|
|
Wpisy z tagiem: potyczki z codziennością
środa, 26 października 2011
zapomniałam o dupie
Biedro Biedrem, w sumie to nie wiem, czemum się tak tego Biedra czepiła, skoro z myśli głownych to miałam takie, że po pierwsze, płacenie pejpasem jest fajowe, po drugie ćwiczenia z piłką, taką gimnastyczną, są fajowe i może nawet przekonały mnie trochę do pilatesu, po trzecie dobrze jest pracować w medialnej firmie, bo się ma wtedy różne do kina wejściówki. Ja na przykład pracuję w takim korpo no, o mniej wymagającym targecie, to mam takie różne na komedie wejściówki, horrory i jak się roboty napierdalajo, mój chłopak, w koncernie medialnym osadzony bardziej aspirującym, przynosi wejściówki na filmy stosunkowo ambitne, na przykład w kinie byliśmy wczoraj Muranów, hipsterskim. Oscentacyjnie wydziarany, tak na przedramionach, żeby było widać, sklepikarz, powiedział, że oni nie sprzedają latte tylko kawę z automatu z mlekiem łaciatym. Film ładny był.
sąsiedzkie po-rachunki
Gdybym nie była bezmyślną korpozdzirą, dopadałaby mnie czasem refleksja, że nam jest w życiu fajnie, a innym jest mniej fajnie. Na przykład nie kupują krewetek tylko pasztetową, a na wakacjach byli ostatnio w osiemdziesiątym czwartym. Widuję takich ludzi czasem w Biedronce przy ulicy Mińskiej, ale wydaje mi się, że nie istnieją naprawdę. Gdyż trudno byłoby im istnieć, posiadając takie zapachy. I po co im w ogóle cały ten keczup? Bo jak tam jestem to oni zawsze do tych zakupów za małe pieniądze dodają keczup, pewnie, żeby sobie świat jakoś ubarwić. U nas się nie je keczupu, gdyż jest on niezdrowy z powodu barwników i konserwantów, jakie doń włożono.
Nie żebym coś do Biedronki miała. Biedronka wyrasta ponoć na polskiego lidera branży winiarskiej, generując 12% obrotów na krajowym rynku win, ale nas to jakoś nie obchodzi, gdyż jesteśmy snobami ze stolicy i przeważnie pijemy jakieś droższe niż z Biedro. Albo płacimy za nie drożej niż w Biedro bo w Biedro zakupów nie robimy. Znaczy, ja robię, ale tylko kajzerkę, jedną i małą smakową wodę, na Mińskiej, jak odstawiam Młodego na dżudo. Wodę kupuję dla Młodego, kajzerkę dla Paninki, gdyż jako archetypowa z klasy średniej matka, mam, niczym w reklamie margaryny, dziewczynkę i chłopczyka. Moja mała dziewczynka uwielbia kotki, plastikowe koniki i kolor różowy.
Stoję w tym Biedro na Mińskiej w kolejce na wchuj długiej i mam świadomość. Mam świadomość, że Biedro na Mińskiej musi, ze względu na lokalizację, być Biedrem nieco bardziej ekstremalnym, bardziej dyskontowym, brudnym i wogle, całokształtu sieci sobą reprezentować niekoniecznie. Stoję w kolejce na wchuj długiej, wyje mi dziecko na ręku, bo już by tę bułkę chciało no i węch swój ma, ale ci przede mną stoją niewzruszeni, w kolejce po swój tani browar, keczup i obowiązkowe fajki. Rzucenie palenia to jest teraz niezbędny krok na drodze społecznego awansu. Ci z przodu może by mnie i przepuścili, ale za dobry mam płaszcz, za drogą torbę, za bardzo z tą pojedynczą bułką wyglądam na intruza. I dobrze mi tak. Korpozdzira jedna, na cudze terytorium tak bez pytania wchodzić.
Mińska to po tej stronie torów ostatni przyczółek podwórkowych kapliczek i kamienic z kiblami na podwórkach. Nie taka znów Praga, skoro Kamionek. Jednak w porównaniu ze Stalową, na tej drugiej Pradze, na której też kiedyś mieszkaliśmy, elegancko, cywilizacja i kultura. Bo tam jak się szło do pracy koło ósmej, to co drugie dziecko z tych, co akurat do szkoły szły, miało twarz napiętnowaną FASem. Tutejsze dzieci są zadbane i zdrowe, co najwyżej kurteczki mają po starszych braciach. I pijak tamtejszy, jak upadł, to leżał - raz aż sprawdzałam, czy dycha, bo tak od rana leżał do wieczora. A na południowej Pradze tak leżeć nie można - przychodzą patrole i zbierają. Co kraj to obyczaj, znaczy. Ponieważ jestem zdystansowaną do takich spraw snobką o wynagrodzeniu powyżej krajowej średniej, patrzę sobie na to, jak na lokalny koloryt, fenomen socjologiczny. No, jakoś tak z dystansem patrzę, bo jak patrzę przez oczy własne to mi się od razu robi smutno. Co burzy ład wewnętrzny, misternie wypracowany, przedstawicielki średniej klasy, rachunki płacę w terminie, zjadam pięć małych posiłków dziennie, uprawiam sport i samokształcenie.
Czy nie uważacie, że średnia krajowa brzmi jak sucha podwawelska?
Podobno kiedyś było tak, że miałam budżecie tysiąc dwieście miesięcznie i wcale nie na jedną osobę i nie tylko na drobne wydatki. Dziś mi się to wydaje nieprawdopodobne. Na szczęście jestem pozbawioną społecznej wrażliwości Warszawianką z importu. Nie musi do mnie docierać, że są całkiem niedaleko ludzie, którzy za tyle to muszą przez ileś tam czasu żywić ileś tam dzieci. Od społecznej wrażliwości to jest Ewa Drzyzga.
czwartek, 20 października 2011
o szkole publicznej i o szkole życia, czyli sześciolatek debiutujący
We wrześniu mój syn poszedł do pierwszej klasy. Nie on jeden. Mój syn, żaden tam geniusz, ale jeden z tych wcześniejszych, którzy przeskoczyli zerówkę i rzucili się wprost w wir podstawówkowego programu dla siedmiolatków, chociaż mózgi mają mniejsze i wszystko mają mniejsze. Wpisując się w ogólne trendy, powinnam rozpocząć teraz laudację - popłakać trochę i ponarzekać na mizerię polskiego systemu edukacji, na to, że ciągle mi każą płacić w tej publicznej szkole jakieś pieniądze, dodać że dzieci to stracone pokolenie, dorośli są idiotami a nauczyciel bucem, który wymaga ode mnie, żebym razem z dzieckiem rysowała jakieś tam szlaczki. Ale nie. Uważam, że szkoła robi Młodemu dobrze. Dobrze chyba robi nam wszystkim.
To wcale nie było takie pewne. Bo Igor nie wypadał dobrze w przedszkolnych testach kompetencji. Źle trzymał kredkę. Płakał, jak mu kazali jeść mięso. Mówił niewyraźnie, psując paniom teatrzyki i akademie. W ogóle te akademie rozstrojem nerwowym przypłacał, chociaż przypominająca baleronik pani wychowawczyni zakładała szpileczki i recytowała wiersz Leopolda Staffa o gwiazdce. Przyjaźnił się tylko z cichutkimi i spokojnymi dziećmi wietnamskich imigrantów. Bałam się i byłam smutna. Ja, wieczna prymuska, nie mogłam się pogodzić z tym, że on na tych akademiach nie błyszczy jakoś jaśniej, w testach nie zgarnia maksa. Wspomnienia o tym, że przecież sama zamieniłam dobrowolnie dwa zdania z rówieśnikiem gdzieś koło szóstej klasy podstawówki a w przedszkolnym przedstawieniu zagrałam tylko raz, spektakularną rolę znaku drogowego, uspokajały mnie tylko na chwilę. Wiem, że fobie, wstręt do mięsa i chujową koordynację Młody ma po matce, ale jest moim synkiem, moim pieszczoszkiem, i świat ma stać przed nim otworem, bo jak nie to w mordę.
Że szeroko pojmowany potencjał intelektualny Igor ma to wiedziałam z domu. Ale czy wysłać go do zerówki czy do szkoły, było kwestią otwartą, aż do momentu, gdy dziecko samo zadeklarowało, że idzie do pierwszej klasy. To niech idzie, najwyżej się go cofnie, stwierdziliśmy i rozpoczęliśmy pielgrzymki na szkolne dni otwarte. Padło w końcu na kameralną podstawówką w pobliżu mojego biura.
To szkoła na czterystu uczniów. Pachnie w niej czasem późnym Gierkiem, ale czuć też sprawne i rozsądne zarządzanie. Jest sala zabaw jak w hulakuli i osobny sektor dla młodszych dzieci, do którego nie mają wstępu drugie klasy. Ani rodzice. Jest obowiązek chodzenia w białych koszulach i krawatach, system premiowania grzecznych i zmotywowanych i kilkanaście kół zainteresowań do wyboru, żeby nie siedzieć bezczynnie na świetlicy. Dodatkowy angielski za darmo. Wychowawczyni, która pisze i odbiera maile. Podobno szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Nie wiem, czy to medialna panika, czy może trafiliśmy na chlubny wyjątek. Pozostałe podstawówki, które odwiedziliśmy w marcu miały chyba jeszcze lepsze warunki.
Znajome matki z Blipów, Tłiterów i innych Fejsbuków, cedzą przeważnie w swych postach litanie bluźnierstw na nauczycieli i rodziców szkolnych kolegów ich dzieci. Podobno regułą jest nie przychodzenie na pierwsze zebrania, żeby uniknąć wyborów trójki klasowej. W igorowej klasie te sprawy wyglądają zgoła inaczej - mam wrażenie, że w dużej mierze przesądza o tym większe zaangażowanie rodziców, którzy zdecydowali o wysłaniu dzieci do szkoły rok wcześniej. Na dwóch z dotychczasowych zebrań każde z dzieci miało swoją reprezentację. Wszyscy byli dla siebie mili, dyskutowali, potrafili dojść do porozumienia w spornych kwestiach i zorganizować się w sprawach wymagających zorganizowania. Było kolektywne klejenie birecików przez mamy i znaleźli się chętni do bycia dodatkowymi opiekunami w szkolnych wycieczkach. Zrobiliśmy sobie listę mailingową i czasem coś do siebie piszemy. W razie potrzeby można się spotkać z wychowawczynią podczas cotygodniowego dyżuru. Angażując odrobinę czasu i wysiłku w sprawy szkoły, można zorganizować dzieciom mnóstwo fajnych zajęć. Ale to odrobinę trudniejsze niż plucie jadem na kulawy polski system edukacji.
No i najważniejszy z tego samego, Igor. Który w ciągu dwóch miesięcy postarzał się i wydoroślał. Nauczył się odmawiać podjęcia mięsa, zamiast reagować na jego widok spazmatycznym płaczem. Dalej mu się zdarza wrzucać wprost do plecaka nadgryzione jabłka, ale to minie, tak myślę. Odrabia lekcje, coraz lepiej czyta i jest niezły w kaligrafii. Trzyma kredkę i nożyczki. Dzieci go lubią, on je też, chociaż najbardziej skośnookiego Bino ze świetlicy. Za nieobecność na religii go nie prześladują, z resztą nie on jeden tam nie chodzi. Nie taka szkoła straszna. Nawet wstaje teraz za dziesięć siódma i przychodzi nas obudzić, bo jak nie to się spóźnimy.
Wszystko to, prawda, brzmi, sielankowo i prawie idealnie, ale wcale nie jest tak izi. Bo ja bardzo to wszystko przeżywam. Codziennie rano drżę jak mimoza, że się spóźnimy. Z przejęciem obserwuję produkcję szlaczków i literek. Zmuszam do klaskania sylab i głoskowania. Zachęcam do udziału w konkursach i zajęciach pozalekcyjnych. Pakuję ciasteczka do pudełeczka i zdrowe przekąski na wszelki wypadek. Mimochodem, kiedy nikt nie patrzy, temperuję mu kredki. I zastanawiam się, czy z nas dwojga to ja nie jestem tą, która do szkoły jeszcze nie dojrzała.
|