Menu

różne rzeczy, które chciałam napisać

egeszmelek meriszmek, egeszmelek szlosarek

I've seen things

fourchet

Widziałam rzeczy, których w zasadzie nie byłoby sensu opisywać z perspektywy innej, niż trapionego dżumą Oranu. Dach Atlas Areny falujący i drgający, choć nie wylądowało na nim nic z Oriona i nawet Szturmowcy Imperium byli tylko na niby. Płomień gorączki, który spopielił drogę z Łodzi, aż zostało jej ledwie na kilkanaście minut. Brytyjski serial dla kobiet, który przemówił do mnie karcącym głosem Krzewu Gorejącego, aby sprowadzić na właściwą drogę. Własny stoicki spokój w obliczu strumienia wymiotów rozbryzgującego się z wysokości antresoli synowskiego łóżka. Ciało w kwadrans doszczętnie pokryte tysiącami drobnych, nabrzmiałych od osocza krosteczek. Pora wyzdrowieć, bo ta cholerna grypa jest bardziej wyczerpująca od polowania na replikantów. 

Miotanie myszami

fourchet

Kiedy jest mi smutno a sprawy wymykają się spod kontroli, śnię o inwazji mysich miotów. Tak już jest, od lat, co potwierdza mój sennik, w którym pierwsze wzmianki na temat mysiego baby boomu pochodzą z roku 1997. Zawsze zaczyna się tak samo, od mojej niefrasobliwości i zaniedbania. Zaplątana w ważniejsze sprawy, przestaję doglądać i karmić domowe myszki, szczury czy myszoskoczki. Kiedy sobie o nich przypominam, parka sympatycznych domowych pupilów żyje już w kanibalistycznej komunie z licznym potomstwem i przybyłymi nie wiadomo skąd pociotkami. Tym razem też to robią. Moje wyśnione myszoskoczki zajmują piętro domu, w którym żyję, swobodnie wędrując między kolejnymi klatkami, w jakich próbuję je upychać. Tak jak we śnie z 16 grudnia 2003, gryzonie są miękkie i ciepłe, ale dotykanie ich puszystych, ruchliwych ciałek, zakończonych małymi pazurkami nie jest przyjemne. Zaczynam lekceważyć uciekinierów z klatek, mając nadzieję, że wywędrują na podwórze albo zostaną pożarci przez koty. Koty są bure i mam ich cztery.  

Niektórym rzeczywiście nie udaje się przeżyć eskapady, ale najbardziej przedsiębiorcze i wszędobylskie zaszywają się w zakamarkach mebli i kuchennych szafkach z jedzeniem, aby wydawać z siebie kolejne, coraz drobniejsze mysie mioty. Ich czarne oczka lustrują mnie, gdy bezskutecznie zagarniam zwierzęta garściami do klatek. Napęczniałe samiczki wypuszczają z siebie gromadki coraz drobniejszych małych myszek. Z daleka te noworodki wyglądają jak bazie. Grube, bure koty nie mają w sobie dość okrucieństwa, by zabijać, gdy mdli je z przejedzenia, a zabawa w kotka i myszkę już dawno przestała być zabawna. Przez telefon załatwiam te sprawy, co to mnie od dbania o mysią rodzinkę wcześniej odwiodły. Bury gryzoń się temu przygląda, nie zadając sobie nawet trudu, żeby się schować, a wyraz jego pyszczka jest jakby ironiczny. 

Jest zimno i wilgotno, późna jesień. Zaczynam wynosić zwierzątka na ciemne podwórze, licząc na to, że jeśli nie drapieżniki, dobije je tam temperatura. Wynoszę w rąbku sukienki, potem całymi koszykami, płacząc, bo przecież to nie ich wina, że populacja wymknęła się spod kontroli. Kiedy nie starcza mi już sił na kolejny kurs, puchata, brunatna fala zaczyna wylewać się z budynku otwartymi oknami. Chcę im zaproponować rozejm, jakiś rozwód za porozumieniem stron, ale akurat znowu dzwoni telefon. Numer zastrzeżony. 

Nie lubię, kiedy już we wtorek wydaje mi się, że jest piątek. 

Eksplozje optymizmu

fourchet

Byłam zła. No dobrze, byłam ostro wkurwiona i próbowałam to zabiegać. Zaczepiła mnie gdzieś w okolicach 12 kilometra, wystarczająco daleko, żeby w nogach i głowie zaczynały buzować endorfiny, wystarczająco blisko, żebym nie czuła się zmęczona. Młoda, farbowana na czarno, na oko jakieś 10 kilo nadwagi ze 2 promile. Była bardzo zmęczona. 
- Do dyskoteki Explosion to daleko się idzie?
- Eeee... no biegnie się ze 3 minuty - oszacowałam elokwentnie bo przy tym poziomie glikogenu liczenie nigdy nie było moją mocną stroną. 

- Ale jak się idzie? Daleko będę szła tak jeszcze... ? No wiesz... w taki sposób... - spytała smutno, zataczając się. 

- To już niedaleko. Zobaczysz, jak przejdziesz przez ulicę - pocieszyłam, wierząc, że wściekłej faerii barw nie będzie w stanie przeoczyć. 

- Ale przez żaden most nie będę musiała przechodzić, co? - dopytywała dalej, najwyraźniej rażona reminescencją jakiejś fobii. 

- Przez most nie. Po prostu pójdziesz tam - uspokoiłam ją jak dobra matka. 

- Ale powiedz mi prawdę, dojdę tam? - niezgrabnie złapała skraj mojej koszulki. 

- Dasz radę - odpowiedziałam stanowczo - Kto jak nie ty miałby dać radę?

Bo skoro ja sobie trochę nie daję, to ktoś jednak musi. 

Weganizm. Zezwierzęcenie.

fourchet

Przy tych upałach umiem tylko przeżuwać zieleninę: rukolę, roszponkę, sałatę, dwieście odmian sałaty o różnych odcieniach zieleni. Sałata z oliwą, sałata z sałatą, sałata z miodem albo dużą ilością musztardy. Dużymi miskami. Tak mi ta sałata weszła w zielony krwioobieg, że nawet na ciasto nie mogę już patrzeć z pożądaniem. 

Jechałam ostatnio rowerem do pracy, jeszcze przed śniadaniem, z żołądkiem skręcającym się na myśl o paczce rukoli w plecaku. I zapachniało nagle coś apetycznie, wprawiając kiszki w marszowe wibrato. Ślinianki zapracowały, zanim zdążyłam się zdziwić, kto by tu coś pichcił, na takim odludziu. I wtedy zrozumiałam, że nikt wcale nie gotuje. 

To robotnicy kosili trawę przy ścieżce rowerowej. 

Niedyskrecje

fourchet

Chodzimy na basen, na którym nie ma oddzielnych, babskich i chłopskich przebieralni tylko open space z wydzielonymi kabinkami, jak w publicznych toaletach. Przepierzenia w kabinkach zaczynają się na wysokości kostek i kończą nieco nad głowami, więc zmieniając majciochy jesteśmy skazani na akustyczną wspólnotę ze współpływającymi, co należy zaakceptować, jak to że mają oni cellulit, włosy i delfiny na pośladkach, a ich dzieci plują do wody. 

Przebierałyśmy się z córką w kabince, za sąsiadów - czego domyślałam się na podstawie odgłosów paszczowych - mając ojca z dziećmi z jednej i jakąś młodą parkę z drugiej strony. Moja latorośl uznała, że okoliczności sprzyjają otwartej rozmowie o babskich sprawach. 

- Mam pipkę. Wiesz? - ni to spytała, ni oznajmiła z dumą. 

- A wiem, wiem. - wiedziałam bez większego zainteresowania, przerzucając szmaty w poszukiwaniu kostiumu. 

- O, ty też masz! - ucieszyło się dziecko, nie bacząc że rozmowy w sąsiednich kabinach wyraźnie przycichły. 

- No mam. - przyznałam ze znużeniem w głosie. - Założymy czepek?

- Ale włosów już na niej nie masz... - skonstatowało smutno. - Wypadły ci? 

Ściana zachichotała, wystawiając mi trzy z minusem z dbania o siebie. 

 

5 rzeczy, które musisz, ale to po prostu musisz mieć, zanim z radością zostaniesz perfekcyjną panią domu (poradnik)

fourchet

Zanim znalazłam nową pracę, siedziałam w domu (chyba że akurat szłam pobiegać), gotowałam i byłam zaskoczona. Byłam zaskoczona tym, że zrezygnowawszy z pracy zawodowej na dłużej niż tydzień nie czuję się jak zwierzę w ciasnej klatce, nie przeżuwam w rozpaczy kabli pod napięciem, nie mam epizodów depresyjnych, nie próbuję zamordować dzieci, ani nawet nie fantazjuję na temat tego, jak miło by było mieć znów lat dziewiętnaście i stawać pod krzyżowym ogniem życiowych wyborów. Siedzenie w domu okazało się nawet całkiem rozwojowym zajęciem - wiecie, ten stan, kiedy w końcu można pospać osiem godzin, przeczytać zaległe książki i zgodnie z zaleceniami dietetyków każdy kęs przeżuwać 40 razy. Nie musiałam długo wsłuchiwać się w siebie, ani rozpisywać na kartce plusów i minusów w oddzielnych kolumnach, żeby wyłuskać najważniejsze czynniki, dzięki którym już za życia można dostąpić tej nirwany. Są zaskakująco przyziemne. Postanowiłam je opisać, aby oddać hołd autorom poradników, którym wszyscy zazdrościmy, że lepiej wiedzą, jak żyć. 

Sprzątaczka

Twoja teściowa patrzy z dezaprobatą na niedoprasowane kołnierzyki marynarskich ubranek swoich wnucząt. Matka, gdy w młodości próbowałaś odciążać ją w domowych obowiązkach, błagała, żebyś znalazła sobie jakiś wolontariat czy inny sposób na ekspresję altruizmu i pomoc potrzebującym. Twój partner zaakceptował porozrzucane buty w przedpokoju i kurz pod kanapą. Ty też zaakceptuj fakt, że sprzątanie nie jest Twoją mocną stroną - w końcu pięknie śpiewasz i pieczesz wyborny chleb, czy coś takiego. Jeśli nie jesteś w stanie ignorować brudu - a posiadając dzieci nie będziesz w stanie, choćby dlatego, że w resztkach bananka, które wrzucą Ci za łóżko, szybko lęgną się mrówki - musisz znaleźć kogoś, kto profesjonalnie wypucuje Ci kwadrat. Głupich nie sieją i trzeba będzie za to zapłacić. Ceny różnią się w zależności od lokalizacji i metrażu, jakim rozporządzasz, ale z pewnością możesz poświęcić jakieś małe przyjemności, żeby upchnąć w budżecie ten niezbędny wydatek. Zrezygnuj z latte na mieście (i tak rośnie od tego dupa), trzeciego tuszu do rzęs (dwa wystarczą, jeden właściwie też) i butów na wyprzedaży (zazwyczaj nie potrzebujemy nic z tego, co kupujemy okazyjnie) i już jesteś trzy - cztery stówki do przodu. W sam raz, żeby poszukać namiarów na jakąś miłą Ukrainkę. 

Sprzątające Ukrainki tworzą w Warszawie coś w rodzaju podziemnego państwa. Jeśli uczynny znajomy da Ci namiary na swoją Oksanę albo Ludę, bądź dla niej miła i uczciwie przyznaj, że bardzo jej potrzebujesz. Nie wahaj się dawać napiwków i częstować herbatą. Im bardziej się zakolegujecie, tym większą będziesz mieć pewność, że żadna bakteria nie prześlizgnie się pod Twoją muszlę klozetową a wstrętne roztocza nie zakłócą snu ukochanych domowników. Dasz zarobić komuś, kto zazwyczaj bardzo potrzebuje tej kasy i zyskasz rozmówcę, od którego można dowiedzieć się sporo o kulturze zarazem dalekiej i bliskiej. Wspólną cechą większości rezydujących w Polsce Ukrainek jest to, że raz na jakiś czas znikają. Odnowienie wizy wymaga powrotu do kraju, z którego trudno wyjechać, bo albo przewrót polityczny, albo kulawa administracja, albo zwyczajnie trzeba dotrzeć z łapówką do odpowiedniej osoby. W takich chwilach do akcji wkracza podziemne państwo, które przyśle w zastępstwie sympatyczną kuzynkę lub koleżankę tej, która wyjechała. Lub, wykorzystując swój rozbudowany mechanizm wczesnego ostrzegania, zadba o to, by żadna nie miała dla Ciebie czasu, jeśli jako chlebodawca byłaś nieuczciwa lub nieuprzejma. 

Wiesz już, że zatrudnienie sprzątaczki to wydatek. Skąd masz wiedzieć, że nie jest to tylko fanaberia? Zacznij od podliczenia czasu, który zaoszczędzisz, dając sobie pomóc. Na samodzielne, solidne wysprzątanie całego domu poświęcałam wcześniej przynajmniej dwa całe weekendy w miesiącu. Nie dość, że nie mam wprawy, to plącząca się pod nogami dzieciarnia skutecznie utrudniała prace. Profesjonalistce na zrobienie gruntownych porządków wystarczy dwa razy po sześć - osiem godzin. Ja zyskałam cztery pełne dni. Ty też tak możesz. Zastanów się, na co mogłabyś ten czas przeznaczyć.  

Niania 

Nie, no jasne, że kochasz swoje dzieci. To są albo kiedyś będą przyjemni i wartościowi ludzie. Ale to tylko dzieci. Kiedy zabierasz je na obchód sezonowych wyprzedaży, tłumaczysz, czemu poza treningami aerobowymi musisz robić też ćwiczenia z obciążeniem lub czytasz im na głos prace Jerzego Bartmińskiego, czują się nieco nieswojo. Ty też masz prawo czuć się nieswojo, gdy po raz dwudziesty tańczycie do piosenek z "Frozen" lub szukacie informacji na temat tajników anatomii nerki krokodyla. Choć wtedy to może nie jakoś bardzo - po prostu wyluzuj się i spójrz na świat z innej, tej małoletniej perspektywy. Ale kiedy po raz dwudziesty odpowiadasz na pytanie typu "Mamooo, a jaka to wodaaaa?" (mokra, skarbie), kiedy z trudem hamujesz chęć rozszarpania na strzępy gówniarza, który z ciekawości zrobił zwarcie lub zakopał Twoje klucze w przydomowym ogródku i naturalnie nie pamięta, gdzie dokładnie to było, kiedy twoje dzieci bawiąc się w pawiany, pokazują wszystkim gołe dupy i kiedy musisz powtarzać ósmy raz w tym tygodniu czym różni się Simple Present od Present Continuous a szczyl i tak nie umył zębów, tak, wtedy masz prawo czuć się znużona. Zaakceptuj to i idź gdzieś sama. Nie staniesz się z tego powodu złą matką. 

Zostawiając dzieci pod opieką dobrej niani, utwierdzisz się tylko w zajebiście przyjemnym poczuciu, że robisz dla swoich pimpuszków wszystko, co najlepsze. Najlepiej zawrzyj stały układ z jakąś miłą panią, którą dzieci zdążyły poznać i co do której masz pewność, że nie da im czipsów z tłuczonym szkłem, że w ogóle nie da im czipsów i nie pozwoli grać do północy na PS3 i że nie będzie grała sama, kiedy one wykręcają korki, pokazują dupy i zakopują klucze. Na temat poszukiwania niań napisano już oddzielny Internet, ale nie musisz tego czytać. Niania na godziny nie musi spełniać aż tak wyśrubowanych oczekiwań jak opiekunka, z którą na cały dzień zostawisz alergicznego niemowlaka. Wystarczy, że lubi planszówki i wie, jak skutecznie zgasić światło o 22 (czy o której tam trzeba gasić). Popytaj wśród znajomych - zawsze znajdzie się jakaś bratanica na pierwszym roku pedagogiki albo żwawa babcia. Jeśli Twoje dzieci ją polubią, same zaczną się dopominać regularnych widzeń. Czyż nie jest to idealny pretekst, żeby racz na jakiś czas wyskoczyć do kina lub na koncert? 

e-zakupy

Gdybyś mieszkała sama, żywiłabyś się dietetycznym cateringiem. No, ale masz stado do wykarmienia, stado jak głodne to złe i trzeba mu regularnie dostarczać paszy. Gdybyś była okrutna, wysłałabyś po zakupy swoją drugą połówkę, ale kaman, czemu chcesz to robić komuś, kogo lubisz - niech coś ma od życia, niech sobie spokojnie na Fejsie posiedzi. Jeśli dojeżdża do Ciebie dietetyczny catering, bez problemu dojadą też internetowe zakupy. 

Usiądź wygodnie w fotelu, zaparz sobie ulubioną herbatę i wejdź na stronę sklepu z żarciem. Ta operacja potrwa jakieś czterdzieści minut (jeśli jak ja, czytasz etykiety). W ciągu tych czterdziestu minut nie spotkasz ani jednej spoconej baby ze spektakularnym, tłustym camel toe na obcisłych getrach, ani razu nie wdepniesz w rozlany jogurt a pani przy kasie nie spyta, czy może być bez grosika. Twoje dzieci nie wrzucą do koszyka pół tony spamu, a sama też nie skusisz się na pektynowe galaretki, kubełek lodów ani praktyczny mop z ośmioma wymiennymi końcówkami. Z głośników popłynie Twoja ulubiona muzyka. W dniu i godzinie, które sama wybierzesz, sympatyczny pan wniesie zakupy prosto do Twojej kuchni. A potem bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. 

Wśród sklepów internetowych znajdziesz tańsze i droższe, dysponujące mniej lub bardziej wypasionym asortymentem. Choć nie są w stanie konkurować cenami z dyskontami, gwarantują staranniejszą kontrolę wydatków i mocno ograniczają kompulsywne zakupy. Minimalnie wyższe wydatki to spora oszczędność czasu i nerwów. Znasz lepsze sposoby spędzania czasu z rodziną niż tułaczka po sklepowych alejkach. 

Chodakowska

Do pracy chodzi się nie tylko po pieniądze. Codzienne obcowanie z ludźmi zmusza do dbania o siebie, noszenia niewygodnych ubrań i makijażu. Siedzenie w domu wiąże się zazwyczaj z wizerunkową metamorfozą - od stylu smart każual przechodzisz płynnie do "to ostatnie spodnie, w które jeszcze się mieszcze". Na szczęście, jeśli siedzisz w domu i przez cały dzień masz na sobie dresy, jesteś o krok od połknięcia sportowego bakcyla. Teraz tylko zacznij ćwiczyć. Nie musi być Chodakowska, ale piętnaście minut relaksacyjnej jogi dla początkujących się nie liczy. Idź pobiegać, pomachaj ciężarami albo poskacz z jakąś płytą. Rób to przynajmniej cztery - pięć razy w tygodniu po godzinie. Poczujesz, że jest Ci fajnie, nawet jeśli, obiektywnie rzecz biorąc, fajnie nie jest. 

Sekret sportowego bakcyla to nie tylko duże ilości euforyzujących endorfin. Ćwicząc regularnie, nawet wtedy, gdy kompletnie nie masz na to ochoty, wszystko Cię boli, za oknem pada i jesteś niedysponowana, budujesz siłę woli i uczysz się systematyczności. Zaplanuj treningi i trzymaj się swojego planu, a zobaczysz, że doba jest rozciągliwa, prokrastynacja dla nudziarzy a ćwiczenia uzależniają. Boskich kształtów, spektakularnych spadków wagi i metarmorfoz nie będę obiecywać, bo z autopsji wiem, że po trzydziestce o nie trudno. Ale przecież nie o to chodziło.  

Dobra wymówka

No dobra, więc nie sprzątasz, nie opiekujesz się dziećmi (przynajmniej cały czas) i nie jeździsz na zakupy. Masz teraz mnóstwo wolnego czasu. Czy wiesz, już, co z nim zrobić? Jeśli przez całe życie chciałaś nauczyć się układać bukiety, mówić po flamandzku albo programować, masz doskonałą okazję. A może zwyczajnie, odświeżysz angielski i nauczysz się piec ciasta? Zazwyczaj nie podziwiasz ludzi za to, czas przecieka im przez palce, gdy siedzą na kanapie, ale za to, że spędzają go robiąc rzeczy ciekawe i nieszablonowe, nawet kosztem nieprzespanych nocy. Dokop się do swoich pasji i zacznij je realizować. Zobaczysz, jak szybko wybaczysz samej sobie, że niewiele masz wspólnego z jakąkolwiek perfekcją. 

galaxy suit

fourchet

Oborzeborze, dostałam catsuit w galatkykę. Uciska mi wszystko, najbardziej łydki mam w nim uciśnione, galaktyczne, galaktyczna pupa, kosmczne chmury rozlewające się po brzuchu i po udach, jakieś drogi mleczne, jakieś obce konstelacje, a w środku ja, ja, jak cukierek w papierku, jak milion dolarów. Mam graniczące z pewnością przekonanie, że nago wyglądam lepiej niż w ubraniach. Szmaciuchy z lumpów i kokoszanele, zary, berszki, haiemy, wszystko jest źle, wszystko jest nieładnie, dopiero jak się rozbiorę wyglądam z powrotem jak człowiek. I tylko jeszcze w kostiumie w galaktykę wyglądam jak milion dolarów.

Plan na catsuit mam prosty - będę w nim chodzić po letnich festiwalach, będę w nim przesiadywać z pupą w piachu, będę odczuwać galaktyczne lato, chyba że do tego czasu dotrze z Szanghaju, przyleci z Honkongu, przypłynie kontenerem z Guangzhou mój kostium Czarodziejki z Księżyca, w którym to już całkiem poszybuję w gwiazdy. A potem przebiegnę w nim maraton. W tym kostiumie Czarodziejki z Księżyca. Postanowiłam tak ostatnio, biegnąc. Myślę, że to mi da wiele radości.

Właściwie to mam jeszcze kilka całkiem poważnych, dorosłych spraw do załatwienia w najbliższych tygodniach. Ale nie lubię się na tym koncentrować.

rekin wielorybi

fourchet

22:27, ciemno i pada syfiasty deszcz. Stoję w tłumie rodziców, podnieconych wyłuskiwaniem zaspanych dzieci z autokaru. Cztery dni ich nie było, a ja byłam twarda i nie zadzwoniłam ani razu. Dookoła uściski, pocałunki i pełne wyrzutu płacze. Przedzieram się coraz bardziej niespokojna i w końcu widzę - moje dziecko - schludne, umyte, w polarku przygląda się zamieszaniu, stojąc na uboczu. Uśmiecham się i macham i w końcu zerka na mnie nieprzytomnym wzrokiem. 

- Wiesz, mamo, nie wszystkie rekiny są mięsożerne. - rzuca na powitanie. - Jednym z roślinożernych jest rekin wielorybi, który żywi się planktonem. 

Czasem mam wrażenie, że on ma zespół Aspergera albo coś w tym stylu. Nawet jeśli to prawda, robi z niego dobry użytek. 

to nie jest kraj dla lasek z napakowanymi łydkami

fourchet

Idziesz do haema czy innej zary i chcesz przepieprzyć swoje całkiem lekko i całkiem przyjemnie zarobione pieniądze na szmaty. Bo samertajm, bo nie będziesz chodzić jak dziadówa, bo jesteś silną, świadomą swoich praw Europejką i wiesz, że masz do tego prawo. 

Gładzisz łapczywie starannie wyselekcjonowaną stertę i ciągniesz do przymierzalni, w myślach już rozkoszując się chwilą, gdy wymienisz materię tak nietrwałą i ulotną, jak wirtualne złotówki na bankowym koncie na równie nietrwałe i ulotne wytwory bangladeskiego przemysłu tekstylnego. Zatrzaskujesz się w kabinie i ochoczo zrzucasz opatrzone już fatałaszki, w których cię tu przywiało. Kontemplujesz w lustrze, bo nie sposób nie kontemplować w tych okolicznościach, swoją sylwetkę w toplesie i zauważasz z uznaniem, że jest dobrze - od razu widać, że zwiększyłaś kilometraż, że pracujesz z obciążeniami i bywasz na basenie, żeby poprawić postawę. Ufna, że świat należy do ciebie, niby do kogo miałby należeć, wciągasz na siebie pierwszą szmatę. Z trudem dopinasz guziczek na piersi i nagle z lustra skacze ci do oczu przygarbiony jakiś karaczan - niemiłosiernie ściśnięty w barach za to z namiotem na brzuchu - pewnie coś tam chowa, może skarlałego brata - zroślaka, może hodowlę czyraków, może roczny zapas parcha, cholera wie, takie toto nieskładne i powykrzywiane. Kto miał niby wiedzieć, że ta pozornie niewinna sukieneczka to kostium karaczana, ale czemu się tak od razu zniechęcać - mamy jeszcze spodnie rureczki, pogodne i pastelowe, ze streczykiem, te na pewno ułożą się lepiej - eksplikujesz sobie, ale tylko do momentu, kiedy utykasz w dziadostwie na wysokości łydy, twojej dumnej łydy, co to zwiększyła kilometraż, czujesz, jak krążenie zanika i martwica powoli ogarnia tkanki, to już wasze ostatnie razem chwile, twoje i nogi, ale jesteś twarda, zanim odpadnie, wbijesz się w te cholerne spodnie, rozmiar M, niby jaki jak nie M ma na mnie pasować? Streczyk pomaga. Kiedy już przebijasz się powyżej linii kolan, rurki stają się przestronne i rozległe, opadając swobodnie poniżej bioder i kuriozalnie wypiętej dupy. Wiadomo, kupić się tego nie kupi, ale jak do diaska się z tego wydostać?

Czy to już pora, żeby pokochać spandeks czy może poszukać dobrego krawca?

 

słuchałam jednego podkastu, mówili, że prowadzenie dziennika ubogaci moje życie, to zaprowadziłam

fourchet

Paskudny, gorzko - metaliczny posmak w ustach stał się na tyle uciążliwym towarzyszem każdego posiłku, że aż go zaczęłam guglać. Od Wikipedii po forum Kafeteria, ciągnął się jeden trop - witamina b12, mięsna, jajeczna, bardzo niekoszerna witamina, której nie spożywają weganie, odstawiona prowadzi do smutnych niedoborów - mózg się psuje, głowa lasuje, słabną oczy, nastrój siada, w paszczy gnieżdżą się smakujące gorzko paszczowe drożdże, na skórze powstają skórne wykwity - u mnie po wewnętrznych stronach dłoni, więc je pieszczotliwie nazywam stygmatami. Nie zauważyłam wprawdzie innych objawów niedoboru - anonsowanej szumnie depresji, zaburzeń metabolicznych, przewlekłej biegunki ani nawet - a szkoda - braku łaknienia i utraty wagi. Stygmaty pokazywałam już niezliczonym dermatologom i oni zawsze twierdzą zgodnie, że to musi być jakieś uczulenie, ale przecież żaden z nich nie pytał nigdy, co jem i czy łykam antydzieciowe pixies, które zaburzają witaminy b12 wchłanianie. A przecież stygmaty noszę odkąd wróciłam do antykoncepcji po ostatnim rozwiązaniu. 
Podekscytowana naukowym odkryciem, nabyłam mieszankę witamin b w proszku i teraz zamiast gorzkiego mam w ustach posmak witaminy. To przyjemny, pudrowy smak dzieciństwa, jak flegamina w syropie i pectosol kojarzy się z czasem, kiedy ktoś o mnie dbał, świat był dobry i uporządkowany, a w piątki po południu leciało „Okienko Pankracego”. Skrupulatnie przeczytałam ulotkę - uwielbiam czytać ulotki. Niestety, z efektów ubocznych proponują tylko żółte zabarwienie moczu. Sikając rano pod prysznicem (należy sikać pod prysznicem, to bardzo eko), skonstatowałam, że mają rację. 
Teraz czekam w napięciu, aż syntetyczna witamina b odmieni moje życie, porwie i poniesie ku nowym przygodom. Or samfin

© różne rzeczy, które chciałam napisać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci