak kulturystka w ciąży. Wersja ciężarna to z resztą jedno z jej najbardziej rozpoznawalnych i chyba najprzyjemniejszych dla oka wydań. Steffi jest więc trochę brzydsza i bardziej nieproporcjonalna niż Barbie, za to definitywnie różni się od niej usposobieniem i charakterem. Rzadziej eksponuje swoje zawodowe ambicje. Przeważnie spotykamy ją w zasobnych wielopakach z mężami i licznym przychówkiem. Gołym ciałem nie świeci. Dobra dziewczyna z sąsiedztwa. Ale w tym gorącym, przedświątecznym sezonie nawet poczciwa Steffi straciła głowę i postanowiła objawić światu swój bardziej mroczny, gotycko - różowy wizerunek. I tak powstała trumienkowa seria Mystic Girlz, spowitych w czerń, podziaranych Steffich prosto z Castle Party. Spowite w welony, uroczo nieproporcjonalne, w zaskakujących grymasach twarzy zawieszone gdzieś między melancholią, tęsknotą, smutkiem a zniechęceniem wyglądają jak zmelanżowane festiwalowe balangowiczki. Zguglajcie sobie bo zaiste warte są obejrzenia. A na czirliderskim trójpaku czuję się nieco oszukana. Niewiele tam fryzurowo - makijażowych ekstrawagancji, jakość wykonania też nie powala. Mam już pięć Draculaur i prawie trzydzieści Monsterek w ogóle i pomału zaczynam się zastanawiać, czy powinnam dokupować kolejne. Czy w ogóle kolejne kupować, skoro domy, prace, studia, dzieci, bieganie i przecież nawet gdyby doba miała czterdzieści godzin, byłaby za krótka, a ja nawet nie zrobiłam prawa jazdy bo jak tchórz odwołałam egzamin. Rany boskie. Z drugiej strony, po tym wszystkim należy mi się przecież chwila relaksu w towarzystwie ślicznotek. Bo przecież świat nie kończy się na tym, że dzieci chore, ale już czują się dobrze.
wtorek, 06 grudnia 2011
Żaden tam kryzys, ale jak używam tego słowa, czuję się bardzo światowo
Skoro już tak wyszło, że musiałam w ubiegłym miesiącu parę kół wydać na rzeczy potrzebne i ważne, odbija mi się postną czkawką w postaci braku kieszonkowego na ciuchy, kosmetyki, lalki, pierdółki z second handu na dole, akcesoria dla lalek, niezwykle ważne kolekcjonerskie figurki, które Młody chciałby mieć, to co, przecież dziecku nie będę żałować, gazetki z pierdółkami, biżuterię w kształcie zwierzątek, elektroniczne gadżety w dziewczęcych kolorach, latte z pianką w kofihewen i takie tam inne. Więc przestałam kupować. Przestałam kupować i nagle moje życie stało się lepsze i prostsze. Koniec z dylematami typu: co wybrać, kiedy okazja goni okazję i trzeba łowić szybko, na kup teraz. I czasu jakby więcej, odkąd za laluniami po serwisach aukcyjnych nie chodzę. I nie chodzę po sklepach, dzieciaków nie taszczę przez odmęty podśmiardłej klienteli i przesuszonego ogrzewaniem powietrza. Takie wyjścia, do spożywczaków zwłaszcza, przez które trzeba się przeczołgać, dźwigając córkę i pacyfikując syna, który na zmianę popłakuje, demoluje i próbuje zmusić mnie do wydania fortuny na cukierki były zawsze wyczerpujące, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że cośtam jeszcze trzeba dokupić, mimo pełnej lodówki. Teraz gotuję (!) z tego, co jest w domu i prawie nie wyrzucam karmy, ze zdziwieniem zauważając, że wystarczają nam jedne zakupy w tygodniu. Skoro mniej zakupów, mniej śmieci się w domu poniewiera i mniej przedmiotów w ogóle, bo zawsze przecież nie tylko jedzenie się kupuje, ale tysiące z pewnością niezbędnych pierdół przy okazji. Mniej jest rzeczy do oddania - bo trzy czwarte z tych pierdół robiło się zawsze niepotrzebne tuż po zakupie i mniej gracianej logistyki. Nie lubię, jak grat mi przestrzeń zagraca. W zagraconej przestrzeni jestem bardziej neurotyczna. No i na odchudzanie dobrze robi, kiedy nawet drobnych szkoda na batoniki, a Młody, po dwóch tygodniach bez zbędnych prezentów był rozkosznie podekscytowany planszówką, którą dostał na Mikołajki. Więc im się tak bardziej nad tym zastanawiam, tym bardziej do mnie dociera, że musiałam kilkaset, albo i więcej, zet miesięcznie wydawać na rzeczy całkowicie zbędne. I nie mówię tu o lalkach, których potrzebuję przecież, tylko o na mieście przesłodzonej kawie, tygodnikach opinii, które i tak czytam online, pismach o odchudzaniu, których nie czytam w ogóle i ciuchach z Internetu, których i tak potem nie noszę bo nie pasują, jedzeniu, które się psuje i tysiącach gratów, które potem i tak wyrzucam, wpadłszy w pasję odgracania. Najgorsze jest to, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej do mnie dociera, że nie trwonię tak forsy z powodu jakiejś szczególnej potrzeby, smutku, który zakupami trzeba zabić, ale z głupiego odruchu tylko, z nudów, z przyzwyczajenia. Trochę mnie to przeraża i im dłużej myślę, tym bardziej obiecuję poprawę, wyciągam na sztandary kryzys i zaczynam szukać ascetycznej równowagi.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
szopka, odchudzanie, pod krawatem i kryzys
Poniedziałek. Więc znów zaspaliśmy. Poniedziałek jest u Młodego dniem pod krawatem, poszedł bez, w koszuli białej. Bo ja nie wiążę, a Smoła dokonuje życiowych przełomów w grodzie Kraka. Za to ulepiliśmy z masy solnej szopkę, rączkę, co przy suszeniu odpadła od dzieciątka przyczepiliśmy na klej Ośmiorniczka i jeszcze to dowiozłam mimo deszczu. Pomiędzy prasowaniem gigantycznej sterty ciuchów, gotowaniem cukiniowej zupy kremu, z niemowlem dyndającym u spódnicy, a seminarium z językowego obrazu świata doszłam wczoraj do wniosku, że bycie ideałem jest jednak dość wyczerpujące. A już bez dwóch zdań ideałem, który niedojada. Gdyż trzeba mi schuść. Nie żebym była brzydka czy gruba, ale przy dłuższych wybieganiach szwankują mi kolana. A ja się jaram wiosennym półmaratonem, bardziej niż ciuchami w rozmiarze 38, które będą do wywalenia. Śniło mi się, że chciał mnie pocałować jeden chłopak obcy, znaczy nie mój. Chciał, ale nie pocałował, tylko tak głowę zatrzymał w pół drogi, w najbardziej ekscytującym momencie pierwszego pocałunku - wtedy, kiedy już wiadomo, że coś, ale jeszcze nic nie ma. Niezręcznie się poczułam z powodu snu tego, bo przecież mam już chłopaka i to zupełnie innego, ale po namyśle uznałam, że nie przekroczyłam chyba żadnych granic, jakich się nie powinno przekraczać w związku. Ostatecznie, w tym śnie, to on mnie chciał pocałować, nie ja jego. Do odchudzania mam specjalny łydżet na mój wypasion, telewizoropodobny smartfon, mówi mi, co mam zjeść, żebym sobie tym głowy specjalnie nie zaśmiecała i jest dość skuteczny, przede wszystkim dlatego, że jak nie chcę zjeść tego, co on mi mówi, żebym zjadła, zawsze ma w zanadrzu propozycję czegoś innego, co akurat jest pod ręką. Nawet zapłacę funt coś za wersję pro, niech no tylko zacznę mieć jakieś fundusze, których nie mam. Jeśli to nie jest dziejowa niesprawiedliwość, że forsa znika, choć jej nie trwonię, ale płacę jedynie za wszystkie te niezbędne rzeczy, za które płacić trzeba, to chyba tylko kryzys. |