Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

Jak demonstrować z dzieckiem i za bardzo się przy tym nie zmęczyć. Poradnik.

fourchet

Po modzie na bieganie, longboardy i ostre koło, stolica zwariowała na punkcie manifestacji. Od kilku miesięcy widzimy się co weekend na aborcji, demokracji czy innej tam obronie puszczy, skandując hasła, nosząc flagi i wymachując wieszakami. Pogoda sprzyja nam coraz bardziej, ustawodawca sprzyja nam coraz mniej, więc spodziewamy się rychłego zakazu zgromadzeń publicznych. Póki co, jest okazja, żeby odświeżyć stare, nawiązać nowe znajomości a nawet pobyć razem, nie tylko obok siebie. 

To dziwne uczucie, kiedy towarzyszące protestom emocje, stają się częścią codziennej rutyny. Trudno z resztą skupiać się wyłącznie na poważnych sprawach, skoro podczas demonstracji zazwyczaj towarzyszą mi dzieci. Cóż, wielka polityka wkradła się w sobotnie i niedzielne przedpołudnia, zarezerwowane dotąd dla rodziny. Ale to nic nie szkodzi - dzięki odpowiedniemu przygotowaniu demonstrowanie z dzieckiem może być całkiem przyjemne i zabawne. 

Jak osiągnąć zadowalający efekt? I po co właściwie to robić? Swoje doświadczenia i rady zebrałam w krótki poradnik dla rodziców. 

1. Zadbaj o bezpieczeństwo 

Pikiety i demonstracje odbywające się w ostatnich miesiącach na ulicach polskich miast przebiegały, z nielicznymi wyjątkami, w radosnej, rodzinnej atmosferze. Ale nie musiały. Publiczne skandowanie dowolnych poglądów wyzwala czasem skrajne emocje. Jeśli zabierasz ze sobą dziecko, pamiętaj, że może być ich mimowolnym świadkiem, a nawet - w sytuacji, gdy w użyciu są kamienie, cegły czy race, ofiarą konfrontacji z osobami o odmiennych poglądach. Potencjalnym niebezpieczeństwem może być także samo przebywanie w hałaśliwym i nieprzewidywalnym tłumie, w którym dziecko może się łatwo zgubić lub przestraszyć. Poszukaj miejsca z tyłu lub na uboczu, tak, aby w razie potrzeby szybko odłączyć się od tłumu. Wózek, rowerek czy hulajnoga nie będzie tego dnia najlepszym środkiem transportu dla Twojej pociechy - wygodniej dla Ciebie i innych uczestników protestu będzie, jeśli wybierzesz nosidło lub posadzisz sobie malca na barana. Starszemu dziecku, które może się zgubić, poruszając o własnych siłach, przyczep do ręki lub ubrania karteczkę ze swoim numerem telefonu. 

Nie, nie stanie się Wam nic strasznego. Po prostu zachowuj się odpowiedzialnie. 

 

2. Skompletuj ekwipunek

Prowiant to podstawa - powtarzały mi wprawione w bojach z komuną opozycjonistki, które spotkałam na marszach KOD -u. Dobrze odżywiony demonstrant nie straci bowiem sił do walki w słusznej sprawie. Przydadzą się drobne przekąski, takie jak paluszki, którymi można częstować nowo poznanych przyjaciół, banany i jabłka. Słodyczy - z szacunku do zębów i bilansu energetycznego - nie polecam, podobnie jak wszelkich jogurtów i soczków, po których trzeba będzie naprędce poszukiwać toalety. Naturalnym uzupełnieniem zestawu prowiantowego są mokre chusteczki i torebki na śmieci. 

Równie ważne jest odpowiednie ubranie - dopasowane do pogody i odporne na jej ewentualne kaprysy. No i wygodne buty. Spędzisz na dworze kilka godzin. Podczas mrozów jedyną okazją, by się rozgrzać, może być robienie "kto nie skacze ten jest z PIS" a w cieplejsze dni mocne słońce może przez cały czas razić Cię w oczy. Przy wyjątkowo niekorzystnej aurze, rozważ, czy nie lepiej podrzucić dzieciaka babci

 

3. Nie daj się nudzie 

Przemówienia współorganizatorów demonstracji mogą Ci się podobać lub nie. Na Twoim dziecku prawie na pewno nie zrobią żadnego wrażenia. Jeśli nie chcesz przez 2 godziny słuchać powtarzanego z narastającą częstotliwością "mamoooo, a długo jeszczeeee?", zapewnij dziecku zestaw interesujących i pouczających rozrywek na czas demonstracji. W tej roli zazwyczaj doskonale sprawdzają się wuwuzele oraz sztandary, które kupisz na ulicznych straganach lub w sklepach kibica. Jeśli powaga wydarzenia na to pozwala, Twoje dziecko lubi się przebierać a Ty nie wstydzisz za bardzo polujących na ciekawe ujęcia fotoreporterów, pozwól mu założyć śmieszny kostium. Twoja progenitura może też puścić wodze inwencji - może zechce namalować własny transparent? Jeśli spodziewasz się, że w demonstracji będą brać udział znajomi z dziećmi w podobnym wieku, umówcie się i pozwólcie cieszyć się towarzystwem rówieśników. 

Może się zdarzyć, że następnego dnia Twoja pociecha postanowi nauczyć wszystkich kolegów z przedszkola piosenki "Beata drukuj ten wyrok". Przygotuj się na reakcje opiekunek i innych rodziców. 


Zrzut_ekranu_20160426_o_10.54.305

4. Rozmawiaj i tłumacz

Masz ze sobą plecak pełen żarcia, chorągiewkę i ubrane w ciepłe majty dziecko. Pora upewnić się, że ono z grubsza rozumie, co się dookoła niego dzieje. W końcu zabierasz je ze sobą po to, żeby uczyło się, czym jest społeczeństwo obywatelskie. 

Wierzę, że nawet z kilkulatkami można na "poważne" tematy rozmawiać rzeczowo, spokojnie i prosto. I jest do doskonała okazja, żeby wyjaśniać im znaczenie wielkich słów, takich jak Prawo czy Konstytucja. Nie musisz bawić się w długie wywody historyczne, ani zagłębiać w geopolityczne niuanse, ale jeśli masz jakieś braki w elementarnej wiedzy, lepiej zawczasu doczytaj. Unikaj abstrakcyjnych i niejasnych pojęć: "naród", "wolność" czy "demokracja" mogą - wbrew pozorom mieć wiele definicji. Szukaj alegorii w codziennym życiu i tym, co dziecku bliskie i znane. Tłumacz, z czego wynika Twoja postawa, zamiast przekazywać niepodważalne dogmaty. 

Być może zobaczysz sytuację w zupełnie innym świetle, kiedy spojrzysz na nią oczami małego człowieka.  

Oczywiście, są rodzice, którzy uważają, że zainteresowanie dzieci sprawami społecznymi czy politycznymi nie jest właściwe. Możesz być jednym z nich i masz do tego prawo. Czy wiesz już skąd, w jaki sposób i w jakim wieku Twoja pociecha będzie się dowiadywać, jak funkcjonuje państwo? 

 

5. Zrozum odmowę 

Twoje dziecko może się nieźle bawić na demonstracji. Ale nie obrażaj się, kiedy usłyszysz, że nie chce Ci towarzyszyć z powodu hałasu, pogody czy tego, że zwyczajnie mu się nudzi. Demokracja to między innymi umiejętność szanowania opinii, z którymi się nie zgadzamy - nawet wtedy, gdy wyrażają je nasi najbliżsi.

Pamiętaj, bieganie z transparentami i wznoszenie bojowych okrzyków nie są jedynymi środkami, jakimi dysponuje obywatel, chcący zamanifestować swoje poglądy w jakiejś sprawie. Wykorzystaj je, skoro nie możesz pójść. Zabierz dziecko na plac zabaw a przy okazji zbierz od siedzących nad piaskownicą mam podpisy pod petycją w Ważnej Sprawie. Masz jakiś talent? Może dobrze piszesz, jesteś świetnym organizatorem lub znasz obce języki? Super! Z pewnością możesz wykorzystać swoje umiejętności jako wolontariusz w organizacji, którą zdecydujesz się wesprzeć. Nie masz na to czasu? Może w takim razie podzielisz się choćby kilkuzłotowym datkiem. To dla Ciebie zbyt duże obciążenie? Zacznij od czegoś prostego - regularnie bierz udział w wyborach. 

Twoje dziecko (prawdopodobnie) jest już Polakiem. Tylko od Ciebie zależy, czy nauczy się też być Obywatelem Polski. 

Broszka z długim ogonem. Dlaczego w sporze o aborcję, aborcja nie jest najważniejsza.

fourchet

Spece z episkopatu i spece od obrony życia poczętego majstrują dziewczynom przy broszkach. Jeśli dobrze liczę, to już 3 raz w ostatniej pięciolatce. Oburzone dziewczyny wyszły na ulice z wieszakami, a ja razem z nimi - bo mam i broszkę i dzieci a co za tym idzie - całkiem sporo przemyśleń na temat rozmnażania. 

Podczas dwóch antyaborcyjnych manifestacji, które w ostatnim czasie odbyły się pod sejmem, było sporo żartów i sporo wyrazów złości i frustracji. Kilka mocnych wystąpień i kilka przemówień, które z perspektywy trzydziestoparoletniej wieloródki wydały mi się infantylne. Było też mnóstwo polityki i pojęciowego chaosu, który pojawia się zawsze, kiedy politycy wpierdalają się w poważne sprawy. 

20160409_15.18.49

Aborcja to tylko jedna z tych poważnych spraw, być może wcale nie tak istotna. Fakt, że publiczna debata koncentruje się właśnie na niej jest dowodem, że postrzeganie spraw związanych z płcią, seksem i rodzicielstwem jest w Polsce wyrywkowe i podporządkowane doraźnym celom panów w sutannach i panów w garniturach. Sprowadzona do poziomu tabloidu dyskusja to oskarżenia o dzieciobójstwo z jednej i harde deklaracje typu "będę chciała i to się wyskrobię na Słowacji" z drugiej strony barykady. Osobiście, zbyt cenię swoją broszkę, żeby zniżać ją do takiego poziomu.

Cóż zatem może być ważniejszego niż obrona słodkich płodzików, wyszarpywanych z maminego brzuszka zimnymi, metalowymi kleszczami? Moim zdaniem lista takich spraw jest całkiem pokaźna. 

1. Edukacja seksualna

Zanim zabrałam się za pisanie tego tekstu, przez kilka dni dociekałam, czego na temat płci, prokreacji i antykoncepcji uczą się zaprzyjaźnione dzieci. Otóż nie uczą się niczego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sprawy mają się gorzej niż w latach 90, kiedy sama chodziłam do podstawówki. Pamiętam, że od 5 klasy część zajęć z biologii odbywała się w grupach damskich i męskich. Cała klasa brała udział w pogadankach na temat antykoncepcji a dziewczęta dodatkowo uczyły się od higienistki, w którą stronę się podmywać i jak często zmieniać tampony. 20 lat później rodzice są zdani sami na siebie, bo zajęcia z wychowania seksualnego w szkole właściwie nie istnieją. Zamiast nich są nieobowiązkowe i raczej nie do końca związane z tematem pogadanki o "wychowaniu do życia w rodzinie". Większość szkół organizuje je w niedogodnych dla uczniów godzinach, żeby przypadkiem nikomu nie zachciało się na nie chodzić. 

Rodzice mogą zatem rozmawiać z dziećmi sami. Niestety, kiedy dzieciom zaczynają rosnąć wąsy i włosy pod pachami, a wraz z nimi ciekawość spraw damsko - męskich, ich chęć do deliberowania ze starymi słabnie. Mogłyby sięgnąć do jakichś encyklopedii czy poradników, gdyby na rynku wydawniczym istniało coś sensownego. Niestety, nieliczne adresowane do dzieciaków publikacje są co najwyżej średnie. Bywają również piętnowane przez obrońców moralności. Czy w tej sytuacji dziwi Was fakt, że można myśleć, że do sikania i rodzenia dzieci służy jedna i ta sama dziurka?

2. Zdrowie intymne

W kraju, w którym wiedzę na temat seksu czerpie się głównie z pornoli, rolę poradni zdrowia intymnego przejęły reklamy podpasek i parafarmaceutyków bez recepty. Krew menstruacyjna jest w nich zawsze niebieska a infekcje łapiemy na basenie i rozpoznajemy po "swędzeniu tam". W interesie specjalistów od marketingu nie leży jednak przypominanie nikomu o nieestetycznej kile albo rzeżączce, o tym że w czasach HIV nawet w pupę należy wkładać w gumie ani o tym, że do ginekologa powinno się chodzić jak do dentysty - choćby na okresowe przeglądy. Może i z resztą dobrze, że nie przypominają, bo korzystanie z usług lekarzy specjalistów nie jest w tym kraju ani tanie ani łatwe. 

3. Dostęp do antykoncepcji

Wiecie po czym poznałam, że lekarz, który zakładał mi spiralę, nie praktykował w Polsce? No jasne - nie tylko nie miał żadnych obiekcji, żeby to zrobić, ale też był miły, uczynny i delikatny. Mieszkam w stolicy i korzystam głównie z prywatnej służby zdrowia a mimo to, wybierając się do ginekologa jestem gotowa wysłuchać pouczeń i połajanek - że pora by w końcu co nieco urodzić (to, ci, którzy sądzą po wyglądzie, nie patrząc w kartę), że nie dam pani recepty aż na 3 miesiące (to w czasach kiedy brałam pigułki) i że nie można się decydować na tak radykalne kroki (to po prośbie o założenie wkładki). Zamontowanie tej wkładki to równowartość 2 wypłat z programu 500+, ale w porównaniu z horrendalnie drogimi pigułkami i tak się opłaca. Nie dziwi Was jak to jest, że blister hormonalnych tabletek na tarczycę kosztuje 9 złotych a blister podobnych hormonów blokujących owulację już około 50? 

Mnie nie dziwi, że najwięcej historii o niechcianych dzieciach rozgrywa się tam, gdzie matka jest za biedna, żeby sobie takie proszki kupić albo za mało zaradna (lub niepełnoletnia), żeby wyprosić je od lekarza. 

00217

 

4. Opieka medyczna dla ciężarnych i rodzących

Jeśli spodziewaliście się kiedyś dziecka, zapewne znacie mieszankę strachu i radości, jakie towarzyszą takiemu oczekiwaniu w Polsce. Ci, rodzice, którzy mają pecha, pierwszy trymestr spędzą w kolejce do USG, a o ewentualnych wadach płodu zostaną powiadomieni już po terminie, kiedy ciąża może zostać legalnie przerwana. Dostęp do badań prenatalnych jest niemal żaden - nawet dla dobrze sytuowanych ludzi z dużych miast. Zajście w tym kraju w ciąże to cholerny heroizm - zaciskasz zęby i znosisz w pokorze godziny spędzane w długich kolejkach, lekarzy i położne, upominających się o wręczenie łapówki, rutynowe nacinanie krocza i zero znieczulenia na porodówce. Kiedy już to przejdziesz, jest z górki - zostają tyko protekcjonalne panie od laktacji i studenci, którzy podczas obchodów lustrują czy macica się obkurcza. 

5. Wsparcie dla młodych matek

Młode polskie matki jeszcze w połogu ćwiczą z Chodakowską, żeby jak najszybciej zrzucić pociążowe opony. Muszą być atrakcyjne, żeby nie zostawili ich mężowie - zazwyczaj jedyni żywiciele rodzin. Sprowadziwszy na świat nowego obywatela, Polki wypadają bowiem na kilka lat z rynku pracy, na którym niemal nie istnieją dostosowane do ich potrzeb elastyczne formy zatrudnienia. Żłobki? Wolne żarty! Na takie kaprysy - podobnie jak na opiekunkę, mogą sobie pozwolić tylko zamożne warszawianki. To może chociaż publiczne przedszkola? I ten luksus skończył się z momentem zniesienia obowiązku szkolnego sześciolatków. Miesiąc w przedszkolu niepublicznym to w stolicy 1500 zeta (3 wypłaty z programu 500+). 

No dobra, ale przyjmijmy, że młodej mamie odpowiada spędzeniu kilku lat z dzieckiem w domu. Czy może liczyć na jakieś państwowe wsparcie? Cóż, dostanie becikowe i 1100 zeta ulgi rodzinnej w Picie. Poza dużymi miastami nie dostanie publicznego placu zabaw, parku, klubu malucha ani domu kultury. Jeśli od tego siedzenia w domu i karmienia bajtla zupą wpadnie w depresję, nie dostanie się również do psychologa. 

6. Sposób, w jaki mówimy o seksie

Dyskusja o sprawach związanych z płcią, seksem i rozmnażaniem nie przestanie być kaleka, póki kaleki nie przestanie być język, jakim o nich mówimy. Przestańmy się w końcu wstydzić i chować nasze cipki za wulgaryzmami albo biblijną podniosłością. To nie państwo i nie kościół ma decydować, kiedy i z kim się kochamy. Nikt poza rodzicami nie powinien podejmować decyzji o tym, czy mieć dziecko lub przerwać ciążę. Póki nie będziemy świadomie - w zgodzie z samymi sobą, uprawiać seksu, tylko ukradkiem, pod kołderką dawać sobie "dowody miłości", "robić to" albo "się ruchać", póki będziemy się wstydzić, brzydzić i demonizować - będziemy podatni na manipulacje. 

A słowackie i niemieckie kliniki bez oporów przyjmą wszystkie chętne klientki z Polski. 

 

rzeczy, których można się dowiedzieć, jeżdżąc taksówką na kacu

fourchet

Taksówka wte. 

- Jak się Panu żyje na taksówce? 

- Dobrze... że sam jestem. Miałbym żonę i dzieci, zdechlibyśmy z głodu.  

Milczymy. Leje. Dzieci poszturchują się, walcząc o miejsce na środku tylnej kanapy. Szary opel przed nami wbija na busspas, choć ma dla siebie trzy inne, zupełnie puste. 

- Mam już dosyć. I jeszcze ta pogoda. Dlatego niedługo stąd wyjadę!

- Też o tym gadamy ostatnio. Marzy nam się działeczka na Kanarach... 

- Kanary? O nie, proszę pani. Ja nie chcę żadnego Mariotta na plaży. Ja ludzi mam już dość. Lecę na Wyspy Zielonego Przylądka. 360 słonecznych dni w roku! I nikogo dookoła!

 ***

Taksówka wewte. 

- Wy też z tego marszu? 

- Nie, my maszerowaliśmy wczoraj. 

- A to dobrze. Byli tu tacy z flagami przed chwilą to nie wziąłem. Zachciało im się pluć jadem, niech sobie teraz marzną! A wczoraj jak?

- Jak na pikniku. Wesoło, z dziećmi byliśmy. Ludzie uśmiechnięci zadowoleni. 

- No i właśnie. Nie to że idzie taka jak o ta - babcia z flagą i na ludzi szczuje. 

- Babcie też wczoraj były. Wie pan, ile to ja się dobrych rad nasłuchałam. Podobno w konspiracji z dzieckiem to zawsze trzeba mieć przy sobie cukierki, żeby się w razie potrzeby czymś zajęło... 

- Krówki, najlepiej krówki! - wtrąca nieśmiało syn. 

- No zobaczymy co to będzie. Ale co by nie było - skazują mnie - powiedzmy - na 25 lat. A ja wtedy mówię to, co oni mówili - że wyrok to nie wyrok, tylko taka opinia. I co? 

#szaleniedelikatnajestemnakacu

#jajużniechodzejajeżdżętaksówką

Teraz chcę być swoim psem

fourchet

Chuja tu pasujesz, Smoła - mówię mojemu chłopakowi. Nawet cię pińcet złoty na dziecko nie cieszy, nie masz entuzjazmu, grosza nie szanujesz, pińcet to ty na łyski potrafisz wydać. Co ty tu właściwie robisz, jak ty się nawet na Polaka nie nadajesz, nie za ciebie Panjezus cierpiał na krzyżu, nie za ciebie spadał Tupolew, nie nazywasz się Milijon, tylko nazywasz się Smoła i podejrzanie dużo razy byłeś w Moskwie. Pora to sobie wprost powiedzieć, nic tu po tobie i po tych twoich dzieciach, co to za dzieci ty masz jakieś nieślubne takie, każde z innym nazwiskiem, nieochrzczone toto, co to właściwie są za dzieci? I jaki ty im dajesz przykład? Jaki z Ciebie jest Polak pytam, skoro umiesz po miemiecku, wódki nie pijesz, wesela nie miałeś, komunii świętej nie przyjmujesz i nie chcę tu wywlekać nieczystości, ale kiedy, kiedy ostatnio byłeś na grillu? To jest przesada, to już jest grube przegięcie, jak się tak wgapiasz w te sieneny, zamiast nastawić szklaną pogodę o dwudziestej, posłuchać jak Pan Prezydent Andrzej Duda (o władzy zawsze z szacunkiem) wygłasza laudację na cześć Prezesa. Ucz się, człowieku, bo świat się szybko zmienia, prawie tak szybko, jak język którym nam o nim opowiadają. 

Wiesz, boję się, boję się tego dowcipu o ABW, które przychodzi rano w tej sprawie, że nie wierzysz. I zakonnicy się bałam, tej z wąsem, co się patrzyła, kiedy przyszłam do kościoła posłuchać jak córka śpiewa w chórze piosenki o przegranych wojnach. Syn, nienawykły do obcowania z architekturą sakralną, bał się masywnych żyrandoli, że mu spadną na głowę. I sadystycznie obrazowej drogi krzyżowej. A ja stałam obok, trzymałam go za rękę i płakałam bardzo. Myślałeś pewnie, że to kakofonia dziecięcych głosików tak mi zmoczyła oczy. Głuptasie, nic z tych rzeczy, ja się zmartwiłam po prostu, że jeśli znowu będzie wojna, przyjdą wąsate zakonnice i zabiorą mi dzieci, żeby z nich zrobić Małych Powstańców. Boję się ustawy o lasach państwowych, tej, w której cudzoziemcy przychodzą rozkradać polską ziemię. Kiepsko u nas z tą polskością, już ci mówiłam, więc jak już przyjdzie ABW, na pewno da nam karę za te hektary, co w spadku dostałam, za te babcine morgi mazowieckie, zarośnięte sosenkami. Kiedy już będzie po wszystkim, kiedy już się zacznie ta wojna, w tych lasach schowają się partyzanci. Jesienny deszcz będzie bębnił o hełm na głowie mojego syna i grał smutne pieśni o przegranych wojnach. 

Z niepokojem patrzę na własne ciało. Czy mogłabym w tych rękach dźwigać karabin? Czy to wypada, z tymi wszystkimi tatuażami? Och, jestem przekonana, że w razie zagrożenia, umiałabym zabijać. Ale czy umiałabym zabijać na rozkaz? Z resztą wojna to nie babska sprawa. Mogłabym za to rodzić synów na mięso armatnie, chwaliłaby mnie Terlikowska, babcie na ulicach głaskałyby po brzuchu, takich synów na przemiał można chyba odchować nieco taniej, wiesz, bez zagranicznych wczasów, własnych pokoi i klocków lego, tylko kartofle ze zsiadłym mlekiem i Baczyński do poduszki. Pińcet złoty starczy na takiego z naddatkiem. 

Śniło mi się, że uciekając przed ABW, skryliśmy się na ostatnim piętrze szklanego wieżowca. Wiatr gibał na wszystkie strony skleconą byle jak, chybotliwą konstrukcją, a szpary między szybami zatkane były czerwonym kitem. Kiedy już po nas przyszli, wystarczyło im mocniej popchnąć, żeby się dostać do środka. Funkcjonariusze mięli wszyscy oczy niebieskie. Oczy niebieskie, życie królewskie. Oczy czarne to wpierdol. 

Ulegam zmiennym emocjom, jak jebane rynki finansowe. Dolar stoi po cztery zyle, nie obkupisz się po taniości na ibeju. Pamiętasz, jak w lutym, jeszcze wtedy, kiedy Bronek miał stuprocentowe poparcie, zamarzyła nam się przeprowadzka na Teneryfę? Doszliśmy wtedy do wniosku, że cała ta Hiszpania to jednak w porównaniu do prosperującej Polski taki jakby trochę nołfjuczer. Zabawne, jak wiele może się zmienić w niewiele ponad pół roku. 

PS: Wałęsa, oddaj moje 100 milionów

Wszystko, co mam do powiedzenia na temat bieżącej sytuacji politycznej

fourchet

Widziałam kiedyś na satelicie koncert Ice-T. Ice-T jest starszy od mojej matki, ma radiowy głos i pewien bagaż doświadczeń, o którym chętnie opowiadał w przerwach między kawałkami. 

- Wkurwia mnie to, że ludzie się nawzajem tak nienawidzą - rzucił z gniewem w kierunku publiczności. - Czekam, aż napadnie na nas Godzilla. Wtedy w końcu zjednoczymy się w walce przeciwko wspólnemu wrogowi*. 

Myślicie, że gdyby Godzilla żyła w Polsce, mogłaby mieć na imię Jarek?

 

* To bardzo dowolne tłumaczenie tego, co bardzo dowolnie zapamiętałam. Ale o coś takiego tam chodziło. 

Całe życie wydawałam fortunę na książki

fourchet

Odświeżone po latach „Sklepy Cynamonowe” nie zrobiły na mnie wrażenia. Gdy przedarłam się przez gąszcz pretensjonalnych epitetów, zrozumiałam, że oniryzm w twórczości Schulza polega na budowaniu zdań tak długich, że między wielką literą a kropką znajdzie się czas na drzemkę. 

Porwała mnie za to pozycja „Skuteczne odżywianie w treningu i sporcie”. Sięgnęłam po nią, żeby sprawdzić, czy czuję się, jakbym miała umrzeć, bo za mało jem, czy też za dużo ćwiczę. Nim doczytałam, dotarło do mnie, że czuję się, jakbym miała umrzeć, bo kiedyś umrę. 

Za co by się nie zabrać, okazuje się prostsze niż sobie wyobrażałam. 

suchy szampon

fourchet

Do głowy by mi nie przyszło, że tak bardzo polubię suchy szampon. Jakieś dwie i pół dekady temu, kiedy mydło było tylko w kostkach, moja smutna matka wyjaśniła mi, że taki kosmetyk wynaleźli komuniści dla osób, które z powodu niechlujności unikają wody. Przynajmniej coś w tym stylu zapamiętałam. Wierzyłam mojej smutnej matce, nie tylko dlatego, że komunizm schyłkowej fazy, jedyny jakiego dane mi było liznąć, był jak krzywe zwierciadełko, w którym odbijał się świat brzydki i pozbawiony logiki. Wierzyłam jej bo wiedziałam, że moja heroiczna matka dzień po dniu spływa strugami łez i potu, by zapewnić nam możliwość korzystania z elementarnych udogodnień sanitarnych.  

Mieszkaliśmy wtedy we czworo - a może jeszcze troje - pokoiku stuletniego domu ogrzewanego węglową kuchnią. Za wannę służyła nam aluminiowa balia, za dnia skrywana na stryszku. Kąpiel była długim i stresującym rytuałem, który zaczynał się od taszczenia z komórki wiader z węglem. Należało je przynieść koniecznie przed zapadnięciem zmroku, nim w ciemnym składziku na dobre rozpanoszyły się bezczelne szczury. Węgiel trzeszczał wesoło pod kuchnią, a kiedy jej blat rozgrzewał się do czerwoności, ustawialiśmy na nim pełne wody, żeliwne gary. Woda się grzała, bania stała na środku kuchni, my szykowaliśmy się do pospiesznych ablucji. Ciecz nagrzana z takim trudem stygła bowiem jak na złość bardzo szybko. Przestrzegając zawsze tej samej kolejności, zanurzaliśmy się w niej po kolei - dzieci, matka, na końcu odporny na chłód ojciec. Trudno się chyba dziwić, że matka, tak jak my wszyscy, myła włosy raz w tygodniu, na co dzień zadowalając się jedynie pospiesznym modelowaniem za pomocą metalowej lokówki. Czasem udawało mi się ją uprosić, żeby i moje włosy przysmażyła w fantazyjne anglezy. 

Kiedy koleżanki mojej ówczesnej matki odwiedzały nas latem, zerkałam z zaciekawieniem na rudawe i czarne kępki, wystające spod ich pach. Pamiętam, jak wymieniały się ploteczkami o jednej takiej, która dostała z Reichu żel pod prysznic i w błogiej nieświadomości stosowała go jako żel na włosy. Rezultaty, niestety, nie były zadowalające. Mogę się tylko domyślać, jak te plotkujące trzydziestki zareagowałyby na wyznanie, że bez brazylijskiej depilacji czuję się niedomyta. 

Dwie i pół dekady później nikt już nie wpada bez zapowiedzi na pogaduszki. I tak przecież nigdy nie ma nas w domu a o kosmetykach jest wszystko na wizaż peel. Moja matka od dawna goli pachy i znacznie częściej się uśmiecha. Zamiast garów z wodą, dźwigam - pamiętając o nienagannej technice - kolorowe kettle. Po treningu spryskuję głowę suchym szamponem, żeby od razu lecieć w miasto. Tematy dnia to złota jesień i otwarty po pożarze Most Łazienkowski. Świat był kiedyś chyba trochę prostszy, choć może bardziej siermiężny. 

 

 

życie aparatczyka

fourchet

Wiecie, z tymi zębami to ja zawsze miałam przejebane. Z tymi, co mam w paszczy. I choć jestem pank i w ramach walki z systemu przejawami, lubię laski z krzywymi zębami, trudno było mi pokochać nawracające zapalenia okostnej, pełne dezaprobaty spojrzenia zębologów i hektolitry krwi na niciach dentystycznych, które nie mieściły się w te malutkie szparki pomiędzy. W dodatku pociąg do niezdrowych używek, który na pewnym etapie życia trudno mi było opanować, odcisnął pewne piętno na topografii mojej jamy gębowej a paniczny strach przed tym, że podczas borowania język wkręci mi się w wiertło nie ułatwiał opanowania sprawy. Ale w końcu, kurwa, zrobiłam se takie postanowienie noworoczne na nowy rok i już za trzecim razem się udało. Postanowiłam odpicować zęby. 

Wybrałam przytulną klinikę w niedalekim sąsiedztwie (do poprzedniej nie mogłam już pójść, choć puszczali mi relaksacyjną muzykę i palili aromatyzowane świeczki w poczekalni, bo podczas ostatniego kanałowego nie wykazali wystarczającego zrozumienia dla mojej fobii i krzyczałam, jezu, jak krzyczałam, musiałam dużo krzyczeć, zanim dotarło, że przy mnie nie można se tak machać tym wiertełkiem, gdzie popadnie, tylko liczymy do trzech - raaaz-dwaaa-trzyy i przerwa na zaczerpnięcie oddechu i że to kurwa, wcale nie jest śmieszne, wsadźsepan te utensylia w swój chłodny profesjonalizm), umówiłam się na konsultację i zażądałam od skonsternowanej nowe pani doktor ustalenia planu, którego będziemy się trzymać i najlepiej, żeby to, co zaplanujemy od razu poumawiać, bo jak nie to na pewno zacznę kombinować i nie przyjdę, przekładając realizację tego planu na rok kolejny. I że oni nie mogą odbierać moich telefonów, jak dzwonię, żeby odwołać wizytę. I żeby te wizyty od razu planować na dłużej, bo wiertełkiem nie machamy, ustalmy to na początku, liczymy raaaz-dwaaa-trzyy, potem krzyczę, chyba że można tu pod narkozą. Jak trzeba to przecież dopłacę. 

No i ona na mnie patrzy, trochę jak na małe dziecko, trochę jak na wariata, ma taki zielony kitelek i twarz pełną współczucia, już ją szanuję, myślę o tym, że zanim zrobiła tę specjalizację ze stomatologii, musiała zmagać się z wieloma przeciwnościami losu, tłumaczyć narzeczonemu, że trzeba poczekać ze współżyciem, że rodzice z jakiegoś Radomia przywozili jej kapustę i ćwiartkę świni, że zakuwała po nocach z bladej kserówki przekrój poprzeczny czaszki, że zaliczyła na piątkę nerw trójdzielny, bo myślała, że to ma sens, że chce pomagać ludziom i o tym, jak w wolnym czasie rozwiązuje krzyżówki, najchętniej jolki. Generalne odpływam w jakimś swoim filmie, zszokowana, że właśnie się przed kimś paszczowo otworzyłam a ona spokojnym głosem prezentuje mi, że tu i tu wyrwiemy, tu jebniemy nową plombę i że naturalnie, jeśli trzeba, będziemy liczyły i robiły przerwy. Potem wysyła mnie jeszcze do swoich kolegów z drużyny: chirurga, ortodonty, pani od prześwietleń i implantologa. Specjalnie przeszkolona pomoc dentystyczna podczas wizyt podtrzymuje mi język i wiertło się go nie ima. Puszczonej w ruch maszyny nie można zatrzymać - pięć miesięcy później, już bez dziur po ósemkach, kończę ze szczęką zadrutowaną dwoma łukami aparatów. Najbliższy rok spędzimy razem. 

Pierwsze dni z aparatem na zębach przypominają trochę pierwsze dni po porodzie. Cieszę się, że mam to już za sobą i nie wyobrażam sobie, że mogłabym cokolwiek włożyć w ten otwór. Mam mnóstwo pytań i wątpliwości - jak mam nitkować i jak w tej zbroi robić laskę. Na większość z nich Gógl potrafi odpowiedzieć jedynie po angielsku, podobnie jak wtedy gdy pytałam o intymną depilację w ostatnim trymestrze ciąży. Z forum Kafeterii dowiaduję się, że moje rodaczki - aparatki w wieku gimnazjalnym uważają mycie zębów w szkole za okrutny obciach. W pracy ciągle rozmawiam z obcymi ludźmi przez Skajpa. Mam nadzieję, że dzięki mojemu zabawnemu seplenieniu szybciej przełamiemy bariery. 

Po miesiącu krojenie kanapek na kwadraciki o centymetrowych bokach wchodzi mi w krew. Nie wyobrażam sobie dnia bez blendera. Kupiłam na Allegro dwa zestawy uroczych szczoteczek podróżnych i wosku w pudełeczkach z brokacikiem. Jeden noszę w plecaku, jeden w torebce, doceniając podróżne akcesoria, które w sezonie urlopowym sprzedaje Rossmann. Rośnie ilość knajp, w których nie mogę sobie znaleźć nic do jedzenia - odpada nie tylko mięso, ale i orzeszki, burgery i inne chrupiące skórki. Bywam zdezorientowana, znajdując zęby codziennie w różnych miejscach. Język pamięta i wciąż gdzieś błądzi. 

Mimo kompromitującego żelastwa, pierwszy raz w życiu świadomie uśmiecham się "z zębami". Metalowe zamki kryją wszelkie niedoskonałości mojego zgryzu na tyle skutecznie, że już się ich nie wstydzę. Wstydziłam się? Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to był dla mnie spory dyskomfort. W aparacie czuję się młodsza, wyluzowana, seksowna, przynajmniej do momentu, gdy rukola owija mi się wokół drutów. Marzę o różowych gumkach. Na ostatniej wizycie były tylko miętowe. W czwartek dokręcili mi druty. Bolało, gdy dziś rano ugryzłam melona. 

zanim umrę, zostanę starą babą

fourchet

Poranek powyborczy witam lekkim kacem, pamiąteczką po wysączonej na smutno flaszeczce Chianti, która jako jedyna towarzyszyła mi w chwili ogłoszenia wyników wyborów. Poniedziałek, muszę być dzielna, muszę przed 8 odstawić umyte i uczesane dzieci do przedszkola i do szkoły. Przeliczam w dłoni drobne na drożdżówkę. Stara baba w brązowym prochowcu i berecie, drepcząca z naprzeciwka lustruje nieprzychylnie moje tatuaże i zielone włosy. 

- Szczęść Boże! - rzuca głośno i z dezaprobatą. 

Czy obudziłam się już w nowej Polsce?

***

Przystanęły na rogu ulicy, zmęczone ciągnięciem kraciastych toreb na kółkach, w których zgromadziły, najlepsze cymesy z bazarku na Wiatraku. W jednakowych szarych kurtkach i spódnicach za kolano wyglądają jak emisariuszki jakiegoś tajnego zgromadzenia, zakonu trzech podbródków a może świątyni wiecznego focha. Muszą mieć jakieś poczucie misji, bo rozmawiają ze sobą głośno, żeby każdy mógł usłyszeć. 

- I patrz, znowu nowych domów nastawiali - stwierdza pierwsza, wskazując nowe dzieło lokalnego dewelopera w ten sam sposób, w jaki moje dzieci pokazałyby sobie odkryte przypadkiem w parku zwłoki szczura lub gołębia. 

- Za komuny takie się budowało - wydaje ekspertyzę druga. 

- I tera będą brać kredyty i kupować! - prognozuje pierwsza. 

- Kurwy! - wyrokuje druga. 

I ruszają wolno w dalszą drogę. 

 

***

Przemykam przez Wiatrak, szukając najlepszych truskawek dla mojej córki. To ten jedyny dzień w roku, na który zaczynam czekać już w marcu. Mimo chłodnego wiatru, przyszłam tu specjalnie z gołymi nogami, żeby poczuć na skórze nadchodzące lato. Teraz wybiorę najbardziej soczyste i najbardziej czerwone, zabiorę do domu dwukilogramową łubiankę i zanim zaczniemy jeść, będę się przez całą drogę upajała widokiem mojego aromatycznego zakupu. 

- To jest oszustwo! Wypierdalaj, ruska szmato! - krzyczy sprzedawczyni ryb do zadbanej, siwiejącej czterdziestoparolatki. 

- Nie jestem Ruska. Jestem Ukrainka. - stwierdza tamta spokojnie, demonstrując gęstniejącemu wokół nich tłumkowi swój śpiewny, wschodni akcent - A pani mi za mało reszty wydała. 

- To jeszcze gorzej - dołącza się do dyskusji stojąca obok mnie emerytka w eleganckim, beżowym płaszczyku i kaszmirowym berecie - Nie jesteście u siebie, nie będziecie nam mówić, co mamy robić! 

- I tak was teraz wszystkich stąd PIS wyjebie - wtóruje jej leciwa sprzedawczyni pomidorów. 

Każda z nich skurczyła się już ze starości do wzrostu mojego syna, więc patrzę na nie z góry, karcąco i mówię do nich łagodnym, matczynym głosem: 

- A Panie to chyba zapomniały, co to jest nasza polska gościnność... 

Ta w kaszmirach i jesionce zadziera głowę łobuzersko. 

- Ty tu się nie wpierdalaj - odpowiada po prostu. 

Pod nosem ma babski wąsik, utkany z rzadkich, ale bardzo długich, ciemnych jak po farbowaniu henną włosów. To dziecinne, ale boję się, że zaraz osypią się z wykrzywionej gniewem twarzy prosto w moje truskawki. 

nasze prace

fourchet

W życiu należy robić to, co się lubi. Przynajmniej tak piszą na puszkach od Coli. Dlatego znowu nie pracuję, a w chwilach wolnych od frilansu próbuję wszystkiego, czego od zawsze chciałam spróbować. Na przykład korzystać z pożyczonych od córki kredek i synowskiej książeczki Jak rysować zwierzęta. 

Prawdopodobnie Wasze dzieci potrafiłyby zrobić z nich lepszy pożytek. Ale ja nie czułam dawno takiej dumy z efektów swojej pracy, więc postanowiłam się nimi pochwalić. 
koteezyrafka1

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci