Wpisy z tagiem: publicystyka

czwartek, 03 listopada 2011
pilates z Hołownią

Szymon Hołownia, ten niższy z duetu z Prokopem, szwędającego się po polsatowskim mjuzikszole (dygresja: Kiedyś lubiłam mjuzikszoły, teraz mnie nudzą trochę, bo wszyscy śpiewają w nich takie same kowery i przynajmniej raz na sezon dziwnyjesttenświat, więc rzucam okiem tylko na ten, w którym kapele mogą swoje kawałki, też tak macie?), prócz tego, że jest śmiesznym panem z telewizji, jest też katolickim publicystą, wedle Wikipedii takim nawet, co był w dominikańskim nowicjacie. Po czymś takim to przypuszczam, że nie jego działalność publicystyczna nie polega na publikowaniu, co mu tam pióro na język przyniesie, ale głoszeniu poglądów płynących z osobistych refleksji i duchowych przeżyć. Nie wykluczam, że ludzie wierzący mogą posiadać coś takiego jak przeżycia duchowe i ja, jako prosty mechanizm napędzany freudowskim popędami, myślę, że to może być nawet cool.

Religia jest dla mnie jak pilates - próbowałam, ale nie czuję, żeby w tym coś dla mnie było, choć nie wykluczam, że innym może dać wiele. Katolicką publicystyką się nie interesuję, nie bardzo mnie obchodzi, co oni sądzą o dinozaurach i czy noszą prezerwatywy. Kościół mnie nie obchodzi, dopóki jego działalność się jakoś kontrowersyjnie z moim życiem nie przecina. Bo że mnie w sobotę rano budzą dzwony to mogę przełknąć. Nie przełknę klauzuli sumienia u aptekarzy, albo jak frondowcy prowadzą krucjatę za pomocą bluzgów w Internecie.

Od pilatesu wolę jogę, a i tak uważam, że Hołownia robi dużo lepszą robotę niż wielu publicystów lewicowych, na przykład takich z Krytyki Politycznej, z poglądami których powinno mi być dużo bardziej po drodze. Choćby dlatego, że milej jest słuchać ludzi, którzy mówią z sensem, KP zaś jest domowej roboty agregatem, w którym niegłupie wypowiedzi Dunin czy Szczuki giną zalane bełkotem Jasia Kapeli, nie wiedzieć czemu przekonanego, że zna się na mikro i makroekonomii czy Tomasza Piątka, o którym coraz trudniej powiedzieć, do czego jest przekonany, bo wszystko, co ostatnio wychodzi spod jego pióra to krytyka. Krytyczna krytyka, ale raczej nie konstruktywna (przy okazji: Tomaszu, kochałam Pańskie powieści i od zawsze z zapartym tchem czekałam na kolejne, cała półeczka na ikeowym regaliku się z tego uzbierała, mniej i bardziej udanych, ale "Wąż w kaplicy" jest bardzo, bardzo niedobry, nie będzie z tego Gombrowicza).

Chciałabym, żeby cały Kościół mówił głosem Hołowni. To znaczy wypowiadał się w sposób merytoryczny, zrównoważony, dopuszczając istnienie innych niż prezentowane stanowisk. Nie muszę się z nim zgadzać - i nie zawsze się zgadzam, choćby w sprawie Nergala, ale łączy nas gotowość do dyskusji i negocjacji stanowisk. Hołownia w ogóle wydaje się dostrzegać coś, co z rzadka zauważają kościelne gadające głowy - że żyjemy mianowicie w ponowoczesnym świecie, który na temat wartości wypowiada się wieloma głosami i niemożliwe jest w nim budowanie czarno-białych moralnych opozycji, tak samo jak niemożliwe jest narzucanie jednego modelu duchowości. Ale nie o tym chciałam. Po prostu Hołownia wypowiada się z szacunkiem również o niewierzących, Nergala też grzecznie i taktownie zripostował. Piątek ostatnio wspina na szczyty elokwencji, rzucając "Habemus dupam".

Nie tylko Kościół z resztą mógłby mówić Hołowni głosem. Przeglądam sobie komcie w newsweekowych i gazetowych działach opinii i marzę o tym, by mówili nim wszyscy, którzy zapragną wyrazić publicznie swoje opinie. Żeby nie było trzeba przebijać się za każdym razem przez bzdury o paleniu niewiernych na stosach, aborcjonistkach, księżach pedofilach i lewackich sodomitach. Żeby było mniej emocjonalnie, bardziej merytorycznie. Żeby tak dyskutować, nie trzeba chyba być wybitnie uduchowionym.