Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

O radości z niechodzenia do polskiej szkoły

fourchet
Wyjechaliśmy z Polski, bo marzyliśmy o nowym życiu pełnym przygód. Ale nadciągająca reforma edukacji pomogła nam w podjęciu tej decyzji. Niezależnie od tego, gdzie byśmy się znaleźli, dzieciaki miał w końcu czekać spory wstrząs.
 
Nie trafiliśmy do raju. Berlińskie szkoły są biedne. Nie ma tablic interaktywnych i kolorowych dywanów. Materiał z czwartej klasy polskiej podstawówki omawa się w szóstej. No ale w ramach fakultetów można zapisać się na naukę gotowania, stolarstwo albo hodować pszczoły w pasiece. Program nauczania zmienia się rzadko - starsze roczniki przekazują młodszym starmoszone książki. Zaskakuje nas ofiarność nauczycieli i zaangażowanie rodziców.
 
Wiele rzeczy jest nowych. Najbardziej to, że przestałam się bać o dzieci i ich przyszłość - w szkole i po szkole.
 
Strach to właśnie to, co mając dziecko w Polsce czułam najczęściej. Najpierw przyziemny strach przed rzeźnickim porodem, potem stałą obawę o to "jak będzie". Bywało chujowo, bo zostałam mamą po raz pierwszy, mając 22 lata. Zaraz potem zostałam też samotną matką.
 
Kiedy Igor kończył przedszkole, trwała szarpanina o to, czy dzieci w jego wieku powinny trafiać do pierwszych klas czy zerówek. Przedszkolanki z naszej grupy były zdania, że "nie wolno dzieciom odbierać dzieciństwa". Na wieść, że chcemy wcześniej zacząć szkołę, wręczyły mi diagnozę, szczegółowo opisującą deficyty mojego dziecka. Wynikało z niej, m. in., że jego kompetencje językowe są niższe niż kompetencje chodzących do tej samej grupy dzieci z Wietnamu, dla których polski był drugim językiem. Długo płakałam, ale posłuchałam syna, który jasno wyartykułował, że zerówka go nie interesuje. Mimo moich obaw, bez większych problemów poradził sobie jako uczeń.
 
Ale strach towarzyszył nam aż do 5 klasy. Bo Igor faktycznie ma swoje małe słabostki - bazgrze jak kura pazurem, bałagani i jest nieśmiały. Przez kilka lat wydaliśmy kupę pieniędzy na terapię SI, pracowaliśmy w domu nad usprawnianiem rączki, lepiliśmy pierogi i z plasteliny a on dalej robił najbrzydsze szlaczki w klasie. Nie przejmowałabym się tym tak bardzo gdyby nie to, że jakość szlaczków miewała wpływ np. na ocenę z angielskiego. Oceniane było także zachowanie - żeby zasłużyć na pozytywne noty trzeba było aktywnie uczestniczyć w licznych konkursach plastycznych. Zaciskaliśmy zęby i pomagaliśmy młodemu odrabiać prace domowe z techniki. Prace domowe z matematyki, polskiego i innych przedmiotów odrabiał sam, czasem do późnych godzin wieczornych. Na jednym z zebrań odezwałam się nieśmiało, że może to nieco zbyt dużo.
- To już jest czwarta klasa! - upomniał mnie ktoś z rodziców. - Tu już nie ma czasu, żeby po lekcjach grać w piłkę!
 
Pracowaliśmy więc dalej, w pocie czoła. Do zajęć pozalekcyjnych, które w 5 klasie były już codziennie doszła nam rehabilitacja na krzywiący się od siedzenia przy biurku kręgosłup.
 
Tak, rozważaliśmy przenosiny do szkoły prywatnej. Póki dyrektorka jednej z nich nie wyznała nam szczerze, że kluczowa jest dla nich pozycja w rankingach, więc przyjmują tylko dzieci, które nie sprawiają problemów.
 
W 2016 atmosfera w kameralnej, grochowskiej podstawówce, do której chodził Młody zaczęła się robić gówniana. To wtedy pierwszy raz usłyszałam, jak jeden chłopiec wyzywa drugiego od uchodźców. Był to jeden z wzorowych uczniów, którzy chętnie uczestniczyli w konkursach plastycznych.
 
2 września zameldowaliśmy się w Niemczech. Kilka godzin później staliśmy na progu naszej szkoły rejonowej - kilka kolorowych, ceglanych budyneczków, boisko, placyk zabaw, pasieka i ogród. Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że dzieci zostaną przyjęte, a raczej pokierowane gdzieś dalej.
- Dzieci nie mówią po niemiecku - ostrzegliśmy.
- Nie szkodzi, to się czasem zdarza - odparła dyrektorka.
Okazało się, że w całej szkole byli jedynymi cudzoziemcami (jeśli nie liczyć dzieci z mieszanych małżeństw) i jako jedyni nie znali języka.
 
Po dawnemu się bałam. Że będą ich przezywać, że nie poradzą sobie z materiałem, że są inni, więc będą łatwym celem do zaczepek. Ale koledzy i koleżanki z klas - i ich rodzice, okazali się dla nas sporym wsparciem. Nauka okazała się być ważna, ale nie najważniejsza. Bo zadaniem szkoły jest też pokazywanie dzieciom jak zgodnie współpracować i rozwiązywać konflikty.
 
Naturalnie, zaliczyliśmy kilka lepszych i gorszych momentów. Igor, którego niemiecki nie był dość dobry, żeby po szóstej klasie swobodnie poradzić sobie w szkole średniej, trafił do gimnazjalnej "Wilkommensklasse", gdzie w kameralnej grupie ćwiczy niemiecki. Nauczyciele zauważyli, że bazgrze jak kura pazurem i wysłali nas do lekarza od dzieci bazgrzących po zaświadczenie, które w przyszłości pozwoli mu np. zaliczać egzaminy ustnie, nie pisemnie.
 
Po raz pierwszy rozmowa o deficytach dziecka przebiegała w przyjaznej atmosferze. Zatroskana nauczycielka nie miała do nas o pretensji o brzydkie szlaczki, nie żaliła się, że młody zaniża poziom i nie miała mu za złe, jeśli nie nadążał z pisaniem.
 
Mamy za sobą także koszmar prac domowych. Te, które przynosi Jagoda są obliczone na 20 minut pracy i jeśli dziecko potrzebuje na nie więcej czasu, mamy to zgłaszać nauczycielowi. Prace Igora mają głównie charakter projektowy, wymagają wykonania jakiegoś reasearchu albo współpracy z kolegami.
 
- Czy powinniśmy z nią jakoś dodatkowo pracować? Zapewnić jeszcze jakieś wsparcie? - pytałam wychowawczynię Jagody.
- Musi się dużo bawić z innymi dziećmi. - odparła poważnie nauczycielka.
 
Nasza sytuacja dalej jest niepewna. Jagoda wprawdzie radzi sobie bardzo dobrze, ale Igor pewnie nie trafi do przeznaczonego dla najlepszych uczniów Gymnasium ale nieco łatwiejszej Integrität Sekundarschule. Tam będzie musiał zawalczyć o dobre wyniki, żeby zostać dopuszczonym do Abitur, czyli matury. Powinien dać radę.
 
A co jeśli nie zawalczy? Jeśli mu się nie powiedzie, będzie mógł wybrać jedną z tysięcy szkół zawodowych albo jakieś praktyki. Nie zrobi kariery uniwersyteckiej, ale zassie go chłonny rynek pracy i zapłaci mu tyle, żeby starczyło na skromne mieszkanie, żarcie, nowe buty i wakacje od czasu do czasu. Będzie programował, bo lubi a jeśli nie to sobie zostanie listonoszem albo będzie siedział na kasie i nie będzie to żadną tragedią, ponieważ siedzenie na niemieckiej kasie to nie są jakieś losy gorsze od śmierci.
 
To nie są parszywe losy polskich kasjerek i ochroniarzy, których się boimy i przed którymi chcemy chronić dzieci. Ze strachu przed nimi wysyłałam syna na te wszystkie dodatkowe angielskie. Ze strachu wycinałam po nocach kwiatki na plastykę, bo ocena z plastyki jest ważna, bo podnosi średnią. A średnia jest ważna, z nią dobre gimnazjum, dobre liceum. Klasa profilowana z dodatkowym hiszpańskim i jeszcze więcej lekcji do odrobienia.
 
Cieszę się, że doniesienia o reformie oświaty są dla mnie już tylko jako ponure ciekawostki. Jestem smutna i pewna, że wielka reforma niczego nie zreformuje. Póki do reformatorów nie dotrze, że nie każdy musi zostać wielkim kimś. Za to każdy powinien mieć szanse na spokojne, uczciwe życie przeciętniaka.

Na basenie

fourchet
Młody zapisał się na kurs pływacki. Na Dahlem (wymawiaj "koniec świata"). Odwożę go i waruję godzinę w ciasnym holu, razem z dwudziestką innych, troskliwych rodziców. Pogubione klapki, zapach chloru, niewygodna ławeczka i wielka szyba, przed którą stłoczyli się najbardziej oddani kibice małych sportowców. Wpadam na tatę Amara. Gawędzimy sobie w trudnej do cytowania mieszance niemieckiego, angielskiego i pantomimy.
 
Amar wybrał pływanie, jego brat Mahmoud koszykówkę. Ale z siostrą są problemy - w nocy płacze jak dziecko, choć ma już 15 lat. Ciągle jej się śni, jak mafiozi na serbskiej granicy przystawiali jej pistolet do głowy. - Give me your money! - krzyczeli, ale przecież oni nie mieli już żadnych pieniędzy. Żona zebrała, co miała na sobie - kolczyki, łańcuszek, oddali, poszli dalej. Za serbską granicą było już dobrze, bezpiecznie. Policjanci w Niemczech są bardzo mili.
 
Policjanci z Aleppo mniej. Przyszli do domu, skuli go w kajdanki, zabrali. Bo mówił, że prezydent nie jest demokratą. Bili, zawiązywali oczy. Za szybą nasze chłopaki nurkują pod okiem jowialnego, siwego instruktora. Tata Amara pokazuje ślady na nadgarstkach. Policjanci z Aleppo podwieszali go za ręce do sufitu. Wypuścili po 4 miesiącach. Teść zapłacił za to równowartość dobrego samochodu.
 
Gorąco w tej hali, wychodzimy na zewnątrz. Czy nie narzekają na chłodny klimat? Zdążyli się przyzwyczaić. Żonie się tu podoba, pracuje przy kosmetykach. On robi praktykę w fabryce samochodów, pogodził się z tym, że nie będzie, jak dawniej, pracował w banku. Chciałby nazbierać pieniędzy i otworzyć kawiarnię. Albo piekarnię. Może na Marzahn? I kupić samochód, na początek używany.
 
Bo chodzenia ma dość, odkąd dwa lata temu doszli od siebie do Monachium. Na piechotę. Dwa samochody, którymi jeździli w Syrii sprzedali, żeby zebrać pieniądze, dla przemytników. Maszerowali z czwórką dzieci. Siedem krajów, dwa miesiące, nie było aż tak strasznie. W ajfonie ma obfitą dokumentację tej wycieczki. Słońce nad Morzem Śródziemnym. Martwe dzieci na tureckiej plaży.
 
Oni w ogóle lubi wycieczki. Oszczędzali trochę z żoną i pojechali jesienią do Paryża. Tylko we dwoje. Chętnie wybraliby się gdzieś jeszcze. Czy w Polsce są ładne miejsca do zwiedzania? - Z pewnością spodobałby się wam Kraków - doradzam życzliwie. Jesteśmy w centrum bezpiecznej Europy. Czekamy aż nasze dzieci zmienią klapki na adidasy.
 
Myślę o moim kraju, w którym bohaterami nazywa się husarzy, skinów i wojennych bandytów z lasu. I że bardziej heroiczne od toczenia wojny może być zabranie czwórki dzieci na bardzo długi spacer. Chłopaki wychodzą z przebieralni z mokrymi włosami. Pilnuję, żeby założyli czapki.

4 fantazje seksualne dla osób, którym nie wiedzie się w życiu

fourchet
Fantazja 1
Jesteś faraonem. Depilujesz sobie nogi, jądra, czasem nawet brwi. Jesteś żywym bóstwem i masz sporo obowiązków, takich jak błogosławienie i sprawianie, by ponownie wzeszło słońce. Nosisz sandały, ale nie musisz ich sam wiązać. Prawdopodobnie umrzesz przed 30.
 
Płyniesz po Nilu. Twoja Łódź sunie po rzece z mozołem. U wioseł siedzą młodzi niewolnicy. Ich atletyczne ciała ociekają potem - od wysiłku i od upału. Dajesz ręką znak zarządcy, by płynąć szybciej. Ten smaga młodzieńców biczem po plecach. Łódź przyspiesza, powstaje lekka bryza. Siadasz w rozkroku i delektujesz się ruchem powietrza pod twoją białą, bawełnianą spódnicą.
 
Faraon
 
Gdy w końcu zawijasz do brzegu, czekają na ciebie z ucztą. Stoły uginają się pod ciężarem owoców i piwa. Między nimi pląsają, przygrywając na piszczałkach i bębnach, nagie tancerki. Ich oliwkowa skóra i czarne włosy, kontrastują z nieskazitelną bielą zębów. Spoglądają zalotnie, wierząc że jeden szybki numerek z tobą to dla całej prowincji rok pomyślności i urodzaju.
- Mam zgagę - mówisz po koptyjsku, trochę jakby w przestrzeń, trochę do siebie. - Chyba pójdę się położyć.
Muzyka cichnie, dziewczyny stają zawstydzone. Tegoroczne plony nie będą obfite.
 
Fantazja 2
Masz na imię Danuta i pracujesz w ZUS-ie. Nosisz cieliste rajstopy. Kilka razy dziennie sprawdzasz przed lustrem w toalecie, czy nie poszło w nich oczko. Mieszkasz z mężem Bogdanem i szorstkowłosym jamnikiem o imieniu Fuks.
 
Jest 10:30. Odchodzisz od biurka, żeby zaparzyć drugą kawę. W ciasnym pokoju socjalnym wpadasz na stażystę z Departamentu Ubezpieczeń i Składek. To dzieciak, studiuje jeszcze zaocznie. Nalewasz do pełna wody do czajnika elektrycznego. Czekając, aż się zagotuje, przysuwasz się do studenciaka. On nerwowo wbija wzrok w czubki swoich butów.
- Kawusię panu zalać? - pytasz nienaturalnie wysokim głosem.
- Poprsz... - mamrocze. Drży mu grdyka.
 
Wracasz za biurko i w skupieniu studiujesz wzór druku ZCNA. Wyciszasz się, studiując rzędy równych kratek. Równych, jak kolejka petentów przed Twoim okienkiem. Gestem przywołujesz pierwszego. Kiedy przed tobą siada, trzęsą mu się ręce.
- Chciałem... - przestajesz słuchać, widząc kątem oka cholerne oczko na swojej łydce.
- To źle wypełnione jest - przerywasz facetowi szorstko. - Jeszcze raz pan wypełni. W trzech egzemplarzach.
Bogdanowi na obiad zrobisz pomidorową z wczorajszego rosołu.
 
Fantazja 3
Nazywasz się Nosferatu i leżysz w trumnie. Ubrania przechodzą od tego zapachem stęchłej ziemi, ale cisza sprzyja kontemplacji. Masz 648 lat. Na Twoich oczach upadały królestwa, powstawały wynalazki, zmieniały się mody. Nie interesujesz się tym przesadnie, bo i tak nie widzisz się w lustrze.
 
Słyszysz chrobotanie. To twoje diabelskie kochanice skrobią w wieko trumny. Przesyca je żądza krwi i pożądanie. Wijąc się w podnieceniu, rwą na sobie odzież i oczekują na twoje rozkazy. Lubieżnymi ruchami pocierają sobie krocza i sutki. Ty też pocierasz skórę za uchem. Albo uczulenie albo jakaś grzybica od tej cholernej, piwnicznej wilgoci.
- Zbrukaj nas mistrzu! - mruczy jedna z mar po drugiej stronie wieka. - Skalaj nas, zbezcześć!
 
Wspominasz z nostalgią czasy, kiedy po jedzenie chodziło się zwyczajnie, do kuchni. Próbujesz sobie przypomnieć, jak smakuje pomidorowa. Coś łaskocze za uchem. Robak. Prychasz zrezygnowany i uchylasz wieko trumny. Po chwili na czele piekielnej hordy fruniesz w kierunku ludzkich osad. Wieśniak, którego krwią pożywicie się tej nocy, położył przy łóżku kolorowy tygodnik. "W wieku 76 lat na emeryturę" - woła nagłówek. Za uchem znowu swędzi.
 
Fantazja 4
Jesteś królową pszczół, jak twoja matka. Jesteś gruba i kochasz swoje krągłości. Rzadko wychodzisz z domu. Kiedy już ci się zdarzy, rozkręcasz się tak, kopulujesz z kilkunastoma trutniami. Żaden z nich nie dożywa następnego dnia. Trudno. W sumie i tak słabo ich znałaś.
 
Na pocieszenie zostają ci dzieci. Chłopców zjadasz, dziewczynki wykorzystujesz do prostych prac domowych. Tuzinami krzątają się wokół twojego ciała, coś przynoszą, wynoszą. Łapki im się lepią od miodu. Leżysz i pachniesz. Zapach Twoich feromonów pobudza dzieci do wytężonej pracy. Odbija ci się słodkim.
 
W sumie to może gdzieś byś się przeszła, poznała kogoś nowego. Nie musi od razu wiedzieć, że w pipce masz żądło. Ale nie, to jednak nie ma sensu - uznajesz. Przecież i tak bylibyście spokrewnieni. Dajesz robotnicom znać, żeby przyniosły jeszcze coś do jedzenia. Nie po to jesteś królową, żeby nie móc sobie pozwolić na trzeci deser.
 

 

pamiętniki z wakacji

fourchet
Upał nie odpuszcza. Dręczy nas subsacharyjskie powietrze, mamy cieplej niż w Port Saidzie. Zabraliśmy dzieci na kajaczki na Kempę Potocką. Sterowaliśmy nieudolnie, ale radości było przy tym co niemiara. Kajaczki ekscytują mnie prawie tak samo jak rower, mój rower, mój rączy i podobnie jak na rowerze, można sobie płynąc, opalić uda. Kaczki lustrowały nas z szuwarów leniwym wzrokiem spasionych kotów. Igor wyławiał wiosłem ich pióra, dryfujące po mętnej wodzie kanału. A potem zaczął mżyć deszcz i krople rozbijały się o taflę, robiąc na powierzchni małe bąbelki. Pomyślałam, że to jeden z takich momentów, które warto by pamiętać, ale się o tym szybko zapomina. 
 
Kiedy potem odpoczywaliśmy, wygrzewając się na trawie, podglądałam parę studentów, na kocu układali puzzle. Musiało im być bardzo przyjemnie. Czemu ja w ich wieku nie miałam takich pomysłów, nie miałam żadnych pomysłów na spędzanie wolnego czasu, poza czytaniem książek, rekreacyjnym seksem i blantami? - zganiłam sama siebie. Być może Warszawa sprzed 10 lat nie stwarzała jeszcze tak wielu możliwości. Parki były brudne i zasikane a prezydent Kaczyński zamykał modne kluby, żeby się ludzie mogli bardziej skupiać na lustracji. Całkiem możliwe, że nie miałam gdzie tego podpatrzeć, bo w moim domu preferowano po prostu bardziej ludyczne sposoby spędzania wolnego czasu, z grlllem w ogródku, wódą i ogórkiem, nie jakieś tam kajaczki i wycieczki, muzeumy, w dupach się poprzewracało. Jak ktoś ma wolny czas, znaczy że za mało sprząta. 
 
Na początku maja spacerowaliśmy po Berlinie, wszyscy świętowali z okazji 1 maja. Kolorowy tłum kotłował się na Kreuzbergu. Było piwo, streeetfoody i flagi z Che Guevarą. W miejskich parkach ludzie wylegiwali się na kocach, jeździli na rolkach i rowerach albo grali w kosza. Obok nich, ale oddzieleni niewidzialną granicą, muzułmanie rozpalali grille, ogniska, rozbijali dające odrobinę cienia namioty i zastawiali stoły jedzeniem. Prawdziwe, wielopokoleniowe uczty z kilkoma zmianami zastawy, na które ciągnęły, ponaglane zapachem pieczonej baraniny, wielopokoleniowe familie. 
- To nie majątek i nie wykształcenie sprawiły, że kultura mieszczańska oddzieliła się od rycerskiej i agrarnej. - Tłumaczyłam Smole. - To sposób świętowania i spędzania wolnego czasu, czasu, który przestał być kołem, stał się linią prostą. 
I tak do dziś, co robisz w wolnym czasie mówi o tobie więcej niż model ajfona czy buty od Armaniego. Choć możliwe jest także, że buty od Armaniego mówią o tobie już wszystko. 

Chciałam się zważyć a nie było wagi. To smutne, bo wyglądam dziś na osobę szczupłą. Wagę zabrał Smoła, żeby do niej coś przez WiFi podłączać, to taka nowoczesna waga z WiFi. I dzwonił do mnie, choć normalnie nie jesteśmy w tej fazie związku, żeby do siebie często dzwonić, właściwie to w dowolnej fazie nie przepadam za dzwonieniem, gdyż mnie ono wkurwia, dzwonił, że nie żyje Paradowska. Zmartwiłam się w dwójnasób, bo nie tylko nie żyje Paradowska, ale też siłą rzeczy zniknie z anteny jej program, który oglądałam do ćwiczeń, ćwiczeń, od których ta szczupłość. 

Pisałam durny tekst dla durnej agencji reklamowej, był to absolutny koniec dedlajnu, dwa redbulle, adrenalina, godzina do mety, kiedy mi kot do pokoju wtaszczył żywego ptaka. Chyba skowronka. Ptak potrzepotał pod sufitem, ale był chyba nieźle przez kota przetrącony, bo spadł w końcu na podłogę, między szybę a oparty o nią rower i zakleszczył się tam jak w klatce. Tłukł się, zrozpaczony, nasrał ze strachu i pomoczył krwią podłogę. Kot patrzył na wszystko rozbawiony, póki go razem z ptakiem wygnałam go do ogrodu. Chyba nie zrozumiał, co chciałam przez to powiedzieć, bo niedługo później, przyniósł mi na przeprosiny motyla, też żywego. Dedlajnu dotrzymałam, ale mam nadzieję, że im się nie spodobało i nie będą więcej dzwonić. 

Przeczytałam gdzieś, żeby dzieci traktować, jak dorosłych. Wydało mi się to genialną poradą wychowawczą, dopóki jej nie wypróbowałam. Wygląda na to, że nie mogę dzieci traktować, jak traktuję dorosłych, bo musiałabym całkiem przestać zwracać na nie uwagę. 

Berlin wydał w kilkunastu językach oficjalny przewodnik dla osób, które chcą się tam osiedlić. Przypomina przewodnik po zaświatach, który bohaterowie „Soku z Żuka” dostali, żeby oswoić się z myślą, że są martwi. Osoby, które chcą się osiedlić w Niemczech otrzymują kompleksowe, merytoryczne wsparcie. Osoby, które chcą się osiedlić w Polsce, mogą otrzymać najwyżej wpierdol. 

 

metody alternatywne

fourchet

Moją córkę oburza postępowanie Balladyny

- One nie powinny tego tak załatwiać! - oświadcza z wypiekami na twarzy. -Nie powinny chodzić po te maliny!

- A co mogły zrobić?

- Mogły sobie o tego księcia zagrać w Memory!

Pierwsze kroki w Berlinie. Jak znaleźć mieszkanie marzeń w 4 dni.

fourchet

Na temat wynajmowania mieszkań w Berlinie słyszałam legendy. Miało być karkołomnie, fajnych ofert jak na lekarstwo, castingi, prześwietlanie petenta do czwartego pokolenia wstecz, krwiożercza biurokracja. Do polowania na nowe lokum przystępowaliśmy zatem z duszą na ramieniu, zwłaszcza że o przeprowadzce zadecydowaliśmy pod koniec czerwca a jedynym, racjonalnym dedlajnem, jaki mogliśmy sobie wyznaczyć był początek nowego roku szkolnego. Kiedy pierwsze nieśmiałe próby załatwienia sprawy online spełzły na niczym, postanowiliśmy spakować kilka dodatkowych par majtek i wracając z M'era Luny wdepnąć do Berlina, żeby doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca. Uwinęliśmy się w 4 dni. W związku z powracającymi pytaniami znajomych, postanowiłam zebrać nasze doświadczenia w subiektywny miniporadnik. Choć w sumie to wciąż wiem o mieście wystarczająco niewiele, by traktować go jako garść ploteczek i zapisków z podróży. 

1. Dlaczego wszyscy mówią na to "casting"

Zwiedzanie mieszkań na wynajem ma tutaj kompletnie inny przebieg niż w Polsce. Po pierwsze, sami właściciele rzadko kiedy w nich uczestniczą. Na spotkania zapraszają raczej agencje nieruchomości, przynajmniej w wypadku dużych mieszkań na długoterminowy wynajem, na których skupialiśmy się podczas naszego polowania. W przeciwieństwie do polskich, tutejsze agencje mają zazwyczaj oferty na wyłączność i nie powielają ogłoszeń w nieskończoność w dziesiątkach portali.

Po drugie, sam przebieg spotkania może być dla polskiego najemcy stresujący. Godzina castingu nierzadko publikowana jest w ogłoszeniu, aby mogli się na nim pojawić wszyscy zainteresowani. Nam trafiały się i takie, na których spotykało się kilkanaście osób i wychodziło z tego coś niby wycieczka na Wawel połączona z prezentacją garnków czy innej pościeli z merynosa - jedna osoba przemawia, dookoła drepczą zwiedzający, zaglądają w zakamarki i zadają pytania. Oczywiście, bywają i spotkania indywidualne - przede wszystkim w wypadku bardziej wypasionych apartamentów dla tłustszych klientów, których warto dopieścić indywidualnym oprowadzaniem. 

Po trzecie - jeśli po zakończeniu prezentacji wciąż chcesz wynająć mieszkanie, wypełniasz aplikację, składasz dokumenty i czekasz na telefon od właściciela. Jeśli oddzwoni - nie ciesz się przedwcześnie. Być może chce zadać kilka dodatkowych pytań lub poprosić o uzupełnienie dokumentacji. W naszym wypadku dodatkowym czynnikiem komplikującym sytuację był fakt, że na wszystkie ogłoszenia odpowiadaliśmy po angielsku, w związku z czym nie wszystkie ogłoszenia odpowiadały na nasze odpowiedzi. Ale i tak trzy z siedmiu castingów, w których braliśmy udział udało nam się wygrać, więc rzecz nie jest niewykonalna. 

2. Spółdzielnie, komuny i inne wynalazki

Po kilku castingach zdaliśmy sobie sprawę, że gdyby wszyscy tu mięli tak wynajmować, pół miasta spałoby pod mostem. Tymczasem stolica Niemiec prowadzi ponoć wzorową (przynajmniej w porównaniu z Warszawą) politykę lokalową. Według różnych źródeł, mieszkania własnościowe stanowią tu zaledwie 11 - 20%. Nikomu nie opłaca się kupować, bo potrzeby rynku zaspokajają w większości dobrze zorganizowane, duże spółdzielnie, które zajmują się też najmem komercyjnym. Teoretycznie zatem wystarczy sobie wejść do biura, pogadać z agentem i on już tam na pewno coś dla ciebie wyskrobie, bo ilość mieszkań zarządzanych przez największe spółdzielnie idzie w miliony. Z pozoru banalne, bez znajomości niemieckiego okazało się pewnym wyzwaniem. I choć ostatecznie zdecydowaliśmy się podpisać umowę właśnie ze spółdzielnią, braliśmy też pod uwagę kilka alternatywnych możliwości. 

Pierwsza z nich to wynajem gotowego, umeblowanego mieszkania od jednego z pośredników, specjalizujących się w szykowaniu takich cacek na potrzeby ściągających do miasta cudzoziemców. Wychodzi drożej, ale w komplecie do ścian, sufitu i podłogi dostaje się też meble, prąd i inne pożyteczne dodatki, o braku których w dalszej części tekstu. 

Inna możliwość to podnajęcie na kilka miesięcy mieszkania od kogoś, kto akurat z miasta wyjeżdża. W Polsce to prawie nie do pomyślenia, a jednak studenci wybywający na zagraniczny staż czy hipsterzy ruszający poszerzać swą duchowość do Indii, odstępują na kilka miesięcy swoje lokale za cenę czynszu i mediów. Opcja atrakcyjna dla kogoś, kto marzy o wakacyjnej przygodzie, nam nie do końca odpowiadała ze względu na prawdopodobne problemy z zameldowaniem i poszukiwaniem szkoły dla dzieci. 

Ci, którzy przeprowadzają się bez dzieci, mogą jeszcze poszukać sobie współlokatorów. Podobno ekscytujący jest zarówno sam proces polowania na mieszkanie, jak i możliwość wejścia w bliższe relacje z innymi najemcami. 

3. Jakich dokumentów potrzebujesz, żeby wynająć mieszkanie w Berlinie?

Na podstawie sterty, którą uskładaliśmy, dostalibyśmy pewnie i kredyt hipoteczny, ale sądzę, że o naszych sukcesach przesądziło właśnie to, że od spotkania do spotkania maszerowaliśmy z kompletem kserówek. Perłą w koronie wszystkich zaświadczeń jest Schufa czyli wyciąg z biura informacji kredytowej. Schufa zbiera informacje o wszystkich Twoich zaległościach, nieopłaconych rachunkach i spóźnionych ratach, więc jeśli wisisz komuś kasę, właściciel mieszkania na pewno się o tym dowie. I odwrotnie - jeśli swoje raty spłacasz w terminie, Schufa wystawi Ci wzorowe referencje. Jeśli nie masz tego dokumentu, będziesz potrzebować mocnych pleców - na przykład poręczenia niemieckiego pracodawcy, a i tak licz się z tym, że wiele osób po prostu nie będzie chciało z Tobą rozmawiać. Zaświadczenie można sobie zamówić online za relatywnie nieduże pieniądze. Spółdzielnie i agencje nieruchomości mają jeszcze jakieś swoje sposoby na onlajnowe uwierzytelnienie tej informacji.

Poza zaświadczeniem o braku zobowiązań, trzeba jeszcze udowodnić, że ma się regularne przychody na odpowiednim poziomie. W tym celu można wykorzystać umowę o pracę. Ponieważ żadne z nas jej nie ma, chwaliliśmy się zeznaniami podatkowymi i kilkoma ostatnimi wyciągami z konta. 

Za każdym razem papierologię należało wzbogacić obszerną ankietą. W zależności od inwencji wynajmującego, obok standardowych pytań o papierosy i zwierzęta domowe, padały pytania o zawód, sposób rozliczania podatków, powody, dla których kiedykolwiek w przeszłości zdarzało nam się zalegać z czynszem i te, dla których chcemy zmienić mieszkanie. Nie jest niedyskrecją prośba o telefon do aktualnego wynajmującego lub przedłożenie pisemnych referencji. Byliśmy pytani o plany zawodowe na najbliższe lata i rentowność firm, z którymi współpracujemy. 

Aplikując na stanowiska lokatorów, byliśmy proszeni o podanie danych wszystkich osób, które będą z nami mieszkać. Co ważne - spółdzielnia wyraźnie zaznaczyła, że umowę najmu muszą się znaleźć nazwiska wszystkich dorosłych wynajmujących. To oznacza, że na niedyskretne pytania odpowiadać musieliśmy oboje. 

4. Jak czytać ogłoszenia? Ile kosztuje wynajęcie mieszkania w Berlinie? Czemu nie ma zlewu?

Ogłoszenia wynajmu (Mieten) są skonstruowane nieco inaczej niż polskie, co na początku może dezorientować. Mieszkania (Wohnung) mają określony metraż i liczbę pokoi, która czasem podawana jest w ułamkach. 2,5 pokoju (Zimmer) to po naszemu dwa pokoje i salon z aneksem kuchennym. Taki niedopokój w sensie. Berlińskie metraże są zazwyczaj większe od warszawskich - najmniejsze mieszkanie, które oglądaliśmy miało około 80 metrów, oferty na 150 nie są niczym nadzwyczajnym. Nie wiem, czy jest to w jakiś sposób skodyfikowane, ale każdy człowiek ma mieć własny pokój. Kilkakrotnie spotkaliśmy się z odmową spotkania umotywowaną tym, że jako jako 4 osobowa rodzina nie powinniśmy mieszkać w 3 pokojach, nawet jeśli ich powierzchnia to ponad 100 metrów. 

W ogłoszeniu podane są dwie ceny - Kaltmiete czyli czynsz "zimny", kwota, jaką płacisz właścicielowi mieszkania. Do tej ceny dochodzą Nebenkosten - koszty ogrzewania, ciepłej wody, wywozu śmieci i ubezpieczenia (czasem też innych, dodatkowych opłat, jakie w związku z utrzymaniem mieszkania ponosi właściciel). Razem z Kaltmiete daje to Warmmiete czyli czynsz "ciepły" - kwotę, którą, co miesiąc musisz zapłacić za wynajem mieszkania. Warmmiete nie zawiera kosztów energii elektrycznej i internetu. 

Nie zawiera, ponieważ mieszkania na wynajem długoterminowy są przeważnie, zupełnie dosłownie "gołe" - nie mają żadnego wyposażenia, mebli, często także zlewu, prysznica czy armatury łazienkowej. Licznik elektryczny jest podłączony w sensie fizycznym, ale umowę na dostarczenie energii należy podpisać samemu z dowolnie wybranym operatorem.

Kaltmiete jest podstawą wyliczenia kaucji za mieszkanie. Kaucja równa jest zazwyczaj trzykrotnemu Kaltmiete. Niekiedy istnieje możliwość rozłożenia tej kwoty na kilka (trzy) miesięczne raty, ale i tak trzeba się liczyć z tym, że przeprowadzka powoduje kumulację wydatków. 

Czynsz, jak i wszystkie inne cykliczne rachunki, opłaca się za pomocą zlecenia przelewu, czyli autoryzując wierzyciela do pobrania środków z konta. Trzeba więc pamiętać, żeby w określonym czasie środki na koncie były.

5. Uwaga na oszustów

Jak zwykle, kiedy sprawa wydaje się skomplikowana, do akcji przystępują rozmaici naciągacze. Podejrzewam, że arsenał metod, jakimi się posługują może być bardzo szeroki. Nam przydarzyły się dwie takie sytuacje. W pierwszej agent nieruchomości (swoją drogą, bardzo sympatyczny i uczynny Polak) próbował obciążyć nas prowizją za wynajęcie mieszkania. Według obowiązującego od 2015 prawa prowizję agencji płaci ten, kto zamawiał jej usługę. Zatem jeśli odpowiadasz na czyjeś ogłoszenie, na pewno nie Ty. Drugi przekręt, trochę w stylu nigeryjskiego spamu, był łatwiejszy do wytropienia - autor ogłoszenia twierdził, że mieszka w Londynie i jeśli ma przylecieć na spotkanie, prosi o zwrotną zaliczkę, chętnie PayPalem. Oczywiście, nie są to powody do paniki, bardziej motywacja do tego, żeby pamiętać o swoich prawach i uważnie czytać umowy, co - po raz kolejny - znacznie ułatwia znajomość niemieckiego. 

6. Meldunek - czyli czemu w tym wszystkim jest wbrew pozorom sporo sensu

Kiedy już wygrasz casting lub Twoja kandydatura zostanie zaakceptowana przez spółdzielnię, możesz się zarejestrować jako berlińczyk czyli dopełnić obowiązku meldunkowego. Teoretycznie, powinna to zrobić każda osoba, która na terenie Niemiec przebywa dłużej niż 7 dni. Papier potwierdzający zameldowanie, staje się Twoją magiczną przepustką do wszelakich dóbr i usług - pozwala na przykład założyć konto w banku, kupić kartę SIM czy podpisać umowę na Internet. Jest podstawą ubiegania się o zasiłki, udział w kursie integracyjnym i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, o których nie wiem. Po okazaniu potwierdzenia zameldowania, nasze dzieci zostały automatycznie przyjęte do szkoły rejonowej - sekretariat nie sprawdzał jakichkolwiek innych dokumentów (rekrutacja w Warszawie trwała 3 miesiące i wymagała między innymi okazania kserówek ostatnich pitów czy wypisu z KRS). Magiczna moc papieru jest zatem pewną rekompensatą za męki, w jakich się go zdobywa. Z lektury forów internetowych i polonijnych grup na twarzoksiążce wnioskuję wprawdzie, że w mieście funkcjonuje spora grupa rodaków, którzy meldunkiem nie zawracają sobie głowy, ale to - jak przypuszczam - zbytnio nie ułatwia im życia. 

20160817_10.42.32_1Samojebka w hotelowej windzie, upamiętniająca jeden ze zwycięskich castingów. 

 

Krótka wersja dla tych, którym nie chce się czytać

1. Szukanie mieszkania przypomina tu szukanie pracy - ubierz się ładnie, skompletuj dokumenty i postaraj zrobić na wszystkich dobre wrażenie. 

2. Będziesz potrzebować Schuffy, umowy o pracę lub innego potwierdzenia dochodu, kopii dowodu lub paszportu oraz danych wszystkich lokatorów. Będziesz wypełniać długie formularze po niemiecku. 

3. W ogłoszeniach spotkasz kilka różnych kwot. Ostateczny, miesięczny koszt, jaki poniesiesz, to Warmmiete + prąd i Internet. Obowiązuje trzymiesięczna kaucja. 

4. Po podpisaniu umowy, zamelduj się. Potwierdzenie zameldowania będzie jednym z podstawowych dokumentów, jakimi będziesz się posługiwać. 

5. My ogarniamy wszystko, mówiąc po angielsku. Ale znajomość niemieckiego naprawdę ułatwi Ci wiele spraw.  

 

inwazja elektrycznych wiatraków

fourchet

Najebali Niemce tych wiatraków do robienia prądu, gdzie się dało - skonstatowałam gdzieś między Berlinem a Hanowerem. Wiatraki zbijają się w grupki, kręcą ze sobą i łypią z wysoka ciekawskimi okami na trzypasmowy autobahn. Po zmroku te oka im się robią czerwone i mrugają miarowo, jakby w takt marszowej muzyki. Kiedy się zbiorą nad miastem, wyglądają jak imperialne maszyny kroczące, szykujące się do zdławienia rebelii na Hoth. 

Na szczęście Polska będzie bezpieczna, bo zieloną energię będziemy pozyskiwać, spalając Puszczę Białowieską. Zmieszaną w rozsądnych proporcjach z dobrym, bo polskim, uświęconym tradycją i krwią poległych miałem węglowym. Byłoby to nawet zabawnym bareizmem, gdyby nie plany budowy kolejnej, opalanej węglem elektrowni w Ostrołęce, dzięki której irracjonalny proceder będzie spokojnie trwać przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Na trasie, jeszcze przed Poznaniem, czytałam o tym Smole artykuł w "Polityce". Myślałam, że jakoś sprawę skomentuje, ale tylko depnął w gaz i przyspieszył w stronę zachodniej granicy. 

11334616_454738711361928_93558906_n

To było nasze przedostatnie pożegnanie z Polską. Za kilka tygodni wyjeżdżamy na dłużej, może już na zawsze a ja coraz częściej łapię się na myśli, że chciałabym wychować dzieci na dobrych Niemców. Na uczciwych ludzi, którzy analizują fakty i na ich podstawie podejmują racjonalne decyzje. "Polska" Kultu, której po drodze słuchaliśmy ma już 30 lat, a wszystko, co czym śpiewa Kazik mogłoby się wydarzyć choćby wczoraj. 

januska szkoła prowadzenia sporów

fourchet

Na kamienicę sąsiadów mówimy fawela. Są tam tylko 19 metrowe kawalerki, cienkie ściany i klaustrofobiczny klimat. Budowano ją za wczesnego Gierka z myślą o wchodzących w dorosłość wychowankach domów dziecka. Dziś, poza gromadką starych lokatorów mieszka tam kilka wesołych dziewcząt z Ukrainy, młode małżeństwo, które lubi się kłócić i godzić w asyście policji, ktoś, kogo nocą często męczy kaszel i pewien Seba z dużym psem. Po browarze Seba lubi sobie posłuchać eurodensu i słucha go głośno. Szanuję to, bo sama mam na sumieniu szaleńcze prasowanie z Laibachem i depresyjne mycie podłóg przy ekstatycznym akompaniamencie Einsturzende Neubauten. Ale Januszowi z pierwszego piętra muzyka taneczna wyraźnie działa na nerwy. 

Kiedy tylko Seba za mocno poluzuje gałkę volume, Janusz przystępuje do kontrataku osolemijem. Solemijo Janusza najpierw gra głośno, by w końcu przerodzić się w gromką kanonadę, coś między muzycznym blitzkriegiem a ostentacyjną manifestacją wyższości własnych upodobań. Zgaduję, że Janusz chciałby kiedyś Sebę całkiem zagłuszyć, ale ma zdecydowanie za mało basów. Kapituluje więc po kilkunastu minutach i potem już lecimy na tanecznej plejliście, przetykanej z rzadka wściekłym "ciszejtam, kurrrwa". 

Solemijo dla wegeburgera

Tak mi się ci moi sąsiedzi przypomnieli, jak poczytałam o wczorajszej fejsbukowej aferze dnia, czyli strajku pracowniczym w Krowarzywach (Krowierzywej?). Chodzi z grubsza o to, że pracownicy popularnej knajpki próbowali prosić właściciela podwyżki i umowy, ten zaś olewał ich na tyle konsekwentnie i długo, że zbuntowana załoga przerwała pracę nagłośniła sprawę w Internecie. Szef wykazał się empatią mojego sąsiada Janusza, znaczy wszystkich (podobno) wypierdolił z pracy i jeszcze bardziej rozkręcił medialną gównoburzę, dementując, klucząc i plącząc się w zeznaniach. Internauci uformowali dwa karne obozy - zwolenników właściciela lokalu i obrońców zwolnionych pracowników po czym wylali na siebie zwyczajowe wiadra gówna. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obie strony sporu to weganie, którzy i tak nie mają w sieci za dobrej passy. W końcu (oby z sukcesem) w sprawę włączyli się działacze rozmaitych inicjatyw pracowniczych, Partia Razem i inni, wiecie, lewacy, dzięki którym udało się zawiązać coś na kształt mediacji. Sprawa, o ile dobrze rozumiem, ciągle jest rozwojowa. 

11925583_941923339213437_420640721_n(to jest wegeburger, którego sama zrobiłam i sama sfotografowałam, ponieważ lubię czuć, że moje miejsce jest w kuchni)

Niezależnie od tego, jakie rozwiązanie uda się wynegocjować, obie strony sporu wiele już straciły. Nadszarpnięty prestiż knajpki z dużym prawdopodobieństwem przełoży się na mniejsze obroty - a to mniej kasy zarówno dla pracodawcy jak i pracowników, którzy nawet jeśli wywalczą lepsze warunki, będą mieć mniejsze napiwki i gorsze perspektywy na przyszłe podwyżki. Dobre relacje i fajna atmosfera w miejscu pracy już dawno poszły się jebać, razem z mirem, jaki w bezmięsnym światku otaczał lokal. W wszystko z powodu Janusza, który w obliczu konfliktu interesów nie potrafi zrobić nic poza puszczeniem głośnego osolejmija. 

Janusze nasi powszedni

A teraz sobie pomyślcie, ilu takich Januszów niższego i wyższego szczebla znacie ze swoich własnych miejsc pracy? Nie chcę wdawać się w zawiłe kwestie praw pracowniczych, bo ani się na tym znam, ani mam w tej sprawie coś do powiedzenia. Nurtuje mnie tylko czemu na proste "mam problem" tak często słyszymy kanoniczną odpowiedź "to wypierdalaj". Krzysztof Nędzyński na łamach Obserwatora Finansowego "Polityki" przekonuje, że to stosunki pracodawców i pracowników wciąż często przypominają w Polsce relację pana i folwarcznych chłopów. Fizycznej pańszczyzny nie ma. Mentalna trwa, choć najczęściej sobie tego nie uświadamiamy. Przejawia się na dwa podstawowe sposoby, które można traktować jako dwie strony tego samego medalu. Z jednej strony, ludzi – wykonawców, dostawców, pracowników – można i wręcz należy traktować z góry. Z drugiej, jak najmniejszym wysiłkiem należy wykonać zadanie, byle jak, ale nade wszystko – nie należy się wychylać. Personel Krowarzyw swoje zadania wypełniał doskonale, więc niesprawiedliwość, która go spotkała jest jeszcze bardziej niesprawiedliwa. 

Jeśli i Ty nie chcesz żyć w folwarku XXI wieku, nie bądź Januszem i ćwicz się w trudnej sztuce dialogu. Postaraj się zrozumieć racje drugiej strony, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Twój oponent jest zupełnym chujem. Potrafi to pani Halinka, ta co ma jamnika i mieszka na parterze pod Sebą. 

- Sebuuuś, ścisz synku, bo mi szyby lecą - drze się piskliwie przez okno na podwórze. 

- Jeszcze jeden numer i wyłanczam! - odkrzykuje Seba i wyłancza. Bo czemu nie?

 

500 minus. Dlaczego w Polsce tak trudno mieć dzieci.

fourchet

Armin Melwes latami fantazjował o zabiciu i zjedzeniu innego mężczyzny. Jurgen Armando Brandes nie miał nic przeciwko byciu tym właśnie mężczyzną. Uczcili to przyjęciem, podczas którego Armin odciął Berndowi penisa, którego - po podsmażeniu z odrobiną soli i czosnku, wspólnie skonsumowali. Następnie poderżnął mu gardło, wykrwawił w wannie i przez kilka kolejnych miesięcy żywił się jego mięsem. 

Rammstein zrobił tym piosenkę a sąd pierwszej instancji skazał kanibala jedynie na osiem lat więzienia. Koronnym argumentem obrony było video, na którym zamordowany mężczyzna oświadczał, że wyraża zgodę na bycie zjedzonym. W publicznej debacie nie brakowało obrońców Melwesa, którzy domagali się całkowitego uniewinnienia amatora ludzkiego mięsa i poszanowania praw obywatelskich - zarówno kata jak i ofiary - którzy mogą sobie zjadać i być zjadanymi, skoro tak im się podoba. Ostatecznie wyrok zmieniono na dożywocie, głównie z powodu wielkiego prawdopodobieństwa recydywy. 

Os_Filhos_de_Pindorama._Cannibalism_in_Brazil_in_1557

 

Czym różni się Polka od kanibala?

W dojrzałych demokracjach prawa obywatelskie i prawa człowieka traktowane są z pełną powagą. To znaczy, że przysługują Panu i Pani i imigrantom przysługują, nawet takiemu kanibalowi z Rotenburga czy Andresowi Brevikowi. Młodym Polkom swobód obywatelskich systematycznie ubywa. Ze względu na naszą specyficzną mentalność i zmiany prawne, które pośrednio cementują obowiązujący stan rzeczy. Wolność sumienia i wyznania, swobody ekonomiczne i socjalne to w tym kraju towary deficytowe, zwłaszcza kiedy jesteś kobietą. Luksusem bywa nawet prawo do życia, zagrożonego przez pozamaciczną ciążę. Kwestia aborcji to z resztą być może jedyna sprawa, którą postawiono uczciwie i sformułowano wprost. Reszta pozostaje w sferze administracyjnych utrudnień (dostęp do antykoncepcji) czy niewydolności systemu, z którymi nikt nic nie robi (traktowanie ofiar gwałtów i przemocy domowej). Na takie łamanie praw obywatelskich trudno się skarżyć. Co więcej, wszyscy wydają się wierzyć, że tak jest bo tak już musi być. 

 

Wszystko, czego Ci nie wolno

A przecież w teorii jest nieźle. Mamy prawo, w świetle którego kobiety i mężczyźni są równi. Że nie są, to jakoś przy mimochodem, niechcący wychodzi, bo tak się już utarło. Zaczyna się od kategorycznych sądów, które usłyszysz od matki, sąsiadki, nauczycielki w szkole, które znajdziesz w prawicowej i lewicowej publicystyce. Sprzyjają im dyskusje na temat posiadania/nieposiadania dzieci czy sensu istnienia programu 500 plus. Zwolennicy konserwatywnej wizji świata, w tym rząd premier Szydło, operują nieco anachroniczną retoryką, wedle której najważniejszą ambicją kobiety pozostaje prokreacja, widziana czasem jako chwalebny obowiązek wobec ojczyzny. Praca zawodowa jest w tej optyce zazwyczaj przykrym, ekonomicznym przymusem. W Internecie nie brakuje też głosów skrajnie odmiennych, przekonujących, że dzieci są nieusuwalną przeszkodą na drodze rozwoju osobistego i zawodowego a namnaża się głównie nieuświadomiona antykoncepcyjnie patologia. Życiowi zwycięzcy powinni robić kariery i zakupy. Pozornie bardziej wyważone, a w rzeczywistości najokrutniejsze, są media kobiece, które każą rodzić i wychowywać, pracować zawodowo, rozwijać zainteresowania i pasje, wyglądać pięknie i pamiętać, by robiąc to wszystko na raz, zawsze pozostać sobą. Jeśli nie pasujesz do żadnej ze zwalczających się kast, jesteś na przykład bezdzietnym z wyboru katolikiem, troskliwym tatą - pedałem albo z własnej nieprzymuszonej woli rezygnujesz z pracy, żeby mieć czwórkę dzieci - lepiej się nie mów o tym głośno. Deprecjonowanie tych, co myślą inaczej jest ulubionym chwytem retorycznym na Facebooku, na Frondzie i w Faktach po Faktach. 

 

Twoja bardzo wielka wina

Moje koleżanki wciąż się z czegoś tłumaczą. Przeważnie ze spraw, które są i powinny być ich suwerennymi, niepodważalnymi decyzjami. Ze związków, z kasy, z dzieci albo ich braku. A rozmaici moraliści próbują utwierdzać je w poczuciu, że z powodu tego, jakie są, nie są istotami w pełni wartościowymi. W tym kraju można bezkarnie szydzić z lesby, z bezpłodnej, ze starej panny. Bez żenady zarzucać bezduszność dziewczynom, które nie chcą zakładać rodzin i popisywać się mizoginią, wobec tych, które je założyły, na przykład usprawiedliwiając gwałty małżeńskie. Można całą odpowiedzialność za dzieci zrzucać na matki - w końcu urodziły to ich sprawa. Statystyczny Polak nie ma zamiaru swoich podatków oddawać na socjal dla dzieciorobów, zrzucać się na fundusz alimentacyjny. Nie będzie również traktować z szacunkiem kury domowej, która rezygnuje z pracy zawodowej, żeby siedzieć w domu i gotować obiadki. Zatem rodzisz czy nie - jesteś do dupy. W tej sytuacji wygodniej chyba i rozsądniej całe to rodzenie sobie po prostu darować. 

 

Dziecko? Lepiej sobie kup chomika

Bo jak już urodzisz, to dopiero jesteś w kłopocie. Jesteś w kłopocie, kiedy nie dostaniesz miejsca w żłobku i nie stać cię na nianię. Jesteś w kłopocie, kiedy dzieciaki zachorują a szef nie chce dać urlopu na żądanie. Jesteś w kłopocie, bo podobno na twoje stanowisko czeka tuzin młodych, dyspozycyjnych, więc musisz wciąż brać niezapowiedziane nadgodziny. Jesteś w kłopocie, kiedy rzucasz pracę, żeby zająć się progeniturą i kiedy po macierzyńskim próbujesz wskoczyć z powrotem na rynek pracy. Jesteś w kłopocie, jeśli się rozwiedziesz a twój były ma w dupie płacenie alimentów. Jesteś w kłopocie, jeśli stracisz pracę i nie masz na żarcie, na prąd, na mieszkanie. Jesteś w kłopocie, jeśli twoje dziecko ma problemy w szkole lub jest niepełnosprawne, bo niewydolny system nie przewiduje w takich sytuacjach żadnego wsparcia. Jesteś w kłopocie, kiedy w twoim mieście nie ma żadnego domu kultury, placu zabaw, świetlicy ani biblioteki i dzieciak szwęda się nie wiadomo gdzie z kluczami na szyi. I żałujesz, że nie wybrałaś jednak chomika, któremu wystarczy raz w tygodniu sypnąć ziarna i wymienić trociny. 

Die_vergleichende_Osteologie_1821_Cricetus_cricetus

 

500 plus to dla Ciebie kolejne kłopoty

Cieszę się, że są rodziny, które za te 5 stówek nakupią węgla, podręczników albo pojadą na wakacje. Denerwuje mnie szukanie przez media taniej sensacji i udowadnianie na siłę, że państwowa kasa pójdzie na wódę i plazmowe telewizory. Jeśli faktycznie - jak donosi Gazeta - pośrednim skutkiem wprowadzenia programu ma być podniesienie minimalnych stawek godzinowych - to bardzo dobrze. Ale ani węgiel, ani podręczniki ani więcej kasy w domowym budżecie nie wyeliminują przyczyn problemów polskiej matki. Nie pomogą jej połączyć wychowania dzieci z pracą zawodową. Nie wypromują elastycznych form zatrudnienia, mody na przestrzeganie kodeksu pracy, nie zbudują tych żłobków, bibliotek i świetlic, których nam brakuje. Nie usprawnią ułomnego systemu zapobiegania domowej przemocy. Być może najsłabiej opłacane matki wypchną na stałe z rynku pracy, skazując w przyszłości na głodowe emerytury. 500 plus to po prostu kolejny, elektryzujący temat zastępczy, listek figowy, który ma ukryć całkowity brak normalnej polityki socjalnej i prorodzinnej. Listek tyleż niebezpieczny, że pozwala szumnie deklarować troskę o dobro polskiej rodziny, równocześnie wycofując się z finansowania NGOsów pomagających ofiarom przemocy i czy w ciągu jednej nocy znosić obowiązek przedszkolny pięciolatków. Konsekwencje? Z każdym rokiem będziemy oddalać się o lata świetlne od naszych rówieśnic z Niemiec, Francji czy Szwecji, dla których powszechny dostęp do żłobków i rynku pracy są tak oczywiste jak prawo do głosowania. 

 

Tymczasem w cywilizowanym świecie

Francuzki, rodzące w życiu średnio 2,1 dziecka, mogą sobie - podobnie jak obywatelki 21 innych krajów Euorpy - zawierać związki partnerskie z mężczyznami i kobietami. 93% europejskich dzieci chodzi do przedszkoli. Polska z wynikiem 65% zajmuje zaszczytne, ostatnie miejsce w Europie, daleko za Rumunią i Bułgarią (74%).  Spośród 77% Polek stosujących antykoncepcję, aż 36 % decyduje się na babcine metody, takie jak kalendarzyk albo stosunek przerywany. To z pewnością zasługa świetnej edukacji seksualnej w naszych szkołach i powszechnego dostępu do tanich środków zapobiegania ciąży. Aż 14,9 na 1000 dziewcząt w wieku 15 - 19 lat rodzi tu dzieci - dla porównania w Szwecji jest to 5,8, w Niemczech 8,7. Aż 26% kobiet w naszym kraju nie wie o istnieniu jakichkolwiek organizacji, do których mogłyby się zwrócić, zaznawszy przemocy domowej. Nie mamy prawa do wyboru położnej, znieczulenia okołoporodowego i takiej samej płacy, jak mężczyźni na podobnych stanowiskach. Żadnej z tych spraw nie da się zmienić za 500 złotych. I żadnej z nich obecny rząd nie spieszy zmieniać. 

 

Żałuję, że moja córka nie urodziła się Niemką

Albo Brytyjką, Holenderką czy choćby Czeszką. Ale i w sumie też się cieszę. Że mimo wszystkich problemów, które jako polska matka mam na głowie, nie muszę jeszcze żałować, że w ogóle ją urodziłam. 

 

kwestia estetyki

fourchet

Plac zabaw, pora kanikuły. Spocone dzieci leniwie przerzucają piach. Na obrzeżach piaskownicy dwie młode mamy dopalają fajki i niemrawo plotkują. 

- Jej facet, on ma taką twarz krzywą - stwierdza z obrzydzeniem blondynka. Wolną od papierosa dłonią pociera odsłonięte przez kuse szorty udo, szukając na nim pomarańczowej skórki. 

- Nie jest aż taki straszny - nieśmiało zauważa brunetka. - Ja tam go lubię. 

- Wiem, że się nie można wyśmiewać, ale tak jest - stanowczo obstaje przy swoim cellulitowa blondi. - I do tego jest rudy! Znaczy, on mówi, że jest takim świńskim blondynem, no ale weź, przecież jest rudy. Rudy jest, dzieciaka ma rudego, to jaki on jest blondyn? - oburza się. - No po co zaprzeczać faktom?

- Ale wiesz, to nie ma reguły - zauważa optymistycznie jej koleżanka, kiepując peta w piaskownicy. - Czasem dziecko jest brzydkie ale na ładnego człowieka wyrasta. 

Blondynka patrzy na nią nieufnie, nerwowo skubiąc skórę na udach. Dziecięcy rejwach miesza się ze zgiełkiem samochodów. 

- A to ci przeszkadza? - dostrzega gmeranie czarna. - Laserem sobie możesz zrobić.

- Nie mam pieniędzy - ucina temat pierwsza. - Ale jakbym taką krzywą twarz miała, tobym se nazbierała i poprawiła. 

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci