Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

januska szkoła prowadzenia sporów

fourchet

Na kamienicę sąsiadów mówimy fawela. Są tam tylko 19 metrowe kawalerki, cienkie ściany i klaustrofobiczny klimat. Budowano ją za wczesnego Gierka z myślą o wchodzących w dorosłość wychowankach domów dziecka. Dziś, poza gromadką starych lokatorów mieszka tam kilka wesołych dziewcząt z Ukrainy, młode małżeństwo, które lubi się kłócić i godzić w asyście policji, ktoś, kogo nocą często męczy kaszel i pewien Seba z dużym psem. Po browarze Seba lubi sobie posłuchać eurodensu i słucha go głośno. Szanuję to, bo sama mam na sumieniu szaleńcze prasowanie z Laibachem i depresyjne mycie podłóg przy ekstatycznym akompaniamencie Einsturzende Neubauten. Ale Januszowi z pierwszego piętra muzyka taneczna wyraźnie działa na nerwy. 

Kiedy tylko Seba za mocno poluzuje gałkę volume, Janusz przystępuje do kontrataku osolemijem. Solemijo Janusza najpierw gra głośno, by w końcu przerodzić się w gromką kanonadę, coś między muzycznym blitzkriegiem a ostentacyjną manifestacją wyższości własnych upodobań. Zgaduję, że Janusz chciałby kiedyś Sebę całkiem zagłuszyć, ale ma zdecydowanie za mało basów. Kapituluje więc po kilkunastu minutach i potem już lecimy na tanecznej plejliście, przetykanej z rzadka wściekłym "ciszejtam, kurrrwa". 

Solemijo dla wegeburgera

Tak mi się ci moi sąsiedzi przypomnieli, jak poczytałam o wczorajszej fejsbukowej aferze dnia, czyli strajku pracowniczym w Krowarzywach (Krowierzywej?). Chodzi z grubsza o to, że pracownicy popularnej knajpki próbowali prosić właściciela podwyżki i umowy, ten zaś olewał ich na tyle konsekwentnie i długo, że zbuntowana załoga przerwała pracę nagłośniła sprawę w Internecie. Szef wykazał się empatią mojego sąsiada Janusza, znaczy wszystkich (podobno) wypierdolił z pracy i jeszcze bardziej rozkręcił medialną gównoburzę, dementując, klucząc i plącząc się w zeznaniach. Internauci uformowali dwa karne obozy - zwolenników właściciela lokalu i obrońców zwolnionych pracowników po czym wylali na siebie zwyczajowe wiadra gówna. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obie strony sporu to weganie, którzy i tak nie mają w sieci za dobrej passy. W końcu (oby z sukcesem) w sprawę włączyli się działacze rozmaitych inicjatyw pracowniczych, Partia Razem i inni, wiecie, lewacy, dzięki którym udało się zawiązać coś na kształt mediacji. Sprawa, o ile dobrze rozumiem, ciągle jest rozwojowa. 

11925583_941923339213437_420640721_n(to jest wegeburger, którego sama zrobiłam i sama sfotografowałam, ponieważ lubię czuć, że moje miejsce jest w kuchni)

Niezależnie od tego, jakie rozwiązanie uda się wynegocjować, obie strony sporu wiele już straciły. Nadszarpnięty prestiż knajpki z dużym prawdopodobieństwem przełoży się na mniejsze obroty - a to mniej kasy zarówno dla pracodawcy jak i pracowników, którzy nawet jeśli wywalczą lepsze warunki, będą mieć mniejsze napiwki i gorsze perspektywy na przyszłe podwyżki. Dobre relacje i fajna atmosfera w miejscu pracy już dawno poszły się jebać, razem z mirem, jaki w bezmięsnym światku otaczał lokal. W wszystko z powodu Janusza, który w obliczu konfliktu interesów nie potrafi zrobić nic poza puszczeniem głośnego osolejmija. 

Janusze nasi powszedni

A teraz sobie pomyślcie, ilu takich Januszów niższego i wyższego szczebla znacie ze swoich własnych miejsc pracy? Nie chcę wdawać się w zawiłe kwestie praw pracowniczych, bo ani się na tym znam, ani mam w tej sprawie coś do powiedzenia. Nurtuje mnie tylko czemu na proste "mam problem" tak często słyszymy kanoniczną odpowiedź "to wypierdalaj". Krzysztof Nędzyński na łamach Obserwatora Finansowego "Polityki" przekonuje, że to stosunki pracodawców i pracowników wciąż często przypominają w Polsce relację pana i folwarcznych chłopów. Fizycznej pańszczyzny nie ma. Mentalna trwa, choć najczęściej sobie tego nie uświadamiamy. Przejawia się na dwa podstawowe sposoby, które można traktować jako dwie strony tego samego medalu. Z jednej strony, ludzi – wykonawców, dostawców, pracowników – można i wręcz należy traktować z góry. Z drugiej, jak najmniejszym wysiłkiem należy wykonać zadanie, byle jak, ale nade wszystko – nie należy się wychylać. Personel Krowarzyw swoje zadania wypełniał doskonale, więc niesprawiedliwość, która go spotkała jest jeszcze bardziej niesprawiedliwa. 

Jeśli i Ty nie chcesz żyć w folwarku XXI wieku, nie bądź Januszem i ćwicz się w trudnej sztuce dialogu. Postaraj się zrozumieć racje drugiej strony, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Twój oponent jest zupełnym chujem. Potrafi to pani Halinka, ta co ma jamnika i mieszka na parterze pod Sebą. 

- Sebuuuś, ścisz synku, bo mi szyby lecą - drze się piskliwie przez okno na podwórze. 

- Jeszcze jeden numer i wyłanczam! - odkrzykuje Seba i wyłancza. Bo czemu nie?

 

500 minus. Dlaczego w Polsce tak trudno mieć dzieci.

fourchet

Armin Melwes latami fantazjował o zabiciu i zjedzeniu innego mężczyzny. Jurgen Armando Brandes nie miał nic przeciwko byciu tym właśnie mężczyzną. Uczcili to przyjęciem, podczas którego Armin odciął Berndowi penisa, którego - po podsmażeniu z odrobiną soli i czosnku, wspólnie skonsumowali. Następnie poderżnął mu gardło, wykrwawił w wannie i przez kilka kolejnych miesięcy żywił się jego mięsem. 

Rammstein zrobił tym piosenkę a sąd pierwszej instancji skazał kanibala jedynie na osiem lat więzienia. Koronnym argumentem obrony było video, na którym zamordowany mężczyzna oświadczał, że wyraża zgodę na bycie zjedzonym. W publicznej debacie nie brakowało obrońców Melwesa, którzy domagali się całkowitego uniewinnienia amatora ludzkiego mięsa i poszanowania praw obywatelskich - zarówno kata jak i ofiary - którzy mogą sobie zjadać i być zjadanymi, skoro tak im się podoba. Ostatecznie wyrok zmieniono na dożywocie, głównie z powodu wielkiego prawdopodobieństwa recydywy. 

Os_Filhos_de_Pindorama._Cannibalism_in_Brazil_in_1557

 

Czym różni się Polka od kanibala?

W dojrzałych demokracjach prawa obywatelskie i prawa człowieka traktowane są z pełną powagą. To znaczy, że przysługują Panu i Pani i imigrantom przysługują, nawet takiemu kanibalowi z Rotenburga czy Andresowi Brevikowi. Młodym Polkom swobód obywatelskich systematycznie ubywa. Ze względu na naszą specyficzną mentalność i zmiany prawne, które pośrednio cementują obowiązujący stan rzeczy. Wolność sumienia i wyznania, swobody ekonomiczne i socjalne to w tym kraju towary deficytowe, zwłaszcza kiedy jesteś kobietą. Luksusem bywa nawet prawo do życia, zagrożonego przez pozamaciczną ciążę. Kwestia aborcji to z resztą być może jedyna sprawa, którą postawiono uczciwie i sformułowano wprost. Reszta pozostaje w sferze administracyjnych utrudnień (dostęp do antykoncepcji) czy niewydolności systemu, z którymi nikt nic nie robi (traktowanie ofiar gwałtów i przemocy domowej). Na takie łamanie praw obywatelskich trudno się skarżyć. Co więcej, wszyscy wydają się wierzyć, że tak jest bo tak już musi być. 

 

Wszystko, czego Ci nie wolno

A przecież w teorii jest nieźle. Mamy prawo, w świetle którego kobiety i mężczyźni są równi. Że nie są, to jakoś przy mimochodem, niechcący wychodzi, bo tak się już utarło. Zaczyna się od kategorycznych sądów, które usłyszysz od matki, sąsiadki, nauczycielki w szkole, które znajdziesz w prawicowej i lewicowej publicystyce. Sprzyjają im dyskusje na temat posiadania/nieposiadania dzieci czy sensu istnienia programu 500 plus. Zwolennicy konserwatywnej wizji świata, w tym rząd premier Szydło, operują nieco anachroniczną retoryką, wedle której najważniejszą ambicją kobiety pozostaje prokreacja, widziana czasem jako chwalebny obowiązek wobec ojczyzny. Praca zawodowa jest w tej optyce zazwyczaj przykrym, ekonomicznym przymusem. W Internecie nie brakuje też głosów skrajnie odmiennych, przekonujących, że dzieci są nieusuwalną przeszkodą na drodze rozwoju osobistego i zawodowego a namnaża się głównie nieuświadomiona antykoncepcyjnie patologia. Życiowi zwycięzcy powinni robić kariery i zakupy. Pozornie bardziej wyważone, a w rzeczywistości najokrutniejsze, są media kobiece, które każą rodzić i wychowywać, pracować zawodowo, rozwijać zainteresowania i pasje, wyglądać pięknie i pamiętać, by robiąc to wszystko na raz, zawsze pozostać sobą. Jeśli nie pasujesz do żadnej ze zwalczających się kast, jesteś na przykład bezdzietnym z wyboru katolikiem, troskliwym tatą - pedałem albo z własnej nieprzymuszonej woli rezygnujesz z pracy, żeby mieć czwórkę dzieci - lepiej się nie mów o tym głośno. Deprecjonowanie tych, co myślą inaczej jest ulubionym chwytem retorycznym na Facebooku, na Frondzie i w Faktach po Faktach. 

 

Twoja bardzo wielka wina

Moje koleżanki wciąż się z czegoś tłumaczą. Przeważnie ze spraw, które są i powinny być ich suwerennymi, niepodważalnymi decyzjami. Ze związków, z kasy, z dzieci albo ich braku. A rozmaici moraliści próbują utwierdzać je w poczuciu, że z powodu tego, jakie są, nie są istotami w pełni wartościowymi. W tym kraju można bezkarnie szydzić z lesby, z bezpłodnej, ze starej panny. Bez żenady zarzucać bezduszność dziewczynom, które nie chcą zakładać rodzin i popisywać się mizoginią, wobec tych, które je założyły, na przykład usprawiedliwiając gwałty małżeńskie. Można całą odpowiedzialność za dzieci zrzucać na matki - w końcu urodziły to ich sprawa. Statystyczny Polak nie ma zamiaru swoich podatków oddawać na socjal dla dzieciorobów, zrzucać się na fundusz alimentacyjny. Nie będzie również traktować z szacunkiem kury domowej, która rezygnuje z pracy zawodowej, żeby siedzieć w domu i gotować obiadki. Zatem rodzisz czy nie - jesteś do dupy. W tej sytuacji wygodniej chyba i rozsądniej całe to rodzenie sobie po prostu darować. 

 

Dziecko? Lepiej sobie kup chomika

Bo jak już urodzisz, to dopiero jesteś w kłopocie. Jesteś w kłopocie, kiedy nie dostaniesz miejsca w żłobku i nie stać cię na nianię. Jesteś w kłopocie, kiedy dzieciaki zachorują a szef nie chce dać urlopu na żądanie. Jesteś w kłopocie, bo podobno na twoje stanowisko czeka tuzin młodych, dyspozycyjnych, więc musisz wciąż brać niezapowiedziane nadgodziny. Jesteś w kłopocie, kiedy rzucasz pracę, żeby zająć się progeniturą i kiedy po macierzyńskim próbujesz wskoczyć z powrotem na rynek pracy. Jesteś w kłopocie, jeśli się rozwiedziesz a twój były ma w dupie płacenie alimentów. Jesteś w kłopocie, jeśli stracisz pracę i nie masz na żarcie, na prąd, na mieszkanie. Jesteś w kłopocie, jeśli twoje dziecko ma problemy w szkole lub jest niepełnosprawne, bo niewydolny system nie przewiduje w takich sytuacjach żadnego wsparcia. Jesteś w kłopocie, kiedy w twoim mieście nie ma żadnego domu kultury, placu zabaw, świetlicy ani biblioteki i dzieciak szwęda się nie wiadomo gdzie z kluczami na szyi. I żałujesz, że nie wybrałaś jednak chomika, któremu wystarczy raz w tygodniu sypnąć ziarna i wymienić trociny. 

Die_vergleichende_Osteologie_1821_Cricetus_cricetus

 

500 plus to dla Ciebie kolejne kłopoty

Cieszę się, że są rodziny, które za te 5 stówek nakupią węgla, podręczników albo pojadą na wakacje. Denerwuje mnie szukanie przez media taniej sensacji i udowadnianie na siłę, że państwowa kasa pójdzie na wódę i plazmowe telewizory. Jeśli faktycznie - jak donosi Gazeta - pośrednim skutkiem wprowadzenia programu ma być podniesienie minimalnych stawek godzinowych - to bardzo dobrze. Ale ani węgiel, ani podręczniki ani więcej kasy w domowym budżecie nie wyeliminują przyczyn problemów polskiej matki. Nie pomogą jej połączyć wychowania dzieci z pracą zawodową. Nie wypromują elastycznych form zatrudnienia, mody na przestrzeganie kodeksu pracy, nie zbudują tych żłobków, bibliotek i świetlic, których nam brakuje. Nie usprawnią ułomnego systemu zapobiegania domowej przemocy. Być może najsłabiej opłacane matki wypchną na stałe z rynku pracy, skazując w przyszłości na głodowe emerytury. 500 plus to po prostu kolejny, elektryzujący temat zastępczy, listek figowy, który ma ukryć całkowity brak normalnej polityki socjalnej i prorodzinnej. Listek tyleż niebezpieczny, że pozwala szumnie deklarować troskę o dobro polskiej rodziny, równocześnie wycofując się z finansowania NGOsów pomagających ofiarom przemocy i czy w ciągu jednej nocy znosić obowiązek przedszkolny pięciolatków. Konsekwencje? Z każdym rokiem będziemy oddalać się o lata świetlne od naszych rówieśnic z Niemiec, Francji czy Szwecji, dla których powszechny dostęp do żłobków i rynku pracy są tak oczywiste jak prawo do głosowania. 

 

Tymczasem w cywilizowanym świecie

Francuzki, rodzące w życiu średnio 2,1 dziecka, mogą sobie - podobnie jak obywatelki 21 innych krajów Euorpy - zawierać związki partnerskie z mężczyznami i kobietami. 93% europejskich dzieci chodzi do przedszkoli. Polska z wynikiem 65% zajmuje zaszczytne, ostatnie miejsce w Europie, daleko za Rumunią i Bułgarią (74%).  Spośród 77% Polek stosujących antykoncepcję, aż 36 % decyduje się na babcine metody, takie jak kalendarzyk albo stosunek przerywany. To z pewnością zasługa świetnej edukacji seksualnej w naszych szkołach i powszechnego dostępu do tanich środków zapobiegania ciąży. Aż 14,9 na 1000 dziewcząt w wieku 15 - 19 lat rodzi tu dzieci - dla porównania w Szwecji jest to 5,8, w Niemczech 8,7. Aż 26% kobiet w naszym kraju nie wie o istnieniu jakichkolwiek organizacji, do których mogłyby się zwrócić, zaznawszy przemocy domowej. Nie mamy prawa do wyboru położnej, znieczulenia okołoporodowego i takiej samej płacy, jak mężczyźni na podobnych stanowiskach. Żadnej z tych spraw nie da się zmienić za 500 złotych. I żadnej z nich obecny rząd nie spieszy zmieniać. 

 

Żałuję, że moja córka nie urodziła się Niemką

Albo Brytyjką, Holenderką czy choćby Czeszką. Ale i w sumie też się cieszę. Że mimo wszystkich problemów, które jako polska matka mam na głowie, nie muszę jeszcze żałować, że w ogóle ją urodziłam. 

 

kwestia estetyki

fourchet

Plac zabaw, pora kanikuły. Spocone dzieci leniwie przerzucają piach. Na obrzeżach piaskownicy dwie młode mamy dopalają fajki i niemrawo plotkują. 

- Jej facet, on ma taką twarz krzywą - stwierdza z obrzydzeniem blondynka. Wolną od papierosa dłonią pociera odsłonięte przez kuse szorty udo, szukając na nim pomarańczowej skórki. 

- Nie jest aż taki straszny - nieśmiało zauważa brunetka. - Ja tam go lubię. 

- Wiem, że się nie można wyśmiewać, ale tak jest - stanowczo obstaje przy swoim cellulitowa blondi. - I do tego jest rudy! Znaczy, on mówi, że jest takim świńskim blondynem, no ale weź, przecież jest rudy. Rudy jest, dzieciaka ma rudego, to jaki on jest blondyn? - oburza się. - No po co zaprzeczać faktom?

- Ale wiesz, to nie ma reguły - zauważa optymistycznie jej koleżanka, kiepując peta w piaskownicy. - Czasem dziecko jest brzydkie ale na ładnego człowieka wyrasta. 

Blondynka patrzy na nią nieufnie, nerwowo skubiąc skórę na udach. Dziecięcy rejwach miesza się ze zgiełkiem samochodów. 

- A to ci przeszkadza? - dostrzega gmeranie czarna. - Laserem sobie możesz zrobić.

- Nie mam pieniędzy - ucina temat pierwsza. - Ale jakbym taką krzywą twarz miała, tobym se nazbierała i poprawiła. 

Jak demonstrować z dzieckiem i za bardzo się przy tym nie zmęczyć. Poradnik.

fourchet

Po modzie na bieganie, longboardy i ostre koło, stolica zwariowała na punkcie manifestacji. Od kilku miesięcy widzimy się co weekend na aborcji, demokracji czy innej tam obronie puszczy, skandując hasła, nosząc flagi i wymachując wieszakami. Pogoda sprzyja nam coraz bardziej, ustawodawca sprzyja nam coraz mniej, więc spodziewamy się rychłego zakazu zgromadzeń publicznych. Póki co, jest okazja, żeby odświeżyć stare, nawiązać nowe znajomości a nawet pobyć razem, nie tylko obok siebie. 

To dziwne uczucie, kiedy towarzyszące protestom emocje, stają się częścią codziennej rutyny. Trudno z resztą skupiać się wyłącznie na poważnych sprawach, skoro podczas demonstracji zazwyczaj towarzyszą mi dzieci. Cóż, wielka polityka wkradła się w sobotnie i niedzielne przedpołudnia, zarezerwowane dotąd dla rodziny. Ale to nic nie szkodzi - dzięki odpowiedniemu przygotowaniu demonstrowanie z dzieckiem może być całkiem przyjemne i zabawne. 

Jak osiągnąć zadowalający efekt? I po co właściwie to robić? Swoje doświadczenia i rady zebrałam w krótki poradnik dla rodziców. 

1. Zadbaj o bezpieczeństwo 

Pikiety i demonstracje odbywające się w ostatnich miesiącach na ulicach polskich miast przebiegały, z nielicznymi wyjątkami, w radosnej, rodzinnej atmosferze. Ale nie musiały. Publiczne skandowanie dowolnych poglądów wyzwala czasem skrajne emocje. Jeśli zabierasz ze sobą dziecko, pamiętaj, że może być ich mimowolnym świadkiem, a nawet - w sytuacji, gdy w użyciu są kamienie, cegły czy race, ofiarą konfrontacji z osobami o odmiennych poglądach. Potencjalnym niebezpieczeństwem może być także samo przebywanie w hałaśliwym i nieprzewidywalnym tłumie, w którym dziecko może się łatwo zgubić lub przestraszyć. Poszukaj miejsca z tyłu lub na uboczu, tak, aby w razie potrzeby szybko odłączyć się od tłumu. Wózek, rowerek czy hulajnoga nie będzie tego dnia najlepszym środkiem transportu dla Twojej pociechy - wygodniej dla Ciebie i innych uczestników protestu będzie, jeśli wybierzesz nosidło lub posadzisz sobie malca na barana. Starszemu dziecku, które może się zgubić, poruszając o własnych siłach, przyczep do ręki lub ubrania karteczkę ze swoim numerem telefonu. 

Nie, nie stanie się Wam nic strasznego. Po prostu zachowuj się odpowiedzialnie. 

 

2. Skompletuj ekwipunek

Prowiant to podstawa - powtarzały mi wprawione w bojach z komuną opozycjonistki, które spotkałam na marszach KOD -u. Dobrze odżywiony demonstrant nie straci bowiem sił do walki w słusznej sprawie. Przydadzą się drobne przekąski, takie jak paluszki, którymi można częstować nowo poznanych przyjaciół, banany i jabłka. Słodyczy - z szacunku do zębów i bilansu energetycznego - nie polecam, podobnie jak wszelkich jogurtów i soczków, po których trzeba będzie naprędce poszukiwać toalety. Naturalnym uzupełnieniem zestawu prowiantowego są mokre chusteczki i torebki na śmieci. 

Równie ważne jest odpowiednie ubranie - dopasowane do pogody i odporne na jej ewentualne kaprysy. No i wygodne buty. Spędzisz na dworze kilka godzin. Podczas mrozów jedyną okazją, by się rozgrzać, może być robienie "kto nie skacze ten jest z PIS" a w cieplejsze dni mocne słońce może przez cały czas razić Cię w oczy. Przy wyjątkowo niekorzystnej aurze, rozważ, czy nie lepiej podrzucić dzieciaka babci

 

3. Nie daj się nudzie 

Przemówienia współorganizatorów demonstracji mogą Ci się podobać lub nie. Na Twoim dziecku prawie na pewno nie zrobią żadnego wrażenia. Jeśli nie chcesz przez 2 godziny słuchać powtarzanego z narastającą częstotliwością "mamoooo, a długo jeszczeeee?", zapewnij dziecku zestaw interesujących i pouczających rozrywek na czas demonstracji. W tej roli zazwyczaj doskonale sprawdzają się wuwuzele oraz sztandary, które kupisz na ulicznych straganach lub w sklepach kibica. Jeśli powaga wydarzenia na to pozwala, Twoje dziecko lubi się przebierać a Ty nie wstydzisz za bardzo polujących na ciekawe ujęcia fotoreporterów, pozwól mu założyć śmieszny kostium. Twoja progenitura może też puścić wodze inwencji - może zechce namalować własny transparent? Jeśli spodziewasz się, że w demonstracji będą brać udział znajomi z dziećmi w podobnym wieku, umówcie się i pozwólcie cieszyć się towarzystwem rówieśników. 

Może się zdarzyć, że następnego dnia Twoja pociecha postanowi nauczyć wszystkich kolegów z przedszkola piosenki "Beata drukuj ten wyrok". Przygotuj się na reakcje opiekunek i innych rodziców. 


Zrzut_ekranu_20160426_o_10.54.305

4. Rozmawiaj i tłumacz

Masz ze sobą plecak pełen żarcia, chorągiewkę i ubrane w ciepłe majty dziecko. Pora upewnić się, że ono z grubsza rozumie, co się dookoła niego dzieje. W końcu zabierasz je ze sobą po to, żeby uczyło się, czym jest społeczeństwo obywatelskie. 

Wierzę, że nawet z kilkulatkami można na "poważne" tematy rozmawiać rzeczowo, spokojnie i prosto. I jest do doskonała okazja, żeby wyjaśniać im znaczenie wielkich słów, takich jak Prawo czy Konstytucja. Nie musisz bawić się w długie wywody historyczne, ani zagłębiać w geopolityczne niuanse, ale jeśli masz jakieś braki w elementarnej wiedzy, lepiej zawczasu doczytaj. Unikaj abstrakcyjnych i niejasnych pojęć: "naród", "wolność" czy "demokracja" mogą - wbrew pozorom mieć wiele definicji. Szukaj alegorii w codziennym życiu i tym, co dziecku bliskie i znane. Tłumacz, z czego wynika Twoja postawa, zamiast przekazywać niepodważalne dogmaty. 

Być może zobaczysz sytuację w zupełnie innym świetle, kiedy spojrzysz na nią oczami małego człowieka.  

Oczywiście, są rodzice, którzy uważają, że zainteresowanie dzieci sprawami społecznymi czy politycznymi nie jest właściwe. Możesz być jednym z nich i masz do tego prawo. Czy wiesz już skąd, w jaki sposób i w jakim wieku Twoja pociecha będzie się dowiadywać, jak funkcjonuje państwo? 

 

5. Zrozum odmowę 

Twoje dziecko może się nieźle bawić na demonstracji. Ale nie obrażaj się, kiedy usłyszysz, że nie chce Ci towarzyszyć z powodu hałasu, pogody czy tego, że zwyczajnie mu się nudzi. Demokracja to między innymi umiejętność szanowania opinii, z którymi się nie zgadzamy - nawet wtedy, gdy wyrażają je nasi najbliżsi.

Pamiętaj, bieganie z transparentami i wznoszenie bojowych okrzyków nie są jedynymi środkami, jakimi dysponuje obywatel, chcący zamanifestować swoje poglądy w jakiejś sprawie. Wykorzystaj je, skoro nie możesz pójść. Zabierz dziecko na plac zabaw a przy okazji zbierz od siedzących nad piaskownicą mam podpisy pod petycją w Ważnej Sprawie. Masz jakiś talent? Może dobrze piszesz, jesteś świetnym organizatorem lub znasz obce języki? Super! Z pewnością możesz wykorzystać swoje umiejętności jako wolontariusz w organizacji, którą zdecydujesz się wesprzeć. Nie masz na to czasu? Może w takim razie podzielisz się choćby kilkuzłotowym datkiem. To dla Ciebie zbyt duże obciążenie? Zacznij od czegoś prostego - regularnie bierz udział w wyborach. 

Twoje dziecko (prawdopodobnie) jest już Polakiem. Tylko od Ciebie zależy, czy nauczy się też być Obywatelem Polski. 

Broszka z długim ogonem. Dlaczego w sporze o aborcję, aborcja nie jest najważniejsza.

fourchet

Spece z episkopatu i spece od obrony życia poczętego majstrują dziewczynom przy broszkach. Jeśli dobrze liczę, to już 3 raz w ostatniej pięciolatce. Oburzone dziewczyny wyszły na ulice z wieszakami, a ja razem z nimi - bo mam i broszkę i dzieci a co za tym idzie - całkiem sporo przemyśleń na temat rozmnażania. 

Podczas dwóch antyaborcyjnych manifestacji, które w ostatnim czasie odbyły się pod sejmem, było sporo żartów i sporo wyrazów złości i frustracji. Kilka mocnych wystąpień i kilka przemówień, które z perspektywy trzydziestoparoletniej wieloródki wydały mi się infantylne. Było też mnóstwo polityki i pojęciowego chaosu, który pojawia się zawsze, kiedy politycy wpierdalają się w poważne sprawy. 

20160409_15.18.49

Aborcja to tylko jedna z tych poważnych spraw, być może wcale nie tak istotna. Fakt, że publiczna debata koncentruje się właśnie na niej jest dowodem, że postrzeganie spraw związanych z płcią, seksem i rodzicielstwem jest w Polsce wyrywkowe i podporządkowane doraźnym celom panów w sutannach i panów w garniturach. Sprowadzona do poziomu tabloidu dyskusja to oskarżenia o dzieciobójstwo z jednej i harde deklaracje typu "będę chciała i to się wyskrobię na Słowacji" z drugiej strony barykady. Osobiście, zbyt cenię swoją broszkę, żeby zniżać ją do takiego poziomu.

Cóż zatem może być ważniejszego niż obrona słodkich płodzików, wyszarpywanych z maminego brzuszka zimnymi, metalowymi kleszczami? Moim zdaniem lista takich spraw jest całkiem pokaźna. 

1. Edukacja seksualna

Zanim zabrałam się za pisanie tego tekstu, przez kilka dni dociekałam, czego na temat płci, prokreacji i antykoncepcji uczą się zaprzyjaźnione dzieci. Otóż nie uczą się niczego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sprawy mają się gorzej niż w latach 90, kiedy sama chodziłam do podstawówki. Pamiętam, że od 5 klasy część zajęć z biologii odbywała się w grupach damskich i męskich. Cała klasa brała udział w pogadankach na temat antykoncepcji a dziewczęta dodatkowo uczyły się od higienistki, w którą stronę się podmywać i jak często zmieniać tampony. 20 lat później rodzice są zdani sami na siebie, bo zajęcia z wychowania seksualnego w szkole właściwie nie istnieją. Zamiast nich są nieobowiązkowe i raczej nie do końca związane z tematem pogadanki o "wychowaniu do życia w rodzinie". Większość szkół organizuje je w niedogodnych dla uczniów godzinach, żeby przypadkiem nikomu nie zachciało się na nie chodzić. 

Rodzice mogą zatem rozmawiać z dziećmi sami. Niestety, kiedy dzieciom zaczynają rosnąć wąsy i włosy pod pachami, a wraz z nimi ciekawość spraw damsko - męskich, ich chęć do deliberowania ze starymi słabnie. Mogłyby sięgnąć do jakichś encyklopedii czy poradników, gdyby na rynku wydawniczym istniało coś sensownego. Niestety, nieliczne adresowane do dzieciaków publikacje są co najwyżej średnie. Bywają również piętnowane przez obrońców moralności. Czy w tej sytuacji dziwi Was fakt, że można myśleć, że do sikania i rodzenia dzieci służy jedna i ta sama dziurka?

2. Zdrowie intymne

W kraju, w którym wiedzę na temat seksu czerpie się głównie z pornoli, rolę poradni zdrowia intymnego przejęły reklamy podpasek i parafarmaceutyków bez recepty. Krew menstruacyjna jest w nich zawsze niebieska a infekcje łapiemy na basenie i rozpoznajemy po "swędzeniu tam". W interesie specjalistów od marketingu nie leży jednak przypominanie nikomu o nieestetycznej kile albo rzeżączce, o tym że w czasach HIV nawet w pupę należy wkładać w gumie ani o tym, że do ginekologa powinno się chodzić jak do dentysty - choćby na okresowe przeglądy. Może i z resztą dobrze, że nie przypominają, bo korzystanie z usług lekarzy specjalistów nie jest w tym kraju ani tanie ani łatwe. 

3. Dostęp do antykoncepcji

Wiecie po czym poznałam, że lekarz, który zakładał mi spiralę, nie praktykował w Polsce? No jasne - nie tylko nie miał żadnych obiekcji, żeby to zrobić, ale też był miły, uczynny i delikatny. Mieszkam w stolicy i korzystam głównie z prywatnej służby zdrowia a mimo to, wybierając się do ginekologa jestem gotowa wysłuchać pouczeń i połajanek - że pora by w końcu co nieco urodzić (to, ci, którzy sądzą po wyglądzie, nie patrząc w kartę), że nie dam pani recepty aż na 3 miesiące (to w czasach kiedy brałam pigułki) i że nie można się decydować na tak radykalne kroki (to po prośbie o założenie wkładki). Zamontowanie tej wkładki to równowartość 2 wypłat z programu 500+, ale w porównaniu z horrendalnie drogimi pigułkami i tak się opłaca. Nie dziwi Was jak to jest, że blister hormonalnych tabletek na tarczycę kosztuje 9 złotych a blister podobnych hormonów blokujących owulację już około 50? 

Mnie nie dziwi, że najwięcej historii o niechcianych dzieciach rozgrywa się tam, gdzie matka jest za biedna, żeby sobie takie proszki kupić albo za mało zaradna (lub niepełnoletnia), żeby wyprosić je od lekarza. 

00217

 

4. Opieka medyczna dla ciężarnych i rodzących

Jeśli spodziewaliście się kiedyś dziecka, zapewne znacie mieszankę strachu i radości, jakie towarzyszą takiemu oczekiwaniu w Polsce. Ci, rodzice, którzy mają pecha, pierwszy trymestr spędzą w kolejce do USG, a o ewentualnych wadach płodu zostaną powiadomieni już po terminie, kiedy ciąża może zostać legalnie przerwana. Dostęp do badań prenatalnych jest niemal żaden - nawet dla dobrze sytuowanych ludzi z dużych miast. Zajście w tym kraju w ciąże to cholerny heroizm - zaciskasz zęby i znosisz w pokorze godziny spędzane w długich kolejkach, lekarzy i położne, upominających się o wręczenie łapówki, rutynowe nacinanie krocza i zero znieczulenia na porodówce. Kiedy już to przejdziesz, jest z górki - zostają tyko protekcjonalne panie od laktacji i studenci, którzy podczas obchodów lustrują czy macica się obkurcza. 

5. Wsparcie dla młodych matek

Młode polskie matki jeszcze w połogu ćwiczą z Chodakowską, żeby jak najszybciej zrzucić pociążowe opony. Muszą być atrakcyjne, żeby nie zostawili ich mężowie - zazwyczaj jedyni żywiciele rodzin. Sprowadziwszy na świat nowego obywatela, Polki wypadają bowiem na kilka lat z rynku pracy, na którym niemal nie istnieją dostosowane do ich potrzeb elastyczne formy zatrudnienia. Żłobki? Wolne żarty! Na takie kaprysy - podobnie jak na opiekunkę, mogą sobie pozwolić tylko zamożne warszawianki. To może chociaż publiczne przedszkola? I ten luksus skończył się z momentem zniesienia obowiązku szkolnego sześciolatków. Miesiąc w przedszkolu niepublicznym to w stolicy 1500 zeta (3 wypłaty z programu 500+). 

No dobra, ale przyjmijmy, że młodej mamie odpowiada spędzeniu kilku lat z dzieckiem w domu. Czy może liczyć na jakieś państwowe wsparcie? Cóż, dostanie becikowe i 1100 zeta ulgi rodzinnej w Picie. Poza dużymi miastami nie dostanie publicznego placu zabaw, parku, klubu malucha ani domu kultury. Jeśli od tego siedzenia w domu i karmienia bajtla zupą wpadnie w depresję, nie dostanie się również do psychologa. 

6. Sposób, w jaki mówimy o seksie

Dyskusja o sprawach związanych z płcią, seksem i rozmnażaniem nie przestanie być kaleka, póki kaleki nie przestanie być język, jakim o nich mówimy. Przestańmy się w końcu wstydzić i chować nasze cipki za wulgaryzmami albo biblijną podniosłością. To nie państwo i nie kościół ma decydować, kiedy i z kim się kochamy. Nikt poza rodzicami nie powinien podejmować decyzji o tym, czy mieć dziecko lub przerwać ciążę. Póki nie będziemy świadomie - w zgodzie z samymi sobą, uprawiać seksu, tylko ukradkiem, pod kołderką dawać sobie "dowody miłości", "robić to" albo "się ruchać", póki będziemy się wstydzić, brzydzić i demonizować - będziemy podatni na manipulacje. 

A słowackie i niemieckie kliniki bez oporów przyjmą wszystkie chętne klientki z Polski. 

 

rzeczy, których można się dowiedzieć, jeżdżąc taksówką na kacu

fourchet

Taksówka wte. 

- Jak się Panu żyje na taksówce? 

- Dobrze... że sam jestem. Miałbym żonę i dzieci, zdechlibyśmy z głodu.  

Milczymy. Leje. Dzieci poszturchują się, walcząc o miejsce na środku tylnej kanapy. Szary opel przed nami wbija na busspas, choć ma dla siebie trzy inne, zupełnie puste. 

- Mam już dosyć. I jeszcze ta pogoda. Dlatego niedługo stąd wyjadę!

- Też o tym gadamy ostatnio. Marzy nam się działeczka na Kanarach... 

- Kanary? O nie, proszę pani. Ja nie chcę żadnego Mariotta na plaży. Ja ludzi mam już dość. Lecę na Wyspy Zielonego Przylądka. 360 słonecznych dni w roku! I nikogo dookoła!

 ***

Taksówka wewte. 

- Wy też z tego marszu? 

- Nie, my maszerowaliśmy wczoraj. 

- A to dobrze. Byli tu tacy z flagami przed chwilą to nie wziąłem. Zachciało im się pluć jadem, niech sobie teraz marzną! A wczoraj jak?

- Jak na pikniku. Wesoło, z dziećmi byliśmy. Ludzie uśmiechnięci zadowoleni. 

- No i właśnie. Nie to że idzie taka jak o ta - babcia z flagą i na ludzi szczuje. 

- Babcie też wczoraj były. Wie pan, ile to ja się dobrych rad nasłuchałam. Podobno w konspiracji z dzieckiem to zawsze trzeba mieć przy sobie cukierki, żeby się w razie potrzeby czymś zajęło... 

- Krówki, najlepiej krówki! - wtrąca nieśmiało syn. 

- No zobaczymy co to będzie. Ale co by nie było - skazują mnie - powiedzmy - na 25 lat. A ja wtedy mówię to, co oni mówili - że wyrok to nie wyrok, tylko taka opinia. I co? 

#szaleniedelikatnajestemnakacu

#jajużniechodzejajeżdżętaksówką

Teraz chcę być swoim psem

fourchet

Chuja tu pasujesz, Smoła - mówię mojemu chłopakowi. Nawet cię pińcet złoty na dziecko nie cieszy, nie masz entuzjazmu, grosza nie szanujesz, pińcet to ty na łyski potrafisz wydać. Co ty tu właściwie robisz, jak ty się nawet na Polaka nie nadajesz, nie za ciebie Panjezus cierpiał na krzyżu, nie za ciebie spadał Tupolew, nie nazywasz się Milijon, tylko nazywasz się Smoła i podejrzanie dużo razy byłeś w Moskwie. Pora to sobie wprost powiedzieć, nic tu po tobie i po tych twoich dzieciach, co to za dzieci ty masz jakieś nieślubne takie, każde z innym nazwiskiem, nieochrzczone toto, co to właściwie są za dzieci? I jaki ty im dajesz przykład? Jaki z Ciebie jest Polak pytam, skoro umiesz po miemiecku, wódki nie pijesz, wesela nie miałeś, komunii świętej nie przyjmujesz i nie chcę tu wywlekać nieczystości, ale kiedy, kiedy ostatnio byłeś na grillu? To jest przesada, to już jest grube przegięcie, jak się tak wgapiasz w te sieneny, zamiast nastawić szklaną pogodę o dwudziestej, posłuchać jak Pan Prezydent Andrzej Duda (o władzy zawsze z szacunkiem) wygłasza laudację na cześć Prezesa. Ucz się, człowieku, bo świat się szybko zmienia, prawie tak szybko, jak język którym nam o nim opowiadają. 

Wiesz, boję się, boję się tego dowcipu o ABW, które przychodzi rano w tej sprawie, że nie wierzysz. I zakonnicy się bałam, tej z wąsem, co się patrzyła, kiedy przyszłam do kościoła posłuchać jak córka śpiewa w chórze piosenki o przegranych wojnach. Syn, nienawykły do obcowania z architekturą sakralną, bał się masywnych żyrandoli, że mu spadną na głowę. I sadystycznie obrazowej drogi krzyżowej. A ja stałam obok, trzymałam go za rękę i płakałam bardzo. Myślałeś pewnie, że to kakofonia dziecięcych głosików tak mi zmoczyła oczy. Głuptasie, nic z tych rzeczy, ja się zmartwiłam po prostu, że jeśli znowu będzie wojna, przyjdą wąsate zakonnice i zabiorą mi dzieci, żeby z nich zrobić Małych Powstańców. Boję się ustawy o lasach państwowych, tej, w której cudzoziemcy przychodzą rozkradać polską ziemię. Kiepsko u nas z tą polskością, już ci mówiłam, więc jak już przyjdzie ABW, na pewno da nam karę za te hektary, co w spadku dostałam, za te babcine morgi mazowieckie, zarośnięte sosenkami. Kiedy już będzie po wszystkim, kiedy już się zacznie ta wojna, w tych lasach schowają się partyzanci. Jesienny deszcz będzie bębnił o hełm na głowie mojego syna i grał smutne pieśni o przegranych wojnach. 

Z niepokojem patrzę na własne ciało. Czy mogłabym w tych rękach dźwigać karabin? Czy to wypada, z tymi wszystkimi tatuażami? Och, jestem przekonana, że w razie zagrożenia, umiałabym zabijać. Ale czy umiałabym zabijać na rozkaz? Z resztą wojna to nie babska sprawa. Mogłabym za to rodzić synów na mięso armatnie, chwaliłaby mnie Terlikowska, babcie na ulicach głaskałyby po brzuchu, takich synów na przemiał można chyba odchować nieco taniej, wiesz, bez zagranicznych wczasów, własnych pokoi i klocków lego, tylko kartofle ze zsiadłym mlekiem i Baczyński do poduszki. Pińcet złoty starczy na takiego z naddatkiem. 

Śniło mi się, że uciekając przed ABW, skryliśmy się na ostatnim piętrze szklanego wieżowca. Wiatr gibał na wszystkie strony skleconą byle jak, chybotliwą konstrukcją, a szpary między szybami zatkane były czerwonym kitem. Kiedy już po nas przyszli, wystarczyło im mocniej popchnąć, żeby się dostać do środka. Funkcjonariusze mięli wszyscy oczy niebieskie. Oczy niebieskie, życie królewskie. Oczy czarne to wpierdol. 

Ulegam zmiennym emocjom, jak jebane rynki finansowe. Dolar stoi po cztery zyle, nie obkupisz się po taniości na ibeju. Pamiętasz, jak w lutym, jeszcze wtedy, kiedy Bronek miał stuprocentowe poparcie, zamarzyła nam się przeprowadzka na Teneryfę? Doszliśmy wtedy do wniosku, że cała ta Hiszpania to jednak w porównaniu do prosperującej Polski taki jakby trochę nołfjuczer. Zabawne, jak wiele może się zmienić w niewiele ponad pół roku. 

PS: Wałęsa, oddaj moje 100 milionów

Wszystko, co mam do powiedzenia na temat bieżącej sytuacji politycznej

fourchet

Widziałam kiedyś na satelicie koncert Ice-T. Ice-T jest starszy od mojej matki, ma radiowy głos i pewien bagaż doświadczeń, o którym chętnie opowiadał w przerwach między kawałkami. 

- Wkurwia mnie to, że ludzie się nawzajem tak nienawidzą - rzucił z gniewem w kierunku publiczności. - Czekam, aż napadnie na nas Godzilla. Wtedy w końcu zjednoczymy się w walce przeciwko wspólnemu wrogowi*. 

Myślicie, że gdyby Godzilla żyła w Polsce, mogłaby mieć na imię Jarek?

 

* To bardzo dowolne tłumaczenie tego, co bardzo dowolnie zapamiętałam. Ale o coś takiego tam chodziło. 

Całe życie wydawałam fortunę na książki

fourchet

Odświeżone po latach „Sklepy Cynamonowe” nie zrobiły na mnie wrażenia. Gdy przedarłam się przez gąszcz pretensjonalnych epitetów, zrozumiałam, że oniryzm w twórczości Schulza polega na budowaniu zdań tak długich, że między wielką literą a kropką znajdzie się czas na drzemkę. 

Porwała mnie za to pozycja „Skuteczne odżywianie w treningu i sporcie”. Sięgnęłam po nią, żeby sprawdzić, czy czuję się, jakbym miała umrzeć, bo za mało jem, czy też za dużo ćwiczę. Nim doczytałam, dotarło do mnie, że czuję się, jakbym miała umrzeć, bo kiedyś umrę. 

Za co by się nie zabrać, okazuje się prostsze niż sobie wyobrażałam. 

suchy szampon

fourchet

Do głowy by mi nie przyszło, że tak bardzo polubię suchy szampon. Jakieś dwie i pół dekady temu, kiedy mydło było tylko w kostkach, moja smutna matka wyjaśniła mi, że taki kosmetyk wynaleźli komuniści dla osób, które z powodu niechlujności unikają wody. Przynajmniej coś w tym stylu zapamiętałam. Wierzyłam mojej smutnej matce, nie tylko dlatego, że komunizm schyłkowej fazy, jedyny jakiego dane mi było liznąć, był jak krzywe zwierciadełko, w którym odbijał się świat brzydki i pozbawiony logiki. Wierzyłam jej bo wiedziałam, że moja heroiczna matka dzień po dniu spływa strugami łez i potu, by zapewnić nam możliwość korzystania z elementarnych udogodnień sanitarnych.  

Mieszkaliśmy wtedy we czworo - a może jeszcze troje - pokoiku stuletniego domu ogrzewanego węglową kuchnią. Za wannę służyła nam aluminiowa balia, za dnia skrywana na stryszku. Kąpiel była długim i stresującym rytuałem, który zaczynał się od taszczenia z komórki wiader z węglem. Należało je przynieść koniecznie przed zapadnięciem zmroku, nim w ciemnym składziku na dobre rozpanoszyły się bezczelne szczury. Węgiel trzeszczał wesoło pod kuchnią, a kiedy jej blat rozgrzewał się do czerwoności, ustawialiśmy na nim pełne wody, żeliwne gary. Woda się grzała, bania stała na środku kuchni, my szykowaliśmy się do pospiesznych ablucji. Ciecz nagrzana z takim trudem stygła bowiem jak na złość bardzo szybko. Przestrzegając zawsze tej samej kolejności, zanurzaliśmy się w niej po kolei - dzieci, matka, na końcu odporny na chłód ojciec. Trudno się chyba dziwić, że matka, tak jak my wszyscy, myła włosy raz w tygodniu, na co dzień zadowalając się jedynie pospiesznym modelowaniem za pomocą metalowej lokówki. Czasem udawało mi się ją uprosić, żeby i moje włosy przysmażyła w fantazyjne anglezy. 

Kiedy koleżanki mojej ówczesnej matki odwiedzały nas latem, zerkałam z zaciekawieniem na rudawe i czarne kępki, wystające spod ich pach. Pamiętam, jak wymieniały się ploteczkami o jednej takiej, która dostała z Reichu żel pod prysznic i w błogiej nieświadomości stosowała go jako żel na włosy. Rezultaty, niestety, nie były zadowalające. Mogę się tylko domyślać, jak te plotkujące trzydziestki zareagowałyby na wyznanie, że bez brazylijskiej depilacji czuję się niedomyta. 

Dwie i pół dekady później nikt już nie wpada bez zapowiedzi na pogaduszki. I tak przecież nigdy nie ma nas w domu a o kosmetykach jest wszystko na wizaż peel. Moja matka od dawna goli pachy i znacznie częściej się uśmiecha. Zamiast garów z wodą, dźwigam - pamiętając o nienagannej technice - kolorowe kettle. Po treningu spryskuję głowę suchym szamponem, żeby od razu lecieć w miasto. Tematy dnia to złota jesień i otwarty po pożarze Most Łazienkowski. Świat był kiedyś chyba trochę prostszy, choć może bardziej siermiężny. 

 

 

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci