Gdybym nie była bezmyślną korpozdzirą, dopadałaby mnie czasem refleksja, że nam jest w życiu fajnie, a innym jest mniej fajnie. Na przykład nie kupują krewetek tylko pasztetową, a na wakacjach byli ostatnio w osiemdziesiątym czwartym. Widuję takich ludzi czasem w Biedronce przy ulicy Mińskiej, ale wydaje mi się, że nie istnieją naprawdę. Gdyż trudno byłoby im istnieć, posiadając takie zapachy. I po co im w ogóle cały ten keczup? Bo jak tam jestem to oni zawsze do tych zakupów za małe pieniądze dodają keczup, pewnie, żeby sobie świat jakoś ubarwić. U nas się nie je keczupu, gdyż jest on niezdrowy z powodu barwników i konserwantów, jakie doń włożono.
Nie żebym coś do Biedronki miała. Biedronka wyrasta ponoć na polskiego lidera branży winiarskiej, generując 12% obrotów na krajowym rynku win, ale nas to jakoś nie obchodzi, gdyż jesteśmy snobami ze stolicy i przeważnie pijemy jakieś droższe niż z Biedro. Albo płacimy za nie drożej niż w Biedro bo w Biedro zakupów nie robimy. Znaczy, ja robię, ale tylko kajzerkę, jedną i małą smakową wodę, na Mińskiej, jak odstawiam Młodego na dżudo. Wodę kupuję dla Młodego, kajzerkę dla Paninki, gdyż jako archetypowa z klasy średniej matka, mam, niczym w reklamie margaryny, dziewczynkę i chłopczyka. Moja mała dziewczynka uwielbia kotki, plastikowe koniki i kolor różowy.
Stoję w tym Biedro na Mińskiej w kolejce na wchuj długiej i mam świadomość. Mam świadomość, że Biedro na Mińskiej musi, ze względu na lokalizację, być Biedrem nieco bardziej ekstremalnym, bardziej dyskontowym, brudnym i wogle, całokształtu sieci sobą reprezentować niekoniecznie. Stoję w kolejce na wchuj długiej, wyje mi dziecko na ręku, bo już by tę bułkę chciało no i węch swój ma, ale ci przede mną stoją niewzruszeni, w kolejce po swój tani browar, keczup i obowiązkowe fajki. Rzucenie palenia to jest teraz niezbędny krok na drodze społecznego awansu. Ci z przodu może by mnie i przepuścili, ale za dobry mam płaszcz, za drogą torbę, za bardzo z tą pojedynczą bułką wyglądam na intruza. I dobrze mi tak. Korpozdzira jedna, na cudze terytorium tak bez pytania wchodzić.
Mińska to po tej stronie torów ostatni przyczółek podwórkowych kapliczek i kamienic z kiblami na podwórkach. Nie taka znów Praga, skoro Kamionek. Jednak w porównaniu ze Stalową, na tej drugiej Pradze, na której też kiedyś mieszkaliśmy, elegancko, cywilizacja i kultura. Bo tam jak się szło do pracy koło ósmej, to co drugie dziecko z tych, co akurat do szkoły szły, miało twarz napiętnowaną FASem. Tutejsze dzieci są zadbane i zdrowe, co najwyżej kurteczki mają po starszych braciach. I pijak tamtejszy, jak upadł, to leżał - raz aż sprawdzałam, czy dycha, bo tak od rana leżał do wieczora. A na południowej Pradze tak leżeć nie można - przychodzą patrole i zbierają. Co kraj to obyczaj, znaczy. Ponieważ jestem zdystansowaną do takich spraw snobką o wynagrodzeniu powyżej krajowej średniej, patrzę sobie na to, jak na lokalny koloryt, fenomen socjologiczny. No, jakoś tak z dystansem patrzę, bo jak patrzę przez oczy własne to mi się od razu robi smutno. Co burzy ład wewnętrzny, misternie wypracowany, przedstawicielki średniej klasy, rachunki płacę w terminie, zjadam pięć małych posiłków dziennie, uprawiam sport i samokształcenie.
Czy nie uważacie, że średnia krajowa brzmi jak sucha podwawelska?
Podobno kiedyś było tak, że miałam budżecie tysiąc dwieście miesięcznie i wcale nie na jedną osobę i nie tylko na drobne wydatki. Dziś mi się to wydaje nieprawdopodobne. Na szczęście jestem pozbawioną społecznej wrażliwości Warszawianką z importu. Nie musi do mnie docierać, że są całkiem niedaleko ludzie, którzy za tyle to muszą przez ileś tam czasu żywić ileś tam dzieci. Od społecznej wrażliwości to jest Ewa Drzyzga.