Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

jesień idzie

fourchet

W powietrzu czuć już taki reumatyczny podmuch a wilgoć pośmiarduje pleśnią. I chociaż ciągle się da biegać wieczorem w koszulce bez ramion, coraz częściej pod stopami chrupią pojedyncze, suche liście. Jesienią dobrze mi się myśli. Mogłabym teraz zamilknąć na kilka miesięcy, skupić się na jakiejś dłubaninie, przekładać kartki, nitki, grzać palce od kubka herbaty, snuć w głowie jakieś niedokończone wątki. Kiedy się szyje, tka albo robi na szydełku, przeplata się takie myśli z nicią, zwijają się z powstającą tkaniną i patrząc na nią, można je wszystkie odtworzyć bez pudła. Uplotłam sobie taką bransoletkę z muliny, jak się nosiło w podstawówce i mimochodem wplotłam w nią dwa oglądane kątem oka filmy.

Więc jakoś nie szkoda mi lata - myślałam, przepychając się do baru przez tłum spoconych, odkrytych ramion w plażowym, nadwiślańskim klubie, do którego wpadliśmy ostatnio na koncert Brodki. Sztuczne palmy, piasek pod stopami i dziewczyny w ciuchach z HM, kulturalnie, modnie, warszawsko, kolorowe drinki i podobno przyzwoity browar z kija, ochrona, dyskusje, koleżaneczki, namiot do gry na PlayStation. Lepiej było po drugiej stronie ogrodzenia, kiedy biegając zapuściłam się na drugą stronę rzeki i przedzierałam przez ciemność na nabrzeżu.

Chyba po prostu się odzwyczaiłam, częścią tłumu czuć się nie umiem, choć z przyjemnością się wgapiam i wtapiam w szemrzący żywioł i oczywiście uważam, że to bardzo miłe, jeśli małolat zaczepia "koleżankę w czerwonych włosach", nie żeby sępić złotówkę, tylko zwyczajnie pogadać. Po co z resztą miałabym czuć się jakąkolwiek częścią częścią skoro jest dobrze, jak jest a ja jestem całkiem spójną, zadowoloną całością?

Dając się wykazać nowej niani, wyszliśmy kilka tygodni temu na spontaniczną kolację - kilka godzin na mieście, sami, bez szaleństw, skoro to środek tygodnia. Szukaliśmy knajpy na tyłach Nowego Światu a że noc była ciepła, ulica tętniła i mrowiła w kilku językach. Może to i nie Barcelona - przypomniałam sobie ulice zatłoczone w środku nocy i środku tygodnia, w natężeniu, które u nas się zdarza tylko podczas manifestacji i katastrof narodowych, ale tego by nie mogła się powstydzić żadna szanująca się europejska stolica. Kolejki do knajp, zapchane ogródki, brzęczenie smoltoków, uliczni sprzedawcy kwiecia, alkohol. Chciałabym jednak pójść stąd jak najszybciej - pomyślałam i to nie była tylko kwestia butów na bardzo wysokich platformach, w których idzie mi zadziwiająco dobrze. Jeśli już ciała to raczej tego, że się nie czuję z nim specjalnie dobrze. Z tym starym - podmienionym po ciąży ciałem. Ale to raczej nie sprawa ciała.

Jeśli mi się myśli znów, po raz pierwszy od kilku lat, składają w swobodne dryfy, to może dlatego, że pomału ochłaniam z euforii zakochania? Zadziwiające odkrycie - kilka razy pomyślałam ostatnio, że "ja" nie "my", ale to nie źle, nie smutno, nie kryzys. Mija trzeci rok, odkąd go kocham, dookoła pełno jakichś dzieci, karier, porodów, zgonów, mieszkania, trudno mieć poczucie, że spędzamy czas ze sobą, nawet gdy spędzamy go razem. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej, choć z przyjemnością odchowałabym już dzieci i poświęciła się zakochiwaniu w moim chłopaku na nowo, najlepiej podczas jakiejś obfitującej w podróże emerytury.

Tymczasem nadchodzi jesień i pora zapomnieć o emeryturach, spadkach formy i metaforycznym choćby snuciu. Moje dziecko - jak to możliwe? - idzie do szkoły. I ja idę do szkoły. Pleśń wydaje się niestosowna. Myślę, że jak już się całkiem wychłodzi, powinniśmy sobie zafundować wczasy w Egipcie. I tego się będę trzymać. 

dżumandżi trzy de

fourchet

Demoniczna Pandżi ma ostatnio pseudonim operacyjny Dżumandżi, a Gutek jest fanatykiem gier planszowych i tak od słowa do słowa kupiliśmy dzieciom wczoraj film z Robinem Williamsem, który wspólnie z nimi skonsumowaliśmy. Choć od nakręcenia filmu minęło kilka lat, różnice między tym, co zobaczyłam, a tym, co wyobraziłam sobie, zobaczyłabym oglądając "Jumanji 3D" z 2011 roku są kolosalne. Zmieniły się nie tylko efekty specjalne, które - choć nie uzyskano ich przy pomocy komputerowej animacji, wcale jakoś szokująco nie trąciły myszą. Zupełnie inny jest przede wszystkim sposób prowadzenia kamery i konstrukcja scenariusza, które koncentrują się teraz o wiele mocniej na eksponowaniu wyskakujących z ekranu stworzeń i nowoczesnych technologii. Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze kilkanaście lat temu w hollywoodzkim hicie nie musiało być finałowej sceny aka epickiego armagedonu, w którym kumulują się wszystkie znane ekipie filmowe triki, a sekwencje scen mogły być podporządkowane logice a nie konieczności wyeksponowania nabazgranych przez grafików cacek. Że nie wspomnę o tym, że filmy dla dzieci były dla dzieci, filmy dla młodzieży dla młodzieży a dorośli chodzili na coś innego i nie było marketingowego przymusu konstruowania historii z podwójnym dnem, która ściągnęłaby do kina całą rodzinę. Nie chciałabym kończyć wnioskami typu "o tempora, o mores", tylko tak sobie skonstatować, że chyba bym chciała na nowego Connana, choć potrafię bez pudła przewidzieć, co się tam stanie i jak skończy. 

motyla noga

fourchet

Miałam już tylko umyć oko i się położyć, ale popatrzyłam w gazetę a tam, tam felieton młodego literata. Lubię czytać młodych literatów, o ile nie są poetami, bo są młodzi i dostrzegają różne zaskakujące sprawy, co ja ich już nie dostrzegam bo jestem stara i zgorzkniała i gdy idę ulicą to nie działa literacko mój zmysł obserwacji bo daję dzieciom chrupki akurat lub pilnuję, żeby nie wpierdoliły się pod samochód. Młodzi literaci nie są takimi sprawami obarczeni, więc mogą generować skojarzenia i wypowiedzi bardziej od "nie pluj brokułami" zaskakujące. Czytam zatem to.

Koleś generalnie nazywa się Szczepan Twardoch no i wyprodukował taki kawałek: Próbuję tak o tym myśleć, ćwiczenia z hiszpańskiego jak motyle skrzydła, ludzie, których mijam jak motyle skrzydła, między ich i moimi narodzinami i śmiercią spotykamy się tylko na jedno spojrzenie... Oj, chuja stary, chuja nie motyle skrzydło, pomyślałam mniej więcej w tym momencie. Bo chuj to przynajmniej trzy czwarte społeczeństwa regularnie widuje a motyle skrzydło to hellou, no niby gdzie? Ze zdjęcia koleś wyglądał wprawdzie na takiego, co w ramach autokreacji się lansuje na zaściankowego małomiasteczkowca, ale nie dam sobie wmówić, że nawet na największym zadupiu patrzy na motyla, czy jakieśtam poza komarami, co w tym roku obrodziły, owady, częściej niż trzy razy w roku. To gdzie to skrzydło było? Chyba na dziecięcym w supermarkecie, Barbie sekret wróżek, te klimaty. Różne rzeczy sobie ludzie różnie kojarzą - a to z cyckiem, a to na fejsie z ikonkami, może i nawet z jakimś zwierzęciem, ale w motyla to ja nie wierzę. Motyle skrzydło jako metafora w ustach współczesnego młodego literata to nawet nie jest kit. To jest jakaś mistyfikacja. 

Nie wspominając już o tym, że taki motyl, jak go rozebrać na czynniki pierwsze, jest odrażający, ma taki ryj z trąbką, wstrętne, czarne giry i obleśne na kadłubie włosy. Jak ćma, ćma przecież też motyl, utopi się w herbacie to te włosy rozłażą się po powierzchni kubka, tworząc jakby osad. Może z resztą, jak ktoś ma ogródek to widzi skrzydła w herbacie, kiedy się ćmy topią. Może ten literat ma. Współczuję.

Wracając do tematu - w długim zdaniu o skrzydłach motyla autor dopytywał się z nadzieją i przestrachem, czy życie aby ma sens. Na moje to jakiegoś większego nie ma.

dzieć sie rodzi, musk truchleje

fourchet

Panie, laboga, publicyści mądrzy w dzisiejszej gazecie "Polityka", w ślad uczonych psychologów ostrzegają, że łączenie macierzyństwa z pracą to eksperyment na żywym organizmie. Matki. Że system socjalny niewydolny, że żłobków brak i weź tu legalnie zatrudnij nianię, że poród z połogiem i wychowawczym to razem pi razy oko trzy lata towarzyskiej, zawodowej i mentalnej czarnej dupy. O czarnej dupie macierzyństwa już jakaś blogerka z bloxa pisała bardzo ładnie - myślę, że się da znaleźć, guglając powyższą frazę. Generalnie rzecz biorąc, w myśl ludowej mądrości, w świecie występują dwie sytuacje skrajne - wypowiedzenie się po jednej z nich to zarówno wybór stylu życia, jak i mocna deklaracja światopoglądowa. 


W sytuacji numer jeden widzimy zatem matki z macierzyńskiego. Te to rodzą z uśmiechem na ustach i bez znieczulenia. Serwują dzieciom domowe przetwory bo nie dość, że w domu się nie przelewa skoro pracuje tylko jedno z rodziców, to jeszcze takie przetwory są najpiękniejszym smakiem dzieciństwa. Nawet na żelfiksie. Skrobiąc z oszczędności papier po margarynie i skrobiąc łopatką w piaskownicy, matki z macierzyńskiego inkubują w cieple swych macierzyńskich piersi czeredkę stabilną emocjonalnie, silną i gotową z otwartą przyłbicą konfrontować się z dolami i niedolami dorosłości. Matka czyta wtedy Panią Domu czy inne Serca Sekrety i tak pięknie siwieje. Na czterdziestą rocznicę ślubu otrzymuje od męża komplet sztućców i z kaszmiru szal. No ale sytuacja druga jeszcze jest, w której widzimy kobiety złe, czyli matki wyrodne. Nie karmią piersią te. Biorą rozwody. Po ustawowym macierzyńskim wracają do pracy i - o zgrozo! - oddają się pomnażaniu PeKaBe, nieczułe na skomlenia emocjonalnego wraku, jakim nieuchronnie staje się ich dziecko. Te najgorsze zawożą potomstwo co rano do żłobka. Łatwo je rozpoznać bo zawsze są w popielatym żakiecie, szpilkach i ołówkowej spódnicy. W łykendy robią dziecku zdjęcie cyfrową lustrzanką i potem to zdjęcie stoi w pracy na biurku im ociepla wizerunek, choć w sercu martwe już są. Ich dzieci, gdy dorosną, oddadzą je do domu starców a same pójdą na terapię, jakieśtam esi, dedea czy inne DDT.

Takie sytuacje w publicystyce są a pośrednich właściwie nie ma, ale nie będę się niepotrzebnie kłócić. Ostatecznie nie mam na ten temat innych poglądów niż taki, że swoje zjeby od życia zebrałam już w latach, gdy byłam matką samotną, niedofinansowaną i teraz bym chciała się przede wszystkim nie przemęczać. I żeby było fajnie. Więc o polityce rodzinnej państwa myślę, że to dobrze, że nas stać, żeby mieć ją w dupie.

Oczywiście, kocham moje dzieci. Bardzo kocham moje dzieci toczące zażarty spór o ostatniego banana, kiedy się wyprawiam do pracy. Ona mi wlazła na biurko. Ona mi napluła na figurkę. Przedzieram się przez zasłaną wacikami podłogę w łazience i leniwie maluję oko, konwersując z niemowlęciem uwieszonym u kolan. Ubóstwiam moje dzieci, całując je na pożegnanie i zostawiając pod opieką ich ojca, który rozdystrubuuje je między nianię i przedszkole. Jest miło. Idę ulicą i pachnę a potem spędzam osiem godzin w pracy, robię ciekawe rzeczy i zarabiam przyzwoite pieniądze. Potem możemy spacer, lekki obiad, pobawić się klockami i poczytać książeczkę. Łykendowe wycieczki w nieznane też lubię, cały segment usług, knajp i zakupów pod młodych rodziców profilowany. Lubię rozmawiać z dziećmi i bawić się, ale bez przesady. Nie tak bardzo, żeby sobie odmówić wieczornego wypadu bez nich. To starsze, sześcioletnie to już całkiem fajny kompan, ale niemowlak, choć słodki, jest dość nudny i irytujący, zwłaszcza gdy płacze. Rozumiem dawną szlachtę i dzisiejszych celebrytów, którzy odpowiedzialność za odchowanie potomstwa w pierwszych latach przenoszą na wykwalifikowany personel. Nie da się całej doby w dzieciach spędzać, nie tracąc przy tym na człowieczeństwie i walorach intelektualnych. Nawet jak się ma takiego fajnego chłopaka jak ja mam, że pomaga, współuczestniczy i koi. Na ostatnim macierzyńskim spędziłam 5 miesięcy i ledwiem ze złości i smutku nie zdechła. O ile dobrze pamiętam, po pierwszym, który potrwał 1,5 roku, kolejne dwa lata dochodziłam do siebie i wracałam na łono społeczeństwa. A przecież, wydawać by się mogło, na tle innych pracujących matek jestem taka rodzinna. No i naprawdę dobrze rysuję dinozaury.

 

druga jesień tego lata

fourchet

Nie było mnie w targecie. Pewnie gdzieś poszłam. Bo pogoda nawet sprzyja. Wyłączam internet, jest taka jakby jesień, wilgotno, co zawsze zapładnia, ponadto wyładniałam, co zawsze poszerza życiowe możliwości. Ale nie ma tego szału, co kiedyś. Dzieci za rączkę prowadzam, gdzieniegdzie obwisa coś, w lustro patrzę a tam nie twarz, tylko pierwsze objawy starzenia. 

Z tym wiekiem to z resztą relatywne. Mój ojciec umarł i zrobił to dość młodo. Nie żyliście dobrze - skomentował Wojciech (pijany chyba, lecz nie bardzo), kiedy mu opowiadałam co słychać. No niedobrze. Oboje zachowywaliśmy się jak idioci, tylko ten ojciec jeden za bardzo wszystko brał do siebie. I zawał. Myślę, że niebo jest tylko w bajkach - rezolutnie przyznał mój syn. W domu nie był miły, ten mój ojciec a gdzie indziej to ja go chyba kompletnie nie znałam, myślałam, patrząc jak obcy ludzie na pogrzebie układają wokół trumny dywan z kwiatów. Spodobałby mu się ten tłum - powiedziałam do Smoły, który obok dzielnie znosił kilkaset osób, ściskających nam ręce i wyciskających na policzkach oślinione współczucie. Przykro mi, że tak to spierdoliliśmy, Tato, ale przyznaj, że nie tylko ja nie byłam święta.

Wyjechaliśmy, wróciliśmy, byłam rozbita a nie jestem, może tylko trochę zmęczona, w gruncie rzeczy to lubię, chociaż najbardziej to ostatnio lubię biegać. Bieganie jest jak włóczenie się, tylko bardziej. Jeszcze pewnie o tym napiszę - chyba znów wolę pisać dłuższe teksty sama, niż się rozmywać na mikroblogi.

 

labirynt śmierci

fourchet

Jakbym połknęła żabę. Jakby otchłań, która na mnie patrzy, gapiła się wzrokiem nachalnego tramwajowego macanta. Z typu tych, co upał, przepocona koszula, wciśnięta w nogawkę erekcja i naftalinowy chuch, osiadający na szyi, choćby się nie wiem, jak daleko odsuwać. Zapoznamy się? Zapoznamy? Łazi za mną. Nic nie rozumiem, nic nie widzę, nic ze mnie nie wychodzi. Mam wszystko zalepione budyniem, mam oczy zalepione budyniem, mam dupę zalepioną budyniem, budyń mnie spowalnia, robi mi się ciężko. Chciałąbym wszystko z siebie wyrzucić, chciałabym stanąć twarzą twarz ze światem, powiedzieć, że nie śmieszą mnie śmieszne obrazki z internetu i nawet nie wiem, na jakie się teraz wchodzi strony i jeszcze, że nie rozumiem ostatnio trudnych słów z tefałenu, że nie wiem, kiedy przyjedzie Barack Obama, że większość rzeczy właściwie mnie jebie, nie słucham nawet Czesław Śpiewa i dawno przestałam odczuwać wspólnotę z jakąkolwiek grupą.

A zamiast tego gubię się. Po drodze do podziemnego garażu na poziomie minus trzy dopada mnie nostalgia. Patrz, mamy taki garaż, jak z teledysków, wszystko fajne jest, cacane, bo niby czemu nie miałoby być zajebiśicie, jest zajebiście, tylko mi teraz jakoś kreatywność zdechła, nawet jeśli tli się w środku to tylko po to, żeby zaczadzić i podduszać i może się słusznie bałam, jak byłam mała, że jak kiedyś przestanę myśleć to nie będę wiedziała jak znowu zacząć.

Potrzebowałam zacząc. Może moleskin o stylu i łelnnesie, może dać dzieciakowi aparat, żebyśmy mogli sobie robić wspólne plenery, może w końcu wybejcować do domku dechy, może coś pisać. Boli mnie bycie bezproduktywną i rozpierdoloną. Postanów za mnie szlachetnie. Potrafię się odwdzięczyć i nawet cycki mam już znowu po ciąży ładne.

głód parobczaka

fourchet

Sobota. Przed szóstą. Wychodzę z Uniwerku na zasrane przechodniami Krakowskie i przepycham się tyleż zasranym, co zaśnieżonym Nowym Światem w kierunku palmy. Warszawa inauguruje wielką choinkę i sezon światełkowy - jest mroźno, zakupowo i raźnie, lampki są, latarnie są, dzieci, turyści, renifer nawet, bioróżnorodność pełną gębą; można se kupić coś na straganie, pogapić się, albo wypić kawę w sieciówce. Nastrój jakby papieski, podniosło - rozanielony z tendencją do przepuszczania staruszek i kompulsywnych zakupów. Słowem - kulturka.

Przystanek pulsuje, tymi, co przyszli i tymi, co sobie już idą do domu. I mróz jest, więc tłumek ramię w ramię przestępuje z nogi na nogę, tete a tete bo dość ciasno. I oto on, jedyny co nie przestępuje. Hoży młodzian w dresie, szaliku legiowym i czapce typu kondom, hoży, dorodny, ale wyraźnie osłabion, mimo wczesnej pory, zdradzieckim działaniem alkoholu etylowego, nie tupta w gromadzie, ale we własnym, całkiem innym rytmie, miarowo huśta się na piętach, ot, skrzyżowanie nonszalancji z chorobą sierocą, wpółrozpięta kurtka, wódczany odór, wilgotny ustnik memłanego w dłoni papierosa.

"Cholera, jak nic na Gocław będzie jechał i ze mną razem wsiądzie do dziewiątki", pomyślałam, chociaż w zasadzie nie wierzę w te wszystkie dzielnicowe stereotypy, ale mi smutno się zrobiło i emocjonalnie ze względu na perspektywę podróży w towarzystwie tyleż śmierdzącym, co w trudnych warunkach tramwajowego tłoku niezdolnym do zachowania balansu. I żeby to sobie powetować jakoś, już miałam z rozpędu pouczyć Hożego o szkodliwości palenia na przystanku, uprzejmie jak młoda dama i stanowczo, jak niepalący neofita, już - już nieomal do niego otworzyłam paszczę, jak otworzyłam, tak zamarłam w pół słowa.

Bo Hoży wcale nie był zwykłym Hożym, ni nawet Hożym pijanym. Hoży wyglądał jak platońska idea parobka, tego, co u Gombrowicza. Znaczy, gdyby go postawić w jaskini to mógłby rzucać te wszystkie cienie i byłyby one parobkami, że hej, niezależnie od kąta padania światła. Parobek, jak wiadomo z lektur, ma oprócz gęby nieprzeciętną wręcz zdolność gąb masakrowania, pomyślałam zatem, że w ostateczności stanie obok jednego, mizernego, zaślinionego peta, nie musi mi znowu aż tak bardzo szkodzić i oddałam się kontemplacji archetypu.

Zgodnie z moimi intuicjami, Hoży archetyp wtoczył się dziarsko do dziewiątki, taszcząc za sobą cały malowniczy arsenał, od kondomowej czapki aż po peta, tego samego, co już go wczesniej omówiliśmy. Skryta za plecami nastoletnich romskich miłośników piercingu, kontynuowałam obserwację. Hoży zataczał się, miażdżąc co rusz wyfutrzone staruszki i wkładając w utrzymanie pozycji wertykalnej tyle wysiłku, że już nawet na mamrotanie pod nosem przepraszam nie starczało mu sił. Staruszki nie sarkały, przeciwnie, wydawały się czerpać sporą przyjemność z tych przypadkowych interakcji, spod futer dobiegały ni to zaprawione zrozumieniem westchnienia, ni to pensjonarskie chichoty. W końcu, zdjęte współczuciem, znalazły Hożemu wolne miejsce i usadziły, pozwalając rozeprzeć się wygodnie wyciągnąć swobodnie nogi.

- Pieniążki, pieniążki tu panu upadły - zameldowała babina, schylając się po garść drobniaków, utytłanych śniegowym błotem. Hoży spojrzał na nią chmurnie i skitrał bilon w kieszeni.

- A może tak specjalnie? Może to ktoś od Pana dostanie na Mikołaja? - dowcipkowała nieudolnie jedna z zafutrzonych, starając się najwyraźniej wkraść w łaski archetypu. Ten spróbowałby zapewne obrzucić ją spojrzeniem bez wyrazu, ale uniesienie głowy przekraczało chwilowo jego możliwości.

- Kto zasłużył, ten dostanie - odparł ponurym basem i zapadł w drzemkę.

Co mu się śniło i czy przypadkiem nie przespał swojego przystanku - nie wiem, bo dla mnie była już pora wysiadać. Minęłam przekłutą młódź cygańską, mimo całej swej śpiewnej egzotyki dla współpasażerów jakby niewidzialną i pobrnęłam w zaspy, myśląc, że ten Gombrowicz, że on to jednak miał rację.

Bo jak nie uwierzyć w to, że wszyscy, zgodnie tęsknimy za prawdziwym parobkiem, jego gębą, grabami jak bochny i śmierdzącymi stopami? A co gdyby gatunek tak szczególnie rzadki i cenny umieszczać w specjalnych rezerwatach?

 

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci