Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

życie aparatczyka

fourchet

Wiecie, z tymi zębami to ja zawsze miałam przejebane. Z tymi, co mam w paszczy. I choć jestem pank i w ramach walki z systemu przejawami, lubię laski z krzywymi zębami, trudno było mi pokochać nawracające zapalenia okostnej, pełne dezaprobaty spojrzenia zębologów i hektolitry krwi na niciach dentystycznych, które nie mieściły się w te malutkie szparki pomiędzy. W dodatku pociąg do niezdrowych używek, który na pewnym etapie życia trudno mi było opanować, odcisnął pewne piętno na topografii mojej jamy gębowej a paniczny strach przed tym, że podczas borowania język wkręci mi się w wiertło nie ułatwiał opanowania sprawy. Ale w końcu, kurwa, zrobiłam se takie postanowienie noworoczne na nowy rok i już za trzecim razem się udało. Postanowiłam odpicować zęby. 

Wybrałam przytulną klinikę w niedalekim sąsiedztwie (do poprzedniej nie mogłam już pójść, choć puszczali mi relaksacyjną muzykę i palili aromatyzowane świeczki w poczekalni, bo podczas ostatniego kanałowego nie wykazali wystarczającego zrozumienia dla mojej fobii i krzyczałam, jezu, jak krzyczałam, musiałam dużo krzyczeć, zanim dotarło, że przy mnie nie można se tak machać tym wiertełkiem, gdzie popadnie, tylko liczymy do trzech - raaaz-dwaaa-trzyy i przerwa na zaczerpnięcie oddechu i że to kurwa, wcale nie jest śmieszne, wsadźsepan te utensylia w swój chłodny profesjonalizm), umówiłam się na konsultację i zażądałam od skonsternowanej nowe pani doktor ustalenia planu, którego będziemy się trzymać i najlepiej, żeby to, co zaplanujemy od razu poumawiać, bo jak nie to na pewno zacznę kombinować i nie przyjdę, przekładając realizację tego planu na rok kolejny. I że oni nie mogą odbierać moich telefonów, jak dzwonię, żeby odwołać wizytę. I żeby te wizyty od razu planować na dłużej, bo wiertełkiem nie machamy, ustalmy to na początku, liczymy raaaz-dwaaa-trzyy, potem krzyczę, chyba że można tu pod narkozą. Jak trzeba to przecież dopłacę. 

No i ona na mnie patrzy, trochę jak na małe dziecko, trochę jak na wariata, ma taki zielony kitelek i twarz pełną współczucia, już ją szanuję, myślę o tym, że zanim zrobiła tę specjalizację ze stomatologii, musiała zmagać się z wieloma przeciwnościami losu, tłumaczyć narzeczonemu, że trzeba poczekać ze współżyciem, że rodzice z jakiegoś Radomia przywozili jej kapustę i ćwiartkę świni, że zakuwała po nocach z bladej kserówki przekrój poprzeczny czaszki, że zaliczyła na piątkę nerw trójdzielny, bo myślała, że to ma sens, że chce pomagać ludziom i o tym, jak w wolnym czasie rozwiązuje krzyżówki, najchętniej jolki. Generalne odpływam w jakimś swoim filmie, zszokowana, że właśnie się przed kimś paszczowo otworzyłam a ona spokojnym głosem prezentuje mi, że tu i tu wyrwiemy, tu jebniemy nową plombę i że naturalnie, jeśli trzeba, będziemy liczyły i robiły przerwy. Potem wysyła mnie jeszcze do swoich kolegów z drużyny: chirurga, ortodonty, pani od prześwietleń i implantologa. Specjalnie przeszkolona pomoc dentystyczna podczas wizyt podtrzymuje mi język i wiertło się go nie ima. Puszczonej w ruch maszyny nie można zatrzymać - pięć miesięcy później, już bez dziur po ósemkach, kończę ze szczęką zadrutowaną dwoma łukami aparatów. Najbliższy rok spędzimy razem. 

Pierwsze dni z aparatem na zębach przypominają trochę pierwsze dni po porodzie. Cieszę się, że mam to już za sobą i nie wyobrażam sobie, że mogłabym cokolwiek włożyć w ten otwór. Mam mnóstwo pytań i wątpliwości - jak mam nitkować i jak w tej zbroi robić laskę. Na większość z nich Gógl potrafi odpowiedzieć jedynie po angielsku, podobnie jak wtedy gdy pytałam o intymną depilację w ostatnim trymestrze ciąży. Z forum Kafeterii dowiaduję się, że moje rodaczki - aparatki w wieku gimnazjalnym uważają mycie zębów w szkole za okrutny obciach. W pracy ciągle rozmawiam z obcymi ludźmi przez Skajpa. Mam nadzieję, że dzięki mojemu zabawnemu seplenieniu szybciej przełamiemy bariery. 

Po miesiącu krojenie kanapek na kwadraciki o centymetrowych bokach wchodzi mi w krew. Nie wyobrażam sobie dnia bez blendera. Kupiłam na Allegro dwa zestawy uroczych szczoteczek podróżnych i wosku w pudełeczkach z brokacikiem. Jeden noszę w plecaku, jeden w torebce, doceniając podróżne akcesoria, które w sezonie urlopowym sprzedaje Rossmann. Rośnie ilość knajp, w których nie mogę sobie znaleźć nic do jedzenia - odpada nie tylko mięso, ale i orzeszki, burgery i inne chrupiące skórki. Bywam zdezorientowana, znajdując zęby codziennie w różnych miejscach. Język pamięta i wciąż gdzieś błądzi. 

Mimo kompromitującego żelastwa, pierwszy raz w życiu świadomie uśmiecham się "z zębami". Metalowe zamki kryją wszelkie niedoskonałości mojego zgryzu na tyle skutecznie, że już się ich nie wstydzę. Wstydziłam się? Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to był dla mnie spory dyskomfort. W aparacie czuję się młodsza, wyluzowana, seksowna, przynajmniej do momentu, gdy rukola owija mi się wokół drutów. Marzę o różowych gumkach. Na ostatniej wizycie były tylko miętowe. W czwartek dokręcili mi druty. Bolało, gdy dziś rano ugryzłam melona. 

zanim umrę, zostanę starą babą

fourchet

Poranek powyborczy witam lekkim kacem, pamiąteczką po wysączonej na smutno flaszeczce Chianti, która jako jedyna towarzyszyła mi w chwili ogłoszenia wyników wyborów. Poniedziałek, muszę być dzielna, muszę przed 8 odstawić umyte i uczesane dzieci do przedszkola i do szkoły. Przeliczam w dłoni drobne na drożdżówkę. Stara baba w brązowym prochowcu i berecie, drepcząca z naprzeciwka lustruje nieprzychylnie moje tatuaże i zielone włosy. 

- Szczęść Boże! - rzuca głośno i z dezaprobatą. 

Czy obudziłam się już w nowej Polsce?

***

Przystanęły na rogu ulicy, zmęczone ciągnięciem kraciastych toreb na kółkach, w których zgromadziły, najlepsze cymesy z bazarku na Wiatraku. W jednakowych szarych kurtkach i spódnicach za kolano wyglądają jak emisariuszki jakiegoś tajnego zgromadzenia, zakonu trzech podbródków a może świątyni wiecznego focha. Muszą mieć jakieś poczucie misji, bo rozmawiają ze sobą głośno, żeby każdy mógł usłyszeć. 

- I patrz, znowu nowych domów nastawiali - stwierdza pierwsza, wskazując nowe dzieło lokalnego dewelopera w ten sam sposób, w jaki moje dzieci pokazałyby sobie odkryte przypadkiem w parku zwłoki szczura lub gołębia. 

- Za komuny takie się budowało - wydaje ekspertyzę druga. 

- I tera będą brać kredyty i kupować! - prognozuje pierwsza. 

- Kurwy! - wyrokuje druga. 

I ruszają wolno w dalszą drogę. 

 

***

Przemykam przez Wiatrak, szukając najlepszych truskawek dla mojej córki. To ten jedyny dzień w roku, na który zaczynam czekać już w marcu. Mimo chłodnego wiatru, przyszłam tu specjalnie z gołymi nogami, żeby poczuć na skórze nadchodzące lato. Teraz wybiorę najbardziej soczyste i najbardziej czerwone, zabiorę do domu dwukilogramową łubiankę i zanim zaczniemy jeść, będę się przez całą drogę upajała widokiem mojego aromatycznego zakupu. 

- To jest oszustwo! Wypierdalaj, ruska szmato! - krzyczy sprzedawczyni ryb do zadbanej, siwiejącej czterdziestoparolatki. 

- Nie jestem Ruska. Jestem Ukrainka. - stwierdza tamta spokojnie, demonstrując gęstniejącemu wokół nich tłumkowi swój śpiewny, wschodni akcent - A pani mi za mało reszty wydała. 

- To jeszcze gorzej - dołącza się do dyskusji stojąca obok mnie emerytka w eleganckim, beżowym płaszczyku i kaszmirowym berecie - Nie jesteście u siebie, nie będziecie nam mówić, co mamy robić! 

- I tak was teraz wszystkich stąd PIS wyjebie - wtóruje jej leciwa sprzedawczyni pomidorów. 

Każda z nich skurczyła się już ze starości do wzrostu mojego syna, więc patrzę na nie z góry, karcąco i mówię do nich łagodnym, matczynym głosem: 

- A Panie to chyba zapomniały, co to jest nasza polska gościnność... 

Ta w kaszmirach i jesionce zadziera głowę łobuzersko. 

- Ty tu się nie wpierdalaj - odpowiada po prostu. 

Pod nosem ma babski wąsik, utkany z rzadkich, ale bardzo długich, ciemnych jak po farbowaniu henną włosów. To dziecinne, ale boję się, że zaraz osypią się z wykrzywionej gniewem twarzy prosto w moje truskawki. 

nasze prace

fourchet

W życiu należy robić to, co się lubi. Przynajmniej tak piszą na puszkach od Coli. Dlatego znowu nie pracuję, a w chwilach wolnych od frilansu próbuję wszystkiego, czego od zawsze chciałam spróbować. Na przykład korzystać z pożyczonych od córki kredek i synowskiej książeczki Jak rysować zwierzęta. 

Prawdopodobnie Wasze dzieci potrafiłyby zrobić z nich lepszy pożytek. Ale ja nie czułam dawno takiej dumy z efektów swojej pracy, więc postanowiłam się nimi pochwalić. 
koteezyrafka1

strzeż się tych miejsc

fourchet

Miasteczko Wilanów. Lemingrad. Nowa Sarmacja. Równe szeregi trzypiętrowych bloków, pozłacane szprosy, karna siatka prostopadłych ulic. Monotonia, monoteizm, monokultura. Nie ma w Warszawie miejsca, w którym czułabym się gorzej.

Tygodniki opinii donoszą, że już cała Warszawka ma z Wilanowem zatarg z zawiści, że tym stamtąd dali większą krechę i trochę też o te złote szprosy, ale w końcu wszyscy tu mamy jakieś krechy do spłacania, więc mimo animozji w porannym 522, kierunek Branickiego, ciśnie się tłum zaspanych pielgrzymów. Żeby przetrwać, trzeba żreć, leminarnia zasysa więc co rano speszone niańki, bawieniem cudzych bachorów zarabiające na zaoczne studia, kierunek markieting, zmęczone życiem Ruskie - to dzięki ich brudnym rękom i zdartym kolanom wszystkie panele podłogowe lśnią tu tak jasno, zblazowane korpludy, których fabryka matka poczuła na dupie cuchnący oddech kryzysu i w ramach cięć budżetowych zmigrowała na peryferie cywilizacji i uśmiechnięte profesjonalnie ekspedientki, masażystki, kosmetyczki o specjalizacji woskowanie bobra, wyciskanie pryszcza z czoła wilanowskich żon, w wyłożonych białym kaflem Studiach Paznokcia, Gabinetach Włosa, Ambasadach Urody. Żreć trzeba nawet wtedy, gdy życie na krechę przechodzi płynnie w życie pod kreską. Przynajmniej by się chciało, jak ta pani z botoksem, która co rano kuśtyka na szpilach przez Żabkę na rogu, z szyneczką w plastrach w koszyczku i wystudiowanym uśmiechem na wybielanych zębach. -Proszę mi to jeszcze zapisać na zeszyt - pani nakazuje pucułowatej sprzedawczyni w zielonym polarze - jutro na pewno będę coś miała na karcie. Ekspedientka kiwa ze zrozumieniem przetłuszczoną fryzurą i udostępnia zębatej działkę odtłuszczonych kilokalorii. Z nich dwóch to ona wie lepiej, że vanitas vanitatum. 
 
Na placu budowy wokół świątyni, zwanej reaktorem lub wyciskarką do soku, kręcą się pojedynczy, ospali robotnicy. Taksówkarz, który mnie tędy wiózł ostatnio, ostrzegał, że obiekt pewnego dnia może wznieść się do góry i zniknąć w kosmosie. Błoto, które oblepia gumofilce gości w zielonych uniformach, zwiastuje niechybne nadejście wiosny. W Starbuniu (logo ma prawie tak zielone, jak te uniformy) naprzeciwko można rozsiąść się na zewnątrz i sącząc przez słomkę waniliowe ajskofi, kontemplować mrówczy wysiłek roboli. To jedyne miejsce w Warszawie, w którym pod koniec marca nie ćwierkają ptaki. Bo nie ma, kurwa, ani jednego drzewa, na którym dałoby się uwić gniazdo. 
 
Drzewa nie ma. Ławki nie ma. Bo by bydło siadało. Parku nie ma. Placu zabaw. Biblioteki. Przedszkola. Kina. Warzywniaka nie ma. Prawie jak w snach Kononowicza, czasem tylko knajpka mignie, najlepiej w stylu takim fjużyn-śródziemnomorskim, dużo na biało, w menu rukola i proskjuto. Ogłoszenie dewelopera, luksusowy apartament - 40 metrów z widokiem na Medicover. Dalej nic.  Przejścia też nie ma, trzeba naokoło iść, bo tęty to tylko dla lokatorów, to jest droga prywatna - informuje profesjonalnie ochroniarz w wieku emerytalnym. O 9 rano będzie już robił trzeci obchód wokół bloku. Należy zachować czujność i obchodzić regularnie, inaczej barbarzyńcy wdarliby się na dwudziestometrowy wewnętrzny dziedziniec, zaglądali bogu ducha winnym lokatorom w zakupione na kredyt okna, wydrapali na murku swoje inicjały, wywąchali cały zapach kwiatom z tego tu klombu, kto wie, co jeszcze. To są sytuacje niedopuszczalne, którym należy zapobiegać, działać prewencyjnie, uprzedzając ruchy przeciwnika, dlatego jak raz pana na stróżówce częstowałyśmy z koleżanką ciastem, odparł, że nie wolno mu przyjmować korzyści majątkowych. 
 
Nie ma gdzie iść na Wilanowie, więc tutejsze żony, wierne bluszcze oplatające strudzonych kredytobiorców, pchają swoje wózeczki donikąd, naokoło bloku, niech się dziecko napatrzy, u siebie jest w końcu, patrz syneczku, tu jest nasz balkon, a te drzwi to od naszej klatki, okupione krwawicą Twojego ojca, co mu oczy popękały od jarzeniówek w biurze, obejrzyj go na zdjęciu w moim ajfonie, jak wyglądał na Korfu, w Szarmie na wakacjach, no tutaj na ajfoniku sobie popatrz, bo dzisiaj tatuś znów będzie późno, rucha nadgodziny, a może nawet i biurową koleżankę, ale to nie szkodzi, bo co kredyt złączył, tego śmierć już nie rozdzieli, to dla ciebie dziecino, te panele, te plafony, te szafy wnękowe, ta wanna z hydromasażem. Idzie, szczebiocze, w jedym ręku ajfon, w drugiej lody na patyku, wózek pcha brzuchem, środkiem ścieżki rowerowej i tylko refleks i hydrauliczne hamulce ratują mnie przed wjechaniem jej w chudą dupę. 
 
Na usta ciśnie mi się przekleństwo, ale niepotrzebnie. To miejsce już dawno zostało przeklęte przez znacznie potężniejszą siłę. 
 
PS: Sorry, wilanowiacy, nie chciałam zranić Waszych uczuć. Ja tam się nie obrażam, jak mi mówią, że cała Praga cuchnie szczyną. 
 

nakurwie

fourchet
Piździernik. Potwornik. Przynajmniej już nie jest ciemno o tej porze. Zbiorkom wyrzyguje mnie na Grochowie. Buty mi nie pasują do płaszcza, płaszcz mi nie pasuję do spodni, stukam tym butem, co nie pasuje w krzywy chodnik i przez chwilę żałuję, że nie ma Boga, zawiesili pobór do piekła i można sobie tylko zostać dorosłym. Dorosłość to taki stan, że nawet jak chcesz się zniszczyć, możesz sobie co najwyżej westchnąć głęboko, zrobić blachę drożdżowego i opierdolić ze smutku na ciepło. 
 
Wszystkie kobiety w Polsce noszą o tej porze roku czarne puchówki, to jest jak dogmat. Czarna, ściągnięta w talii paskiem puchówka, muszkieterki na streczowych dżinsach, torebka na ramię, wypchana preparowanymi marzeniami z Party za 0,99 peelen, czasem cienki papieros albo reklamówka z Biedry - smutne minimum miejskiego szyku zmienia dziewczyny w dryfujące między wysokimi blokami wrony. 
 
Ujebane błotem buty nie robią na mnie żadnego wrażenia, więc cisnę skrótem. Błoto mlaska pod stopami. Między brzydkimi, żółtymi wieżowcami zapada zmierzch o konsystencji brudnej, szarej waty. Jeśli tli się tu jeszcze jakieś życie, to tylko w apatycznym ogonku po awizo na poczcie, tylko pod jaskrawym szyldem Żabki, w której znowu padł terminal. Wierzę, że łączność siada, bo oto zstąpiłam do Morii, zapuściłam się na pustkowia, zabrnęłam na manowce. Na moje obawy odpowiada tylko echo obcasów, niosące się między blokami. Tyle że epickie przeprawy przez nicość są raczej dla bohaterów z jajami, tych, którzy się do niej zapuszczają, żeby dokonać rzeczy ważnych i przejść wewnętrzną przemianę. Ja się tylko miętoszę w stołecznych pięćsetkach, otumaniona zapachem obcej pachy, tylko się jeszcze łudzę, że stoję tam wśród ludzi, żeby się czegoś więcej o nich dowiedzieć, a wszystko, co mi wolno to brzydko się zestarzeć i z dnia na dzień coraz bardziej upodabniać do dawno niewidzianej kuzynki Aldony. A tej to, kurwa, nienawidzę.

singing in the rain

fourchet

- Co to za pani? - pyta córka, zezując mi zza ramienia na Spotify. 

- To Masza Scream, kochanie. Ona śpiewa w tej piosence. 

- I ma piękną suknię. I koronę!

- Wiesz, widziałam ją, jak występowała na koncercie. Stała na scenie i krzyczała: dawajcie, bracia!

- A czemu nie tańczyła z parasolem, jak ja? - pyta córka, tańcząc z parasolem. 

opiekuńcze odruchy

fourchet
Ciemno i mróz. Szesnasta, dzień o cztery godziny krótszy od najkrótszego dnia w roku. Szesnasta czterdzieści osiem, tak samo ciemno i zimno jak o piątej dwadzieścia cztery, kiedy wychodziłam pobiegać i jak o szóstej trzydzieści jeden, kiedy z biegania wracałam. Ale mi to nie przeszkadza, jestem w metrze, znaczy w autobusie, paczam w Kindel a tam kolejna sieka ze świata "Metra 2033". Więc ciemność jest uzasadniona, bo jak niby inaczej miałoby być pod powierzchnią miasta, lata po zagładzie atomowej?

Ciemno i zimno. Idę w czapce i myślę o pierdołach. Idę skrótem, przez podwórka, gdzie ciemność jest jeszcze ciemniejsza, o odcieniu jak w dupie. W sam raz do ataku mutantów, ale mutantów nie ma, tylko dzieciak jakiś, parę lat jeszcze minie, zanim zda do starszaków, pałęta się między zaparkowanymi byle jak autami. Rozglądam się za dorosłymi, nikogo nie ma, zdejmuję z grzdyla miarę - wprawne oko podpowiada, że mniejszy od mojej córesi. Ciepło toto ubrane w czapeczkę i puchówkę, nie jak ten dwulatek, co wczoraj w wiadomościach spierdolił do lasu w piżamce. Znaczy że starzy muszą być gdzieś niedaleko i pewnie już go szukają. W ułamku sekundy podejmuję decyzję - zatrzymać, zbombardować miłością, zlokalizować opiekunów i zjeżdżać do domu bo piździ. 

Postanawiam i realizuję. Przyspieszam kroku, zachodzę brzdąca od tyłu i przyjaźnie otaczając ramieniem. 
- Gdzie Twoja mamusia? - ćwierkam radośnie, kiedy udaje mi się w końcu nawiązać kontakt wzrokowy. 

Pod zwałami puchówki nie ma buźki w podkówkę ani zasmarkanego noska. Wściekła karlca posyła mi spojrzenie, w którym ukryty jest jeden, za to bardzo wyraźny rozkaz.

Wypełniam go z pokorą i zrozumieniem.

Kawałki dzieci

fourchet

Kto mi tak dzieci pokroił, te moje? Kto mi je rozbił na kawałeczki? Kto mi je tak rozczłonkował, że teraz każdy członek, od reszty oderwany woła matki spazmatycznie, błagając o co innego? Skupiam się, żeby zobaczyć własny pomiot, a na nich ktoś namalował przerywaną linią umowne granice podziału, jak na krowach z tych stylizowanych plansz od rzeźnika, które wieszają nad mięsnym w Almie. Zaczynamy od sprawdzenia nosa, czy zapchany? I gardło, bo może czerwone. Ręce, które trzeba spakować w rękawiczki. Talia, za wąska do nowych spodni. Palce, prowadzące koślawo długopis po zeszycie. Język, plaskający o podniebienie, kiedy tworzymy przez inwersję zdania w Simple Present. Oczy, których kolor wpisujemy do paszportu. O 19:30 interesują nas zęby, szczególnie czwórka lewa dolna, pod którą chyba wyrzyna się coś stałego. Potem żołądek, więc jedziemy na kolację. Obcinamy paznokcie. Włosy do umycia. Pamiętaj, żeby kupić dłuższą kurtkę, która zakryje nereczki. Skóra twarzy - smarujemy kremem. Aż po wieczór, kiedy zaspana córka wślizguje się do mojego łóżka, mrucząc 
- Potrzymasz mnie za stopeczki?
Czasem się boję, że to, co mam w głowie od prawdziwych dzieci różni się tak bardzo, jak sterta poszatkowanych części w mięsnym od spacerującej po łące krowy. 

głupi ludzie wierzą w głupie bzdury, mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury

fourchet

Największa bzdura, jaką próbują Ci wmawiać jest taka, że wszystko ma niby jakiś sens, który tylko czeka, aż go odkryjesz. 

Druga bzdura, w którą natychmiast przestań wierzyć jest taka, że musisz być kimś i coś osiągnąć. Nic nie musisz. 

Trzecią, najbardziej toksyczną z bzdur jest to niuejdżowo - koeliowskie przeświadczenie, że jeśli tylko odpowiednio mocno chcesz, wszystko staje się możliwe.  

A gówno. 

Rzeczy się czasem nie udają, nie ważne, jak się starasz. Życie nie ma ukrytego sensu, chyba jakiś tam sobie nadasz. Albo jest trening do zrobienia. Obowiązek bycia kimś to bajka, którą starzy ludzie opowiadają dzieciom, żeby szybciej odrobiły lekcje. Serio, sama tak straszę, choć przecież wiem, że statystycznie najszczęśliwsi są w życiu przeciętniacy, którzy nigdy nie chcieli osiągnąć nic szczególnego. 

Nie, nie naczytałam się Sartre'a. Tak zawsze było i było OK, dopóki ludziom się we łbach nie poprzewracało od wszystkich tych propagand sukcesu. Wcześniej kopali sobie dziury w ziemi, szyli buty, układali bruk, jedli kapustę i brukiew, a na Kolumba do końca życia patrzyli jak na pomylonego. Dopiero w naszych upierdliwych czasach każdy stał się wizjonerem na własnym wallu. 

No dobra, tak naprawdę czytałam tego Sartre'a sporo. Czy to dlatego sypiam po 5 godzin i czuję się zagubiona, kiedy nie mogę w Trello sprawdzić, co jeszcze mam dziś do zrobienia?

Jak nie zapiszę to i nie zapamiętam, więc tak sobie tylko chciałam zapisać, żeby zacząć wszystko bardziej olewać, z premedytacją i bez wyrzutów sumienia. W końcu od jak dawna nie siedziałam bezczynnie albo poszłam na długi spacer donikąd?

 

z pamiętnika cyklistki

fourchet

Jazda komunikacją miejską jest jak seks analny. To całkiem w porządku, kiedy robisz to raz na jakiś czas, z ochoty na ekstremalną przygodę. Ale codzienne praktykowanie może powodować uszczerbek na zdrowiu. 

Plan na listopad: znaleźć ośrodek egzaminacyjny, w którym zawieruszyły się moje papierzyska do prawa jazdy. Szukając, rozkminić, jak wrzucać w koszty taksówkę. 

Spostrzeżenia: w dni świąteczne w autobusie 520 spożycie cebularzy spada nawet o 75%. 

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci