Wpisy z tagiem: szkoła

czwartek, 20 października 2011
o szkole publicznej i o szkole życia, czyli sześciolatek debiutujący

We wrześniu mój syn poszedł do pierwszej klasy. Nie on jeden. Mój syn, żaden tam geniusz, ale jeden z tych wcześniejszych, którzy przeskoczyli zerówkę i rzucili się wprost w wir podstawówkowego programu dla siedmiolatków, chociaż mózgi mają mniejsze i wszystko mają mniejsze. Wpisując się w ogólne trendy, powinnam rozpocząć teraz laudację - popłakać trochę i ponarzekać na mizerię polskiego systemu edukacji, na to, że ciągle mi każą płacić w tej publicznej szkole jakieś pieniądze, dodać że dzieci to stracone pokolenie, dorośli są idiotami a nauczyciel bucem, który wymaga ode mnie, żebym razem z dzieckiem rysowała jakieś tam szlaczki. Ale nie. Uważam, że szkoła robi Młodemu dobrze. Dobrze chyba robi nam wszystkim.

To wcale nie było takie pewne. Bo Igor nie wypadał dobrze w przedszkolnych testach kompetencji. Źle trzymał kredkę. Płakał, jak mu kazali jeść mięso. Mówił niewyraźnie, psując paniom teatrzyki i akademie. W ogóle te akademie rozstrojem nerwowym przypłacał, chociaż przypominająca baleronik pani wychowawczyni zakładała szpileczki i recytowała wiersz Leopolda Staffa o gwiazdce. Przyjaźnił się tylko z cichutkimi i spokojnymi dziećmi wietnamskich imigrantów. Bałam się i byłam smutna. Ja, wieczna prymuska, nie mogłam się pogodzić z tym, że on na tych akademiach nie błyszczy jakoś jaśniej, w testach nie zgarnia maksa. Wspomnienia o tym, że przecież sama zamieniłam dobrowolnie dwa zdania z rówieśnikiem gdzieś koło szóstej klasy podstawówki a w przedszkolnym przedstawieniu zagrałam tylko raz, spektakularną rolę znaku drogowego, uspokajały mnie tylko na chwilę. Wiem, że fobie, wstręt do mięsa i chujową koordynację Młody ma po matce, ale jest moim synkiem, moim pieszczoszkiem, i świat ma stać przed nim otworem, bo jak nie to w mordę.

Że szeroko pojmowany potencjał intelektualny Igor ma to wiedziałam z domu. Ale czy wysłać go do zerówki czy do szkoły, było kwestią otwartą, aż do momentu, gdy dziecko samo zadeklarowało, że idzie do pierwszej klasy. To niech idzie, najwyżej się go cofnie, stwierdziliśmy i rozpoczęliśmy pielgrzymki na szkolne dni otwarte. Padło w końcu na kameralną podstawówką w pobliżu mojego biura.

To szkoła na czterystu uczniów. Pachnie w niej czasem późnym Gierkiem, ale czuć też sprawne i rozsądne zarządzanie. Jest sala zabaw jak w hulakuli i osobny sektor dla młodszych dzieci, do którego nie mają wstępu drugie klasy. Ani rodzice. Jest obowiązek chodzenia w białych koszulach i krawatach, system premiowania grzecznych i zmotywowanych i kilkanaście kół zainteresowań do wyboru, żeby nie siedzieć bezczynnie na świetlicy. Dodatkowy angielski za darmo. Wychowawczyni, która pisze i odbiera maile. Podobno szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Nie wiem, czy to medialna panika, czy może trafiliśmy na chlubny wyjątek. Pozostałe podstawówki, które odwiedziliśmy w marcu miały chyba jeszcze lepsze warunki.

Znajome matki z Blipów, Tłiterów i innych Fejsbuków, cedzą przeważnie w swych postach litanie bluźnierstw na nauczycieli i rodziców szkolnych kolegów ich dzieci. Podobno regułą jest nie przychodzenie na pierwsze zebrania, żeby uniknąć wyborów trójki klasowej. W igorowej klasie te sprawy wyglądają zgoła inaczej - mam wrażenie, że w dużej mierze przesądza o tym większe zaangażowanie rodziców, którzy zdecydowali o wysłaniu dzieci do szkoły rok wcześniej. Na dwóch z dotychczasowych zebrań każde z dzieci miało swoją reprezentację. Wszyscy byli dla siebie mili, dyskutowali, potrafili dojść do porozumienia w spornych kwestiach i zorganizować się w sprawach wymagających zorganizowania. Było kolektywne klejenie birecików przez mamy i znaleźli się chętni do bycia dodatkowymi opiekunami w szkolnych wycieczkach. Zrobiliśmy sobie listę mailingową i czasem coś do siebie piszemy. W razie potrzeby można się spotkać z wychowawczynią podczas cotygodniowego dyżuru. Angażując odrobinę czasu i wysiłku w sprawy szkoły, można zorganizować dzieciom mnóstwo fajnych zajęć. Ale to odrobinę trudniejsze niż plucie jadem na kulawy polski system edukacji.

No i najważniejszy z tego samego, Igor. Który w ciągu dwóch miesięcy postarzał się i wydoroślał. Nauczył się odmawiać podjęcia mięsa, zamiast reagować na jego widok spazmatycznym płaczem. Dalej mu się zdarza wrzucać wprost do plecaka nadgryzione jabłka, ale to minie, tak myślę. Odrabia lekcje, coraz lepiej czyta i jest niezły w kaligrafii. Trzyma kredkę i nożyczki. Dzieci go lubią, on je też, chociaż najbardziej skośnookiego Bino ze świetlicy. Za nieobecność na religii go nie prześladują, z resztą nie on jeden tam nie chodzi. Nie taka szkoła straszna. Nawet wstaje teraz za dziesięć siódma i przychodzi nas obudzić, bo jak nie to się spóźnimy.

Wszystko to, prawda, brzmi, sielankowo i prawie idealnie, ale wcale nie jest tak izi. Bo ja bardzo to wszystko przeżywam. Codziennie rano drżę jak mimoza, że się spóźnimy. Z przejęciem obserwuję produkcję szlaczków i literek. Zmuszam do klaskania sylab i głoskowania. Zachęcam do udziału w konkursach i zajęciach pozalekcyjnych. Pakuję ciasteczka do pudełeczka i zdrowe przekąski na wszelki wypadek. Mimochodem, kiedy nikt nie patrzy, temperuję mu kredki. I zastanawiam się, czy z nas dwojga to ja nie jestem tą, która do szkoły jeszcze nie dojrzała.