Wpisy z tagiem: lalka

wtorek, 13 grudnia 2011
niemieckie lalunie

Smoła mi dał od Mikołaja zestaw Monster High mrocznych czirliderek, potrójny giftpak, ToysRus eksklusif. Naturalnie, jaram się i kiedy tylko dzieci nie są chore, ustawiam moje laski w fikuśnych pozach i focę. Wyglądają jak czarna dywizja dopingująca Nirvanę w teledysku do Smels Like Teen Spirit. Sądzę, że Kurt nie byłby szczęsliwy, wiedząc, że taką dywizję można sobie kupić w trójpaku prosto od Mattela. Ten Kurt w ogóle nie był wesołym facetem - możecie sobie obejrzeć go na żywo w Paramount Theatre, w jakości Blue Ray, prześledzić dokładnie smutne niedoskonałości cery i zmechacenia na swetrze szepczące, że śmierć się niechybnie zbliża. Zostają zmechacenia i kołtuny, bo twarzy już nie widać.

O ile dobrze pamiętam, w jego czasach najmodniejsze obecnie w przemyśle zabawkarskim zestawienie czerni i różu było dość śmiałe i awangardowe. Teraz czerń z różem to jest absolutny mast hew, nawet jak masz sześć lat i przynajmniej teoretycznie powinnaś myśleć tylko o elementarzu Falskiego i zębowej wróżce. Bo jednak - nie oszukujmy się - nawet jeśli rynek kolekcjonerskich lalek dla takich jak ja, starych bab, jest ogromny, to żyją te Mattele głownie z dzieci. Niemiecki Mattel nazywa się Simba. Choć koncernem jest globalnym, niemczyzna odcisnęła na nim silne piętno, głównie w sferze dizajnu i nie myślę tu o żadnych Volkswagenach ani Bauhausie, tylko takim prostackim, polskim stereotypie brzydkiej Niemry. Tak właśnie wyglądają simbowe lalki, których wyróżnikiem na zawsze dla mnie było takie dziwne zachwianie proporcji szyi, głowy i barków, za sprawą którego Steffi zawsze wygląda jak kulturystka w ciąży. Wersja ciężarna to z resztą jedno z jej najbardziej rozpoznawalnych i chyba najprzyjemniejszych dla oka wydań.

Steffi jest więc trochę brzydsza i bardziej nieproporcjonalna niż Barbie, za to definitywnie różni się od niej usposobieniem i charakterem. Rzadziej eksponuje swoje zawodowe ambicje. Przeważnie spotykamy ją w zasobnych wielopakach z mężami i licznym przychówkiem. Gołym ciałem nie świeci. Dobra dziewczyna z sąsiedztwa. Ale w tym gorącym, przedświątecznym sezonie nawet poczciwa Steffi straciła głowę i postanowiła objawić światu swój bardziej mroczny, gotycko - różowy wizerunek. I tak powstała trumienkowa seria Mystic Girlz, spowitych w czerń, podziaranych Steffich prosto z Castle Party. Spowite w welony, uroczo nieproporcjonalne, w zaskakujących grymasach twarzy zawieszone gdzieś między melancholią, tęsknotą, smutkiem a zniechęceniem wyglądają jak zmelanżowane festiwalowe balangowiczki. Zguglajcie sobie bo zaiste warte są obejrzenia.

A na czirliderskim trójpaku czuję się nieco oszukana. Niewiele tam fryzurowo - makijażowych ekstrawagancji, jakość wykonania też nie powala. Mam już pięć Draculaur i prawie trzydzieści Monsterek w ogóle i pomału zaczynam się zastanawiać, czy powinnam dokupować kolejne. Czy w ogóle kolejne kupować, skoro domy, prace, studia, dzieci, bieganie i przecież nawet gdyby doba miała czterdzieści godzin, byłaby za krótka, a ja nawet nie zrobiłam prawa jazdy bo jak tchórz odwołałam egzamin. Rany boskie. Z drugiej strony, po tym wszystkim należy mi się przecież chwila relaksu w towarzystwie ślicznotek. Bo przecież świat nie kończy się na tym, że dzieci chore, ale już czują się dobrze.